Kciuki
Użytkownicy-
Liczba zawartości
2 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Reputacja
36 ExcellentOstatnie wizyty
Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.
-
Kontynuacja historii (przeklejam z instagrama) Ponieważ temat mnie zaciekawił, zacząłem szukać informacji o firmie ZTS w Internecie. Wszedłem na oficjalną stronę producenta i tylko upewniłem się w przekonaniu, że mam do czynienia z jakimś jaszczurzym spiskiem 400 wymiarów. Pomyśl o stronie internetowej lokalnej pizzeri, ale w czasach kiedy zamówionego z niej placka przywiózł by facet w Maluchu. Poza tą jedną stroną, internet nie dostarczył żadnych konkretnych szczegółów co do zagadkowej firmy (poza informacją, że zakład działa nieprzerwanie od 1945 roku). Nominowałem samego siebie jako osobę godną dotarcia do źródeł stojącej przede mną nostalgiczno-militarnej zagadki i szybko napisałem e-maila do ZTS'u z zapytaniem czy mogę wpaść do nich z aparatem i podpytać o szczegóły tak wiekowej działalności. Odpowiedź przyszła następnego dnia: sure thing dawg, zapraszamy. Kiedy nadszedł ustalony mailowo termin, spakowałem aparaty i kanapki do plecaka, załadowałem się do pospiesznego jadącego na dworzec Wschodni i mijając zaśnieżone pipidówy zastanawiałem się, czy aby czasem nie jadę właśnie do jednego z tych pruszkowskich zakładów, gdzie 30 lat temu znikało się skradzione samochody oraz posiadaczy długów i zdrowych nerek. Mentalnie przygotowywałem się na rozczarowanie, jednego Janusza i oświetloną jarzeniówkami halę produkcyjną oraz historię o tym jak dobrze było zanim przyszedł któryś z klasycznych polskich antagonistów; Wałęsa, Balcerowicz, bądź człowiek ze skarbówki. Tym większe było moje zdziwienie kiedy podany adres okazał się starą, przedwojenną kamienicą. Niewiele zdradzało, że to właśnie tutaj mieści się siedziba polskiego potentata rynku samolotów do sklejania. Była stara tabliczka, schowany za brudną szybą neon, a na podwórku trochę przesiąkniętych deszczem kartonów podpisanych "MESSERSCHMIT - SKRZYDŁA", "MIG 21" czy "PZL CZAPLA". Z podwórza zgarnął mnie właściciel - ale nie wąsaty Janusz którego wyobrażałem sobie jako CEO, a schludnie ubrany starszy pan. Siedziba firmy mieści się na parterze kamienicy, o czym świadczy skrzynka pocztowa z wyklejankowymi literkami "Z.T.S". Zostałem zaproszony do biura, czyli niedużego saloniku zastawionego z każdej strony biblioteczkami uginającymi się od zakurzonych akt, dokumentów i stosów naklejek do modeli. Pomiędzy szafami stały pożółkłe komputery, maszyny do faksu i drukarki, wszystkie pamiętające czasy gdy wirusem wałkowanym w TV była choroba filipińska a nie covid. Choć ten drugi w zeszłym roku pozbawił mnie węchu, to mój mózg i tak był przekonany że czuję ten charakterystyczny wiszący w powietrzu miks wilgoci, starości i rozpaczy, zazwyczaj spotykany jedynie w antykwariatach. Właściciel zaoferował kawę w szklance z koszyczkiem, wyjąłem wszystko potrzebne do przeprowadzenia wywiadu, usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy rozmawiać. Co, kto, jak i kiedy. Od razu dowiedziałem się że firmę założono jako spółdzielnię, że potrzeba było 10 członków zarządu którzy wyłożyli pieniądze na start, i że państwo przekazało spółdzielni budynek dawniej należący do pruszkowskich żydów. Lokalizację wybrano również dlatego, że był rok 1945 i Warszawa wyglądała jak Mariupol po przejściu ruskiego miru. Nowo założona "Spółka Handlowa Zakłady Tworzyw Sztucznych" początkowo produkowała jedynie przybory szkolne: ekierki, linijki, cyrkle. Nic dziwnego, w końcu mało kto chciałby sklejać modele bombowców które dwa lata wcześniej zrzucały napalm na stolicę. Przybory miały być z plastiku, bo zdaniem partii "drewno było materiałem przeszłości" niegodnym nowych czasów Polski ludowej. ZTS od początku kosił duże pieniądze ponieważ jako jedna z nielicznych firm miał atest urzędu miar i wag - bez niego nie dało się sprzedawać artykułów szkolnych i kreślarskich. W latach '70 cofnięto wymóg bycia atestowanym przez urząd miar i wag, w dodatku zaczęto importować do kraju przybory kreślarskie z Chin. "Co prawda centymetry miały na nich półtorej centymetra, ale były kolorowe, ładniutkie z myszką Miki". Tracąc nieco grunt pod nogami, w spółdzielni zrobiono burzę mózgów i przerzucono się na produkcję zabawek, gier planszowych, modeli w skali 1:144 oraz figurek: indian, żołnierzyków, postaci historycznych. Wszystkie figurki były malowane ręcznie, dlatego zakład zatrudniał tak dużo personelu. Trzy zmiany (głównie kobiet) malowały niezliczone armie żołnierzy napoleona, wodzów Sokole Oko czy Majorów Sucharskich którzy schodzili jak na pniu za sprawą dystrybucji przez centralę Ruchu i składnice harcerskie. Ponieważ kraj już nieco wylizał się po wojnie i wkraczał w osobliwą fazę komunistycznego space age'u, do oferty weszły modele do sklejania w skali 1:72, głównie samolotów służących w LWP. Były oczywiście i przedwojenne PZL P11, ale przeważały modele przedstawiające myśl techniczną wielkiego brata, z naszymi szachownicami dołączanymi jako "opcjonalne malowanie". Nie było mowy o odkupieniu potrzebnych linii produkcyjnych na zachodzie, więc całą produkcję trzeba było zmajstrować od zera. Formy tworzono ręcznie, robiąc prototypy z miedzi, następnie przepuszczając przez nie prąd który wypalał kształty elementów w matrycach. Problematyczne było również pozyskiwanie plastiku niezbędnego do produkcji zabawek. Szukano po całym kraju zakładów, które były otwarte na odsprzedawanie plastikowych ścinek z linii produkcyjnych. Nie ważne czy zakład produkował lodówki, farelki, siedzenia do pociągów podmiejskich czy opakowania do jogurtu: plastikowe odpady trafiały do Pruszkowa gdzie były mielone i przetapiane na modele MiGów, Messerschittów i morskich niszczycieli. W schyłkowych czasach komuny problemem nie było sprzedać modele, tylko je wyprodukować - w części produkcyjnej zakładu non stop wyłączano prąd, coraz trudniej było zdobyć plastik. Przestano produkować własne formy, coraz częściej kupowano je na Ukrainie, lub wymieniano się nimi z producentami z Czechosłowacji. Gdy tylko PRL poszedł w ślady domniemanego idioty Jana Rodzenia, dyrektora klubu księgarza w Warszawie (czyli upadł i sobie głupi ryj rozwalił) wszyscy poczuli że nad ZTS Plastyk zbierają się ciemne chmury. Zaczęto sprzedawać część majątku firmy, ograniczać produkcję, konkurować wyłącznie niską ceną. Ponieważ ci, którzy ostali się w firmie wiedzieli, że dzieciaki raczej nie zrezygnują z TikToka na rzecz sklejania miniatur odrzutowców, podjęto trudną decyzję: naprodukowano tyle modeli ile zmieściło się w magazynie, po czym sprzedano wszystkie maszyny wraz z budynkami. Dziś ZTS Plastyk jedzie tylko na tej ostatniej dawce modeli, na pożyczonym czasie. Kiedy zejdzie wszystko co ostało się w magazynie, ostatni zgasi światło i zakład dokona swojego żywota. Wiem, że nie ma niczego specjalnie romantycznego w upadającym biznesie, tak samo jak wiem, że rozpaczliwa walka o przetrwanie mija się z godnością. Jednak rozmawiając z kapitanem tego tonącego okrętu ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że użala się on nad jego losem. Wiedziałem natomiast, że rozmawiam z człowiekiem dumnym z tego, jak długo był w stanie toczyć tą nierówną walkę na własnych zasadach. Ci którzy zostali na pokładzie robią co mogą nie dla pieniędzy, a dla samych siebie - zwyczajnie nie ma już innych miejsc, gdzie wszystko zapisywane jest w zeszytach, a nie na dysku Google, gdzie wiedzę o stanie magazynu zdobywasz przez lata pracy, a nie rzut oka na aplikację na smartfonie. 20 kilometrów dalej, Warszawa optymalizuje każdy etat, każdy oddech, każdego wysłanego maila w bezdusznym marszu do zrównania się z czatem GPT. Kto w takim systemie znajdzie czas na kawę w koszyczku i papierosa w biurze? ZTS Plastyk miał swój czas, swój koślawy, niedorobiony urok. Nie będę się zapierał, że ich modele były genialne, bo nie były, ale przynajmniej wiem że były robione z pasją przez ludzi którzy nie sprzedali swojej duszy w imię tabelki w Excelu. Biznes który jedynie zarabia pieniądze to zły biznes, a ten tekst niech będzie dowodem że ZTS stworzył coś większego, prawdziwego, w skali 1:1. Wiem, że to nie jest najlepiej napisana rzecz na świecie, ale nigdy nie miałem zadatków na literata, moja broszka to sztuka a nie dziennikarstwo. Wiem też, że nie ma tu zawartych wszystkich technikaliów, dat i bardziej drobiazgowych informacji o losach firmy, ale najzwyczajniej w świecie nie uśmiecha mi się pisanie transkryptu ponad godzinnej rozmowy. Dajcie znać czy lepiej żebym wrzucił to jako osobny temat w zakładce, czy wersja w komentarzu jest ok. Na tym Instagramie jest jeszcze jedna historia o modelarstwie, konkretnie o najstarszym toruńskim sklepie z modelami, jeżeli ktoś nie ma awersji do tego typu mediów społecznościowych to polecam zajrzeć. Wszystkie postępy dotyczące projektów o modelarstwie będę wrzucał do portfolio, będzie do wglądu: https://www.behance.net/adamkawecki
- 142 odpowiedzi
-
- 11
-
-
-
- zts plastyk
- historia
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Ok, to jest mój pierwszy post i mam szczerą nadzieję, że nie złamię nim wszystkich zasad forum. Modelarstwem nigdy nie zajmowałem się szczególnie profesjonalnie, sklejanie traktowałem jako rekreacyjno-sentymentalne zabijanie czasu; żadnych taśm maskujących, żadnych aerografów, żadnego kupowania czarnej farbki na elementy które można pomalować pisakiem do płyt. Ot, taka filozofia, że jeśli pierwsi Piastowie gołymi ręcyma zbudowali Biskupin, to i ja raczej dam radę pomalować tego Meteora z Airfixa tak jak bozia kazała: pędzelkiem. Do Airfixa miałem szczególną słabość przez grę komputerową "Airfix Dogfighter", niestety na studiach pojawił się stres, brak czasu na sklejanie, coraz trudniej było mi zracjonalizować zakup plastikowego samolotu i narzędzi za 70 złotych. Wtedy wróciłem do dawnej miłości: modeli ZTS Plastyk. Te modele pamiętałem od dzieciaka - zawsze były mega toporne, pierdołowate i takie jakby niedorobione, ale w dość rozczulający sposób. Były modelarskim ekwiwalentem malarstwa Nikifora, hamburgera z dworcowej budy albo Świata Według Kiepskich. Niedawno z przyjaciółką sklejałem ZTS'ową TS11 Iskrę i zaczęliśmy zastanawiać się jakim cudem taki dinozaur jak ZTS utrzymuje się na obecnym, hiperkonkurencyjnym rynku? Ciekawość wzięła górę i jak tylko wywietrzyłem smród kleju z pokoju, siadłem do pisania e-maila z zapytaniem: "Czy można umówić się na wywiad o ZTS Plastyk"? Właściciel się zgodził i w taki oto sposób skończyłem jako modelarska wersja Huntera Thompsona, z własnym gonzo mini-projektem. Pełną historię z ZTS'u znajdziecie na moim Instagramie: Instagram.com/Adam.kavecki Nie wiem czy a sens przeklejać tu całość tej historii, fora internetowe nieszczególnie się nadają do czytania tego typu dłuższych form. W trakcie mojej wizyty nagrałem ponad 90 minut wywiadów z właścicielem ZTS, w którym opowiada własnymi słowami historię tego przedsiębiorstwa, od lat '40 do dnia obecnego. Na filmie widać też akt założycielski spółdzielni, tysiące modeli leżących w magazynie oraz ogólny rozkład tego przedsiębiorstwa, które swego czasu zatrudniało ponad 700 ludzi. Film będzie gotowy do końca miesiąca, trafi na YouTube. Co do samych zdjęć: wykonałem je na kliszy Pentaxem SuperME, na filie Illford PAN400, wywoływałem i skanowałem film samemu. Zdjęcia są ciut zbyt ciemne, ale w pomieszczeniach firmy było niesamowicie ciemno, pudła z modelami zasłaniały większość okien. Dwa zdjęcia są z telefonu, tak dla balansu.
- 142 odpowiedzi
-
- 25
-
-
-
- zts plastyk
- historia
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
