W Muzeum Orła Białego bywałem dość często, bo mam z Radomia blisko, ale kiedyś (w 2002) zawiozłem tam młodego Amerykanina, który mieszkał u nas w domu w ramach programu "wymiany" z Korpusu Pokoju.
Jessie, bo tak mu było na imię, chodził po muzeum z szeroko otwartymi oczami i w ogóle się nie odzywał. Pomyślałem - dobrze jest, zatkało go z wrażenia, podoba mu się... Na koniec wreszcie wykrztusił
- No dobra, a gdzie są eksponaty?
- Jakie eksponaty? To są eksponaty!
- Naprawdę? To dlaczego to wszystko jest takie zardzewiałe?
On po prostu myślał, że to jest złomowisko, gdzie trafia to wszystko, czego już się nie da naprawić, a samo muzeum mu dopiero pokażemy...