Tak wyglądał ten atak nad którym tak zajadle dyskutujecie.
41 Eskadra Rozpoznawcza. Armia Modlin.
Porucznik pilot obserwator Czesław Malinowski.
„ ….drugiego września budzę się o świcie. Za oknami rozciąga się niska przyziemna mgła. Znam tego rodzaju mgły. Nagle przychodzą i nagle się rozchodzą. Na razie jednak o starcie nie ma mowy. Budzę smacznie śpiącego Bolka Kuziana. Ubieramy się i schodzimy na śniadanie. Okazuje się, ze pomimo wczesnej pory nikt już nie śpi. Z lotniska dobiega głos silnika pracującego na małych obrotach. Nie wątpię, że to mechanicy podgrzewają mojego Karasia. Kapitan Chrzanowski pojechał do dowództwa armii, łapie więc jego zastępcę kapitana Kołodziejczyka. Heniek pytam-czy otrzymam komunikat meteo? Raczej nie odpowiada zakłopotany oficer taktyczny. W dowództwie Lotnictwa powiadomili nas, że stacja meteorologiczna będzie działała dopiero czwartego dnia „MOB”. Trudno, jeszcze jedno będziemy musieli wykonać we „własnym zakresie”. Po śniadaniu zbieramy nasze bambetle i w trójkę ruszamy na lotnisko. Do lasu w którym stoją zamaskowane Karasie prowadzi aleja wysadzana lipami. Mgła jest tak gęsta, ze nie widzimy lasu ani skraju lotniska. Mój Karaś jest już gotowy do lotu. Silnik podgrzany, pełne zbiorniki paliwa, karabiny na obrotnikach, ładowniki z amunicja na miejscu. Zaglądam do kabiny. Jest tam jeszcze sporo miejsca. Dajcie nam kilka skrzynek „Myszek”- rozkazuję zbrojmistrzowi. Zbrojmistrz daje ich tyle do kabiny, że ledwo można się poruszać. Około godziny 9 zaczyna się pokazywać słońce. Mgła nagle znika. Na stoiska samolotów przyjeżdża kapitan Kolodziejczyk. Jesteście gotowi? Gotowi. To startujcie. Pakujemy się do kabin. Kuzian zasuwa osłonę. Mechanicy usuwają maskowanie. Pilot zapuszcza silnik, przygląda się tablicy. W porządku - kiwa głową. Zwalnia hamulce i ruszamy na start. W powietrzu nikogo nie ma. Możemy startować. Bolek daje pełny gaz. Dość długi rozbieg i o godzinie 9:25 samolot odrywa się od ziemi. Bierzemy kurs północno-wschodni, nabierając wysokości. Liczne drogi są zapchane masami uciekinierów znad granicy. Na horyzoncie widać pożary. Wysokościomierz wskazuje 1500 metrów. Kuzian przerywa wznoszenie i wyrównuje samolot. Jeszcze kilka minut lotu i jesteśmy nad polem bitwy. Przyglądam się uważnie ziemi. Na dobrą sprawę nic nie wskazuje na toczącą się zaciekłą walkę. Trochę pożarów, dymów, nieco źle zamaskowanych rowów strzeleckich , wiele błyskających punkcików. Zaczyna się do nas dobierać niemiecka artyleria przeciwlotnicza. Pilot kilkoma unikami wyrywa się z ognia. O godzinie 9:40 przekraczamy polską granicę. Świeci jasne jesienne słońce i nikt do nas nie strzela. W powietrzu nikogo poza nami nie ma. A jeżeli spotkamy kogoś obcego? Spoglądam na strzelca. Gapi się w niebo wyszukując tam nieprzyjaciela. Do własnej obrony posiadamy trzy karabiny maszynowe, na niczyją pomoc nie możemy liczyć. Ale to już jest prawo samolotu rozpoznawczego, działającego przeważnie samotnie. Jak zaś dopadną myśliwcy i sprują to nikt się nie dowie, gdzie i kiedy zginęliśmy. Pierwszy większy zwarty oddział niemiecki rozpoznaję o godzinie 10:10. Jest to oddział kawalerii długości 300 metrów, maszerujący z Chorzel na Przasmysz. Przyglądam się uważnie, aż nie chce mi się wierzyć, że Niemcy jeżdżą na konikach. Pięć minut później na tejże szosie widzę długą kolumnę kawalerii z baterią armat. O 10:25 stwierdzam kolumnę samochodowa długości 2 km w marszu z Wielbarku do Chorzele. Niemcy otwierają bardzo silny ogień przeciwlotniczy. Wyrywamy z ognia i lecimy kursem na Olsztynek. Pod nami malowniczy teren, pełen jezior, strumyków i lasów. Na szosach w rejonie Olsztynka ruch pojedynczych pojazdów. W pobliżu Olsztynka leży miejscowość Tannenberg a kilka kilometrów dalej Grunwald. Dobry omen. Skręcamy na Nidzicę. Oglądam samolot. W płatach widnieje kilka przestrzelin. W powietrzu nadal pusto. Z daleka widzę już Nidzicę. Po torze kolejowym sunie z Olsztyna długi pociąg towarowy. Ten węzeł kolejowy przyciąga mnie niczym magnes. Mam osiem bomb. Nie będę ich przecież woził z powrotem na lotnisko. Kładę się w kołysce, ustawiam celownik i naprowadzam Kuziana na stacje kolejową. Pilot reaguje małymi, płaskimi skrętami. Artyleria milczy. Cel mam już na linii celownika. Na wyrzutniku ustawiam odstęp co 5 sekund. Nadlatuje znad miasta. Na muszce celownika mam już tor kolejowy. Naciskam spust. Osiem bomb, kolejno odrywa się od skrzydeł karasia i pędzi w dół. W tym momencie zaczyna strzelać artyleria. Już-wołam do Bolka. Dobrze-odpowiada. Oddaje drążek Pod ostrym kątem walimy w dół. Obserwuję stację. Są już tam wybuchy pierwszych bomb. Układają się idealnie po torach i transporcie wojskowym. Niemiecki ogień urywa się. Lotem koszącym mkniemy do Mławy. Gramolę się z kołyski. Oglądam się. Nad Nidzicą rozciągają się dymy. O godzinie 11:00 przelatujemy nad lasem. Pomiędzy konarami drzew widzę biwakujące oddziały kawalerii. W pięć minut później na drodze pomiędzy miejscowościami Janowo i Skorupka rozpoznaje kolumnę piechoty długości 1000 metrów. Nie wytrzymuje nerwowo i postanawiam zaatakować, Daje znak Kuzianow. Kiwa głową, odbezpiecza karabin maszynowy i wchodzi na oś drogi lekko dusząc. Karabin prazy po niemieckiej kolumnie Szykuje skrzynki z „Myszkami”. Rzucam je na głowy osłupiałych Niemców. Gdy milknie karabin pilota zaczyna grać Kisielewskiego. Niemcy są wyraźnie zaskoczeni. Odpowiadają słabym, chaotycznym ogniem. Psiakrew-klnę-dziesięć Karasi mogłoby na cacy wykończyć ten szkopski oddział. Koniec kolumny, ciągniemy w górę. Na horyzoncie widać dymy. To front Przemykamy przez zaporę ogniową, mijamy stanowiska własnej piechoty i o godzinie 11:27 nasz Karaś ląduje w Zdunowie. Gdy opuściłem kabinę postrzelanego samolotu, a koledzy zasypali mnie lawiną pytań nie przyszło mi do głowy, że rzuciłem jedyne polskie bomby na niemiecki obszar, we wrześniu 1939 roku i że były to pierwsze bomby w II Wojnie światowej.(61) Nie przyszło mi również do głowy, że łaskawy wojenny los pozwoli mi w przyszłości rzucić na Niemcy wiele ton bomb, a gdy cały wrócę po latach do kraju Nidzica będzie jednym z polskich miast. Odpowiadam chaotycznie na pytania kolegów, po czym jadę na kwaterę, by z notatek napisać obszerny meldunek i natychmiast wyruszam do dowództwa armii w Modlinie. W jednym ze starych rosyjskich forów melduję się u podpułkownika Praussa, po czym razem udajemy się do generała Przedrzymirskiego. Dowódca armii wysłu:bip:e uważnie mojego meldunku, a jeden z oficerów nanosi na mapę wyniki rozpoznania. Nie trzeba być wielkim strategiem, by patrząc na mapę zorientować się, że główny wysiłek niemiecki kieruje się na prawe skrzydło Armii „Modin”. A skrzydło to wisi w powietrzu. Mój meldunek potwierdza obawy generała. Dowódca armii dziękuje. Odmeldowuję się i wracam do Zdunowa”.(62)