marwoj
Użytkownicy-
Liczba zawartości
56 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Reputacja
0 NeutralInformacje
-
Skąd
EU
-
Zainteresowania
muzyka, sport, film
-
O to Ci Lordzie chodziło?: Co do zazdrości, weź spróbuj ze trzy takie bajery zrobić i okaże się, że nie taki diabeł straszny - wszystkiego można się nauczyć... Bym pokazał jeszcze parę rzeczy, które planowałem zrobić, ale niestety życie zmusiło mnie do opuszczenia forum i nie wiem na jak długo... To tymczasem, Wasz marwojek.
-
Zbliżamy się powolutku do końca relacji. Spingarda dostała dodatkowe oszpindlowanie: oraz podstawkę: Teraz pozostało pozostałość połączyć do kupy, co zaefektowało takim czymś: Tym samym udało mi się skończyć modelik na czas. W sobotę jedzie do Goleniowa. W celu wręczenia komuś, komu się setnie ten prezencik należy. I to by było na tyle. Pozdrawiam, Wasz marwojek. P.S.: Nie najlepsze wieści zostawiłem na koniec. Niestety, czeka mnie dłuższy wyjazd poza granice kraju, a w związku z tym moja bytność na forum będzie niebyła...
-
Praca wre. Wykonano prace sznurkowe: I tylko sznurkowe. Ale dzisiaj jestem nastawiony na dokończenie prac głównych (wykonanie pozostałej części onitowania) i dodatkowych (wykonanie podstawki). I będzie koniec. Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
Sobotę i niedzielę niesamowicie pracowicie spędziłem. Najpierw onitowałem blachy: Następnie zabrałem się za produkcję czterech kółeczek trzymajacych za pomocą liny lufę w kupie. Buszujac ostatnio po forum trafiłem na post gulusa, który proponował ciąć metale przy pomocy odpowiednio spreparowanej żyletki. Postanowiłem jego teorię sprawdzić w praktyce. Nawinąłem drucik na uchwyt iglaka: Potem zdjąłem drucik z uchwytu iglaka: Potem żyletką zabytkową marki polsilver (mam nadzieję, że konserwator mi czegoś tam nie urwie): zaostrzoną takim to urządzeniem: przeciąłem drucik w dwóch miejscach (powtarzając operację cztery razy): Muszę przyznać, że rżnęło mi się całkiem, całkiem. Po przecięciu każdego z kółeczek, ponownie "ostrzyłem" żyletkę poprzez , według instrukcji guluska, uderzanie w ostrze skalpelem. Po naostrzeniu zęby "piły" wyglądały tak: Teraz wystarczyło dwoma parami szczypiec podgiąć wycięte kółeczka, żeby końcówki się spotkały, posmarować pastą lutowniczą, przyłożyć gorącą lutownicę i kółeczka gotowe. Konkluzja: W przypadku cięcia metali żyletką, mamy do czynienia z coraz rzadszą sytuacją, gdzie założenia teoretyczne w pełni sprawdziły się w działaniu praktycznym. Jedziemy dalej. Przykleiłem skośne wzmocnienia: które, po wyschnięciu kleju, obrobiłem, żeby do ludzi były podobne: Pobejcowałem te skosy, żeby jeszcze bardziej do ludzi były podobne: Na koniec umocowałem, wcześniej "podstarzałe", kółka mocujące i lufę do kupy. Fotek przejściowych nie ma, bo aparat za mną nie nadążał (tak naprawdę, to w ferworze pracy zapomniałem je zrobić...): Lordzie, jest dziura: Na fotce jeszcze świeci mosiądzem, ale to już historia. W tej chwili jest postarzała, jak cała reszta - włącznie z majstrem... No i niech mi ktoś powie, że przespałem weekend... Jest szansa olbrzymia, że spingarda będzie gotowa na czas... Pozdrawiam, Wasz marwojek.
-
Lordzie, lufa z pierwszego toczenia, niczym olej "Kujawski" z pierwszego tłoczenia. Braków nieudanych niet. Pomysł na otworek dla zapału prochowego kupuję - zrobię odpowiednia dziurę. Już temat w googlu przestudiowałem. Dowiedziałem się przy okazji, że polska nazwa spingardy to foglerz. Można by powtórzyć za Beatlesami, że It's Been A Hard Day's Night. Narobiłem się dzisiaj co niemiara. Wyciąłem to: żeby zmontować to: I wyciąłem to: żeby zmontować to: i to: i to: i to: Już potwornie zmęczony jeszcze dokleiłem na superklej małe oblachowanie: Blachy już nie są mosiężne, jeno jakby z blachy stalowej podstarzałej. Podstarzenie uzyskałem używając takiego oto specyfiku nabytego w sieci z inspiracji Sławieka, który specyfik ów przedstawił w swoim wątku, o ile dobrze pamiętam, o Bristolu Beufighterze: Bierze się pędzel i maluje tym specyfikiem mosiądz i w rezultacie uzyskuje się efekt pięknej oksydowanej stali. Taki efekt uzyskuje się malując także miedź i brąz. I to by było tyle, co mam do powiedzenia dzisiaj. jutro tez dzień i też trochę popracuję. Wieczorkiem rezultaty opracuję. Pozdrawiam, Wasz marwojek.
-
Właśnie Andreya, będzie ciężko, bo skala 1/400. Mam sporo fotek, Książkę J. Pertka ORP "Orzeł" z serii "Biblioteka Morza" i plany z modelarza. Będzie z czego kombinować. Ale jak mówię, to melodia przyszłości. Może niedalekiej, ale niekoniecznie. Trzeba dojrzeć... Pozdrawiam, Wasz marwojek.
-
Jest lufa. Toczona, mosiężna, jak to się wcześniej rzekło: Już późno. Idę spać. Jutro coś pomajstruję. Będę miał sporo czasu, to i efekty będą spore... Pozdrawiam, Wasz marwojek.
-
Prace idą pełną parą. Popracowałem nad żelastwem, a właściwie mosiądzostwem: A ponieważ do północy było jeszcze trochę czasu, dziełko zostało zabarwione bejcą: Dzisiaj też sobie popracuję. Do północy. Czas nagli. Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
No, sami widzicie. Jedno tajemnicze zdanie, a już wiadomo o co chodzi. Dlatego mam obawy przed rozpoczeciem budowy, bo mnóstwo okrętowych fachmanów jest na forum. Przecież gdybym coś nie tak zrobił, to zaraz larum by się podniosło - w końcu chodzi o legendę, której sprofanowanie byłoby największym grzechem. Pozdrawiam, Wasz marwojek P.S.: Brawo Andreya
-
Tajemnica pamietnika, nie wie o niej nikt... A poważnie, napisałem "może nadszedł już czas...". Rozpoczęcie prac nad tym, co mam na myśli, to poważna sprawa. Rzecz dotyczy jednej z największych legend polskiej marynarki. Nie mogę dać plamy. Prosto z pudełka, to 3 godziny roboty, ale w wersji, którą chcę zrobić, mogą to być miesiące... Dam cynk, jak dojrzeję... Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
To ja też esemesowotelegraficznie: "Wikol. Imadełko. Kupa większa.": Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
Dziś pytanie, dziś odpowiedź Lordzie, lufa będzie toczona z mosiądzu, bo jak wspomniałem - nic z plastiku. Ale będzie jakby oksydowana tak, jak na fotce wyjściowej. Dziękuję za życzenie powodzenia - przyda się P.S.: Fajny telegram tego pilota Smitha... Znam inny telegram, a właściwie dwa. Mark Twain nie mógł się doczekać recenzji wydawcy swojej nowej powieści i wysłał telegram o treści "?". Na drugi dzień dostał odpowiedź od wydawcy - też telegramem o treści "!".
-
Dzięki Marcin za wsparcie. Będzie COOL! Udało się dolną skrzynkę złożyć do kupy. Głównie dzięki klejowi wikol (albo jak kto lubi, vicol), zdolnościom manualnym oraz małego kątownika: Ponieważ do północy było jeszcze trochę czasu, wykorzystano go na dewastację bocznych wsporników łoża armaty poprzez ich podziurkowanie przy pomocy wiertarki małej ręcznej: Jeszcze relacja trochę potrwa, bo i trochę roboty jeszcze do zrobienia pozostało. Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
Witam wszystkich. Faktycznie, ten przykurcz nie bardzo wyszedł. Ale ja specem od figurek, to jestem żaden. Stąd pewne niedoskonałości, przede wszystkim w malowaniu. Co do przykurcza, to łepek nie jest aż tak nieproporcjonalny. Wizerunek jest nieco zniekształcony przez fotografię - fotograf ze mnie też żaden. Wybaczcie. Ale jeżeli chodzi o lewą łapę przykurcza, to masakra. Nie dość, że ze dwa razy większy niż powinien być, to jeszcze nijak tego nie można porządnie pomalować. Nie wiem czy lepszym wyjściem nie byłaby podmianka łapki z innej figurki z innego zestawu - coś na pewno by się dobrało. Ale teraz już nie chce mi się wracać do tematu. W przyszłości jednak będę już zwracał uwagę na takie sprawy. Może spróbuję jeszcze tego przykurcza trochę podmalować, bo w makro jednak widac poważne niedociągnięcia - przede wszystkim pędzla. Dziękuję kolegom za konstruktywne (modne słowo teraz) uwagi. Andreya, co do wody, to pomyślę. Ale dopiero w październiku. OK? A co nowego w stoczni? Mam coś na myśli. I nie pamietam już od kiedy. Może nadszedł już czas (najwyższy czas...), żeby się z problemem zmierzyc?. Może coś z tego fajnego wyjdzie. Mam nadzieję, że wielkamucha będzie kibicować. Bo wiecie: Kiedy mucha kibicuje, znakomicie się wątkuje. Pozdrawiam, Wasz marwojek
-
Co, myśleliście, że o Was zapomniałem? Nic z tego. Najzwyczajniej pogoda u nas jest tak wredna, że wyklucza jakiekolwiek wychodzenie z ciepłych domowych pieleszy. No chyba, że ktoś należy do korpusu kamikadze - ja nie należę. Zatem pobytu w tawernie nie będzie, ale relacja z ostatków pygodrajwerów owszem. a to z konieczności, bo pilnie muszę się zająć nowym "projektem", który ze względu na odmienny mocno charakter, zostanie przedstawiony w "Innych". A tymczasem popatrzmy co się dzieje w okolicach Gibraltaru: W nocy z 3 na 4 sierpnia 1943 roku nastąpił ostatni atak „żywych torped” na statki zgromadzone w gibraltarskim porcie. Jedna z załóg zaatakowała amerykański statek Harrison Grey Otis (nie mylić z zatopionym w poprzednim ataku Patem Harrisonem). Trochę pecha towarzyszyło temu wysiłkowi. Nie dość, że nurkowie uszkodzili skafandry na zaporze z drutu kolczastego (nowość, Anglicy też już się czegoś nauczyli), to jeszcze gdzieś zapodziała się lina służąca do podwieszania głowicy bojowej pod atakowaną jednostką. Mało tego, nieostrożna obsługa głowicy spowodowała, że torpeda dała nura na większą głębokość i przy próbie podpłynięcia pod statek została wyrzucona na powierzchnię wody. Szczęśliwie, nikt jej nie zauważył. Nieszczęśliwie, nurka gdzieś wcięło. Nieszczęśliwie też, torpeda została uszkodzona i mogła tylko poruszać się po powierzchni akwenu. Szczęśliwie, szefowi farciło i niezauważony dotarł okrężna drogą do Olterry. Wynik ataku – fiasko kompletne, prawie standard. Nurek mechanik – uczestnik tego fiaska – jakoś się uratował. Przeczekał za rufa Harrisona jakieś dwie godziny, zniszczył skafander i aparat oddechowy i dopiero wtedy się ujawnił wołając głośno o pomoc. Nurka wyciągnięto, załadowano na okręcik patrolowy, który miał zbadać statek pod kątem umocowania czegoś gdzieś tam. Tuż po tym rozległ się wybuch – jeden z odłamków zabił marynarza, który pilnował naszego nurka, a nurek, jak to nurek (włoski) przeżył… Aaa, statkowi rozerwało kadłub i woda dostała się do maszynowni. Bez poważniejszego remontu nie mógł brać udziału w dalszych działaniach wojenno-morskich. Za to pofarciło się pozostałym dwóm załogom biorącym udział w napaści. Posłały na dno dwa statki – norweski zbiornikowiec Thorshovdi (kurde, co za nazwa…) i angielski Standridge. Planowano jeszcze jedną akcję w Gibraltarze – na 2 października 1943 roku. W akcji miały też brać udział tzw. Łodzie wybuchowe. Z akcji wyszły nici, bo w międzyczasie Włochy skapitulowały, a niektóre załogi z X Flotylli MAS przeszły na stronę Anglików by współpracować na polu działalności żywotorpedowoszturmowej. I to by było na tyle, jakby powiedział nieodżałowany śp. Jan Tadeusz Stanisławski… Skoro to ostatki o statkach zatapianych przez świnki, to pewnie i fotki ostatnie. Pewnie. Popatrzcie na tego gigusia. Nóżki w kolanach ugięte, rączka do przodu wyciągnięta, uśmieszek tajemniczy na twarzyczce. Jakby mówił: "Patrzcie, ale świnia!!!". Tylko nie wiadomo kogo lub co miał na myśli : http://i198.photobucket.com/albums/aa209/marwoj/Maiale/128.jpg No, to parę końcowych rzucików: I jeszcze widok z lotu ptaka (okiem mewy): To samo - jeno okiem albatrosa: I jeszcze tych dwóch ubranych w gumy: I w ten sposób dotarliśmy do finału. Teraz nastepują fanfary i inne bajery towarzyszące. Trochę odsapnę i otworzę niedługo jakiś nowy wątek. Chyba, ze zanudziłem Was na tyle, że nie chcecie. To odpuszczę... Pozdrawiam wszystkich serdecznie, Wasz marwojek
