Nie bardzo wierzę w wersję, w której "Brat III" byłoby nazwą własną samolotu Johna Orrina Ellswortha w VF-17. Byłby to jedyny dywizjonowy wyjątek grafiki burtowej, i chyba jedyny mi znany wypadek przejęcia nazwy własnej i używania przez innego pilota w innym dywizjonie i to praktycznie do końca wojny. Natomiast intrygujący może być fakt, że "Fatso" niebawem zginął w wypadku lotniczym (03.06.1944) zatem "niezacieranie" tejże nazwy mogłoby mieć jakiś inny wymiar...
Opcja, że ten samolot od początku był Hartleya jest raczej absurdalna - dwa zestrzelenia pasują do "Fatso" a nie Deana, oznaczenia boczne typowe dla Fighting 17 i inne niż dywizjonów Marines.
W końcu wersja, wydawałoby się, najbardziej pożądana - samolot #18 został po prostu, po zakończeniu drugiej tury Ellswortha przekazany do VMF-225, Deanowi S.Hartleyowi. Oznaczałoby to, że wykonywany przez Kubę model może nosić wszystkie cechy, w tym te z fotografii "lewoburtowej" samego Ellswortha. No, może oprócz Jolly Rogers na okapotowaniu silnika gdyż dla obydwu dywizjonów mogłoby to być takie faux pas. Zapewne taki stan musiał trwać dość krótko ze względu na pozostałe, typowe oznaczenia dla Fighting 17. W zasadzie i to jest na tyle niezwykłe, że wersja ta jest dla mnie tylko w kategorii bardziej prawdopodobna niż pozostałe.
Cóż, osobiście nie chciałbym robić Corsaira w tym malowaniu. To jest właśnie ten problem gdy podstawą wyboru malowania bywa atrakcyjny wygląd, jego elementy a nie człowiek lub wydarzenie. Nie bardzo nawet wiedziałbym jak podpisać taki model. Zgodnie w wywodami powyżej mogłoby być (spekulacja):
F4U-1A, Dean S. Hartley Jr., VMF-225; ~04*.1944 ?
* - EC podaje sierpień 1944 lecz dla VMF-225: kwiecień - Nowe Hebrydy, czerwiec - wyspy Marshalla, sierpień - Marianny a przecież właściwe oznaczenia dywizjonu - "815”, było mniejszym krojem. Osiemnastka nie miałaby prawa dotrwać do Guam!
---
I na koniec pewne uzupełnienie do mojej poprzedniej, lakonicznej wypowiedzi odnośnie kolorówki Kolachy (ostrożnie z kolorówką #18). Rzeczywiście miałem na myśli, aby po wyłowieniu wzrokiem BuNo. na niej, nie popaść w "odkrywczy" zachwyt. To jednak tylko zwykły błąd a nie tajemniczy numer. W opracowaniu błędów jest kilka co absolutnie tegoż wydawnictwa nie dyskredytuje. Wręcz przeciwnie - pomimo nawet faktu, że sposób w jaki autor postawił główną tezę i udowadniał ją na kolejnych stronach (obwódki na insygniach) który zupełnie nie przypadł mi do gustu i z takim postępowaniem się zasadniczo nie godzę, to uważam tę pozycję za wręcz obowiązkową dla każdego entuzjasty F4U a w szczególności VF-17. Doceniam ogromny wkład w zgromadzony materiał fotograficzny, w konsekwentny i z reguły rzetelny opis, i jak wspomniał Radek, w te kolorówki które swoją jakością i dokładnością są raczej wzorem dla innych wydawnictw. Jak to piszą: "highly recommended".