Skocz do zawartości

Andrzej Ziober

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    99
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Ostatnia wygrana Andrzej Ziober w dniu 27 Lutyego 2020

Użytkownicy przyznają Andrzej Ziober punkty reputacji!

Reputacja

122 Excellent

4 obserwujących

Informacje

  • Skąd
    Poznań
  • Zawód
    Każdy, kto czyta Skrzydlatą i AeroPlana wie, jaki jest mój zawód

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Zgadzam się z tą opinią. W polskich realiach jednak widzę tylko problem, jak zdefiniować określenie „trudniej zrobić”, bo pamiętam zażarte dyskusje o tym co jest trudniejsze – malowanie, czy samodzielna waloryzacja modeli. Dziś odpowiedź na te pytanie „dał czas”. Stosunkowo szybko wielu modelarzy opanowało trudności atrakcyjnego malowania, ale jakiegoś spektakularnego „wysypu” ambitnie waloryzowanych modeli raczej nie było. A tak w ogóle w temacie oceny modeli to od dawna dziwi mnie wymyślanie kolejnych polskich wersji zasad oceny modeli zamiast skopiować jeden z najbardziej popularnych regulaminów zachodnich (np, angielski) funkcjonujący w wielu krajach od lat i nie wywołujący tam zbędnych dyskusji.
  2. Pojęcie mistrzostwa w modelarstwie to temat na osobną ciekawą dyskusję. Mogę jedynie dodać, że mam wrażenie, iż od jakiegoś czasu chyba nadmiernie szafujemy tym określeniem, spłycając jego wartość. Odnośnie druku 3D doceniam i doskonale rozumiem, że w ten sposób powstaje zupełnie nowy warsztat modelarski, ale ja nie znajduję w nim dla siebie niczego, co by mnie pociągało. Moje prywatne rozumienie modelarstwa, od wystawienia pierwszego modelu konkursowego, zawsze wiązało się z wyczynem. Nie interesowało mnie sklejenie i pomalowanie kolejnego modelu do kolekcji, lecz tworzenie modeli na granicy własnych możliwości manualnych. Wraz ze zdobywaniem doświadczenia stawiałem sobie coraz wyżej poprzeczkę. Innymi słowy w modelarstwie fascynowało mnie przekraczanie mojej – jak to tutaj określono – „granicy szaleństwa” w odzwierciedlaniu detali modelu. Odnalazłem je w budowaniu modelu Vulcana w skali 1/144.
  3. Nie zawsze. Powinien być wyżej oceniany tylko wtedy, gdy praca była wykonana na poziomie lepszym lub przynajmniej na porównywalnym z elementami komercyjnymi. Oczywiście ilość roboczogodzin może stanowić jakąś ilustrację włożonego wkładu pracy, ale nie może być elementem podnoszącym ocenę modelu. Czasochłonność nie może być jakimś wyróżnikiem stopnia trudności wykonania modelu, bowiem zależy od wielu czynników, również pozamodelarskich, jak np. wiek, sprawność manualna, etc. Typowego muzeum modelarstwa, do którego mogłyby trafiać dzieła najwybitniejszych polskich modelarzy niestety nie mamy. Nie wiem jak obecnie, ale w Szczawnie Zdroju było Muzeum Modelarstwa i Lotnictwa w Miniaturze. Jest także trochę modeli w Muzeum Zabawek i Zabawkarstwa. W Koninie mamy Park Makiet Mikroskala. Osobną grupę stanowią makiety kolejkowe, których mamy Polsce kilka. Z europejskich muzeów warto zobaczyć np. we Włoszech w Voghhenza piękne Museo del Modellismo Storico ilustrowane modelami i dioramamami tematycznymi (zgromadzone tam modele wykonane są przez wybitnych włoskich modelarzy redukcyjnych). W Czechach w Polici nad Metují jest muzeum modeli papierowych. Za oceanem jest wiele muzeów modelarskich. W USA do najbardziej znanych należą The Miniature Engineering Craftsmanship Museum i Ruda Scale Models. Wiele pięknych kolekcji redukcyjnych model lotniczych stanowi stały element wystawowy muzeów lotnictwa w różnych krajach. U nas Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie dysponuje m.in. kolekcją W. Butrycza
  4. Przyznam, że nie umiem znaleźć odpowiedzi na pytanie postawione przez Gonza. I nawet nie wiem, czy uda się zdefiniować taką odpowiedź. Może jakąś próbą w zunifikowaniu oceny modeli będzie sposób w jaki do tematu podchodzą sędziowie na wielu modelarskich imprezach na świecie podczas ustalenia zwycięzcy nagrody Best of show. Tam gdzie miałem możliwość dowiedzieć się, jak pracowali sędziowie głównym wyróżnikiem była najczęściej odpowiedź na pytanie, który z nominowanych modeli cechował się najwyższym stopniem trudności wykonania. Takie kryterium umożliwiało sędziom porównywanie ze sobą modeli z różnych kategorii – lotniczych, szkutniczych, pojazdów, figurek i dioram. Tu oczywiście istotne są wiedza i doświadczenie modelarskie sędziów, co w samo w sobie może stanowić problem, jeśli sędziowie nie spełniają w.w. wymagań. A na pytanie czym jest modelarstwo redukcyjne sensowną odpowiedź zaprezentował tu Andrzej sas55. I ta definicja chyba nie wymaga jakiejś dyskusji.
  5. Bardzo interesująca dyskusja. Pozwolę sobie i ja coś do niej dodać na temat celów zajmowania się modelarstwem. Wydaje mi się, że cel jest o tyle ważny, iż może mieć istotny wpływ na jakość wykonywania modeli. Dla zilustrowania zagadnienia dwa przykłady z historii naszego modelarstwa: 1/. zapewne wielu pamięta modele Wojtka Butrycza. Otóż Wojtek miał bardzo konkretnie zdefiniowany cel budowy modeli. Chciał stworzyć kolekcję miniatur samolotów, na który latali Polacy. I dlatego wykorzystywał tylko zestawy, a jakieś ich poprawki ograniczał do minimum. Chodziło mu bowiem o zbudowanie jak najwięcej modeli, często kosztem jakości ich wykonania. 2/. przykład – modelarstwo Edzia Boniego. Edward najpierw budował modele podobnie jak wielu innych modelarzy, tzn. starał się jak najbardziej poprawnie posklejać i pomalować zestawy. Z takich modeli stworzył całkiem sporą kolekcję. Ale któregoś razu pojechał na konkurs do Wrocławia. Zobaczył tam jak robią modele ówcześni najlepsi polscy modelarze. Zasmakował także w rywalizacji konkursowej. I to zmieniło Jego podejście do modelarstwa. Od tamtego momentu zainteresowały go samodzielnie robione konwersje zestawów i szczegółowe odtwarzanie detali w oparciu o zgromadzoną dokumentację. Te nowe podejście do celu modelarstwa przełożyło się także na czas wykonywania modelu, bo już nie wystarczyło przysłowiowych dwóch tygodni. Model konkursowy robiło się wówczas cały rok (a czasami dłużej). Podałem akurat te dwa przykłady dlatego, że obaj Panowie zaczynali swą przygodę z modelarstwem mniej więcej w podobnym czasie i w podobnych warunkach dostępu do zestawów i narzędzi. Różnica polegała na tym, że jednemu przez cały czas zależało na zrobieniu jak największej kolekcji, a drugi Pan z powodu zmiany celu swego modelarstwa całkowicie zmienił koncepcję wykonywania modeli. Innymi słowy cel zajmowania się modelarstwem może mieć zasadniczy wpływ na jakość wykonywania modeli. A co za tym idzie, w indywidualnej ocenie jakości ich wykonania także warto brać pod uwagę to, na czym zależało ich wykonawcy. I jeszcze odnośnie czy modelarstwo to sztuka, czy nie. Znam tylko jeden przypadek uznania modelarstwa za sztukę. To Japonia. Tam oficjalnie jest ono zaliczane do grupy sztuk plastycznych. A w kwestii wystawiania modeli na aukcjach dzieł sztuki też znam taki przypadek. Otóż po śmierci genialnego francuskiego modelarza Maurice’a Tiffaulta część Jego dzieł była wystawiona na sprzedaż w jednym z prestiżowych domów aukcyjnych i znalazły nabywców za poważne pieniądze. Można także dodać, że w niektórych krajach imprezy modelarskie swym anturażem świadomie nawiązują do atmosfery wystaw i festiwali artystycznych. I niejako na marginesie tej kwestii – to modelarzom powinno bardzo zależeć, by ich działalność została uznana za sztukę. Szczególnie tym, którzy zajmują się sprzedażą swych prac, bowiem za dobre pieniądze łatwiej jest sprzedać coś co jest klasyfikowane dzieło sztuki, niż coś co występuję pod nazwą zabawka politechniczna
  6. Wrócę jeszcze do tych „nostalgicznych” wspomnień z naszego ancien regime. W latach 1970. już jeździłem na polskie konkursy, ale wyjazdy na konkursy zagraniczne były realne tylko jako tzw. „zorganizowane” jedynie do Czechosłowacji i do DDR. Żeby pojechać trzeba było należeć do klubu (ja należałem do kaliskiej Miniaturki, która miała kontakt z klubem w Ostrawie), który miał kontakty z klubami z tych krajów i odbywało się to wyłącznie na zasadzie „wymiany klubowej”. Tak to się wtedy nazywało i polegało na tym, że my jechaliśmy do „nich” a „oni” potem do nas. Wtedy nawet nikomu nie przychodziło do głowy, żeby sobie, od tak, prywatnie pojechać na taką imprezę. Po prostu było wiadomo z założenia, że to niemożliwe. A nawet jak już klub miał zaproszenie, to jeszcze trzeba było zdobyć vouchery na paliwo, znaczki do wkładki paszportowej i walutę czechosłowacką lub DDR-owską. I każda z tych rzeczy mogła być też przeszkodą nie do pokonania, bo chodziło o to, żeby ludzie nadmiernie się nie wałęsali nawet po „bratnich”, socjalistycznych krajach. A jak już miało się wszystko załatwione na taki wyjazd, to jeszcze jakiś wredny celnik mógł pod byle pozorem cofnąć z granicy. Natomiast wyjazd na Zachód wydawał mi się wówczas równie realny, jak lot w kosmos (i to nie było przesadnie porównanie!). Dziś to brzmi dziwacznie, ale tak właśnie oddziaływał na wyobraźnie tamten system, więc słusznie Gonzo napisał, że „nie tyle zabierał marzenia, ale sprawiał, że człowiek nawet nie próbował marzyć”. Dlatego gdy wreszcie pierwszy raz pojechałem na ten Zachód (do Anglii na ModelWorld w 1995), to czułem się tak, jakby mi się spełniły te niewyobrażalne marzenia.
  7. Widzę, że poczucie humoru też teraz jest chyba inne. Przecież mój poprzedni post to był tylko żart. A kwestia nowoczesnych technik modelarskich? Kogo one dotyczą? Ilu modelarzy w Polsce stosuje w praktyce technologię CNC, czy druk 3D do swych modeli (nie mówię tu o producentach i projektantach komercyjnych modeli)? Chyba trudno byłoby znaleźć kilkunastu w skali całego kraju. Nawet dużo prostsze i tańsze fototrawienie też jakoś nie stało się globalnie popularne. Dziś większość modelarzy z tych zrobionych nowoczesnymi technikami wyrobów jedynie korzysta w formie kupowanych zestawów do waloryzacji. Do starych i do nowych zestawów ich używa. I to wszystko. O czym tu więcej pisać? No chyba, że znowu o tym czy vintage to jest jakieś zło, czy nie jest. Ale za aktywność krasnali nie dają, więc ja wracam do robienia modelu. A szpachlówkę oczywiście zakazać robić
  8. Ja wprawdzie dzieci mam dorosłe, a wnuczki jeszcze zbyt małe na modelarstwo, więc się nie znam i jak czytam o zniechęcaniu młodego do modelarstwa kiepskimi zestawami, to nasuwa mi się pytanie, czy dzisiejsze dzieci są jakoś felernie zrobione? Bo gdy ja byłem dzieckiem, to przecież były tylko kiepskie zestawy. I mimo tego dzieciaki kleiły na tony te plasticarty itp. badziewie ... Ops , pardon, teraz dopiero doczytałem, że winę za wypłukiwanie modelarskich ambicji u współczesnego młodego ponoszą pokaźne porcje szpachlówki niezbędne do kiepskich zestawów. No tak, przecież za mojego dzieciństwa szpachlówki do modeli nie było i dlatego jakoś mi się te moje ambicje nie wypłukały. Może wiec dziś wystarczy zakazać produkcji szpachlówki?
  9. Panowie, tak z lekką nieśmiałością chciałbym przypomnieć, że temat tego wątku brzmi: „Porozmawiajmy o poziomie modelarstwa redukcyjnego od lat 60 do początku lat 90.” Tylko przez kawałek pierwszej strony było z grubsza na temat. Mnie akurat zaciekawiły tam wypowiedzi Merlina_70 i HKK o ich przyczynach odejścia od modelarstwa „w czasach słusznie minionych” HKK: …rzeźbienia łopatą w g...nie. Borykaniem się z ciągłą prowizorką i prymitywizmem w materiałach i narzedziach. Chciało się robić coraz dokładniejsze, cieszące oko minatury, ale waliłem głowa w mur. […] Zamiast myśleć nad tym, jak osiągnąć dany efekt, zastanawiałem się skąd wziąć głupią igłę od strzykawki, cienki arkusz polistyrenu, czy przyzwoity pędzelek… Merlin_70: Taka też była moja przyczyna odejścia od modelarstwa pod koniec lat 80 - tych , więcej czasu zajmowało zdobywanie różnych rzeczy , kombinowanie , a na końcu byl ciagle ulep pomaziany olejną farbką artystyczną, która mimo rozcienczenia i tak schla tygodniami .jak byłeś w mniejszym mieście gdzie nikt na poważnie się w to nie bawił to i pomocy nie dostałeś… W końcu lat 1960. i początku lat 1970. cała moja „modelarska narzędziownia” mieściła się w metalowym pudełeczku po czekoladkach wielkości tak około 20 x 10 x 3 cm. Były tam: kilka igieł do szycia różnej grubości; wyproszone u mamy - mały metalowy pilniczek do paznokci i pincetka do skórek, którą na końcówkach spiłowałem na ostro i ostre nożyczki do paznokci, ponadto pędzelek z buteleczki po lakierze do paznokci umyty zmywaczem do paznokci (nawiasem mówiąc, bardzo dobre włosie miały te pędzelki), żyletki, o które prosiłem tatę, by ich nie wyrzucał, gdy mu się stępiły podczas golenia. Papiery ścierne miałem z takich pasków do ostrzenia grafitu w ołówkach automatycznych, a sam automatyczny ołówek przerobiłem na uchwyt do igły służącej do nakładania kleju. Jako uzupełnienie miałem jeszcze filatelistyczną lupę powiększającą. Za „chemię modelarską” służyły kupione w sklepie chemicznym: rozpuszczalnik benzynowy do farb, olejne farbki w trzech podstawowych kolorach konfekcjonowane w małych puszeczkach, TRI (można było kupić do czasu, aż zainteresowali się nim domorośli narkomani) do robienia kleju (z rozpuszczanymi w nim ramkami wlewowymi), zasypka dla dzieci (do robienia z farbą olejną szpachlówki i do matowienia farb błyszczących). Nie miałem zielonego pojęcia, że robienie modeli takimi „narzędziami” to jest rzeźbienie łopatą w gównie. Mieszkałem w Częstochowie - nie było tam ani jednej modelarni dla modelarzy plastikowych, więc od nikogo wtedy nie mogłem liczyć na pomoc. Ale w kiosku RUCH-u założyłem sobie tzw. teczkę na prasę i regularnie czytałem SP i Modelarza, z którego dowiedziałem się o konkursie organizowanym przez Rysia Szerera we Wrocławiu. Chyba byłem wtedy mało wymagający i mało krytyczne względem siebie, bo nie miałem zielonego pojęcia, że zamiast modeli robię tylko ulepy. I całe szczęście, że byłem taki mało bystry w kwestiach myślenia i oceny własnych umiejętności, bo dzięki temu nie zrezygnowałem z robienia tych swoich „ulepów” i nawet w 1974 pojechałem z nimi na konkurs do Wrocławia. A potem - robiony takimi właśnie narzędziami (tyle, że malowany już prawdziwymi farbkami modelarskimi, czyli Humbrolami) - model SM-1 jeszcze nawet w drugim tysiącleciu zdobywał na świecie nagrody. Cóż, każdy ma swoje własne wspomnienia początków modelarstwa. Moje są takie
  10. Andrzej Ziober

    Łoś - Mikro 144

    Jak się chce, to nawet z takiego starego badziewia można spróbować zrobić "prawdziwy" model
  11. W tamtych latach generalnie niewiele miejsca w prasie poświęcano modelom redukcyjnym. Ale gdy Wiraże funkcjonowały w Poznaniu pod kierunkiem red. nacz. Andrzeja Górczyńskiego z Jego inicjatywy pod patronatem redakcji powstało Stowarzyszenie modelarzy Wiraży. Spotkania odbywały się raz w miesiącu w niedzielę w redakcji. Wprawdzie klub działał krótko, ale dwóch jego członków zafunkcjonowało w publicystyce lotniczej: Michał Mucha i ja. Michał został znanym fachowcem w tematyce zaginionych w akcji lotników II w. św. (m.in. w ramach Aircraft Missing in Action Project) i publicystą lotniczym, a ja na łamach Wiraży pisałem cykl artykułów o technologii budowy modeli plastikowych. Cykl skończył się, gdy zrezygnowano z wydawania numeru sprzedawanego w kioskach Ruchu.
  12. Mam wrażenie, że nie tylko data jest umowna, ale cała koncepcja oparta na rozwoju jakości zestawów jest… też umowna. W kontekście definicji vintage/retro to oczywiście można sobie jakieś daty przyjmować. Ale mnie cały czas chodzi o rzecz bardziej istotną. Wyraźnie napisałem wcześniej, że część modelarzy kojarzy lata 80-te ubiegłego wieku z jakimś modelarskim prymitywizmem. Taką tezę, niestety, do pewnego stopnia wspierali swego czasu niektórzy miłośnicy vintage (patrz np. stare dyskusje na nPWM). Brak rzetelnej wiedzy o jakości wykonywanych wówczas modeli wielu zastąpiło sobie prostym równaniem: prymitywne zestawy i prymitywne wykonawstwo = modelarstwo lat 1980-tych. I taka teza zaczęło „żyć własnym życiem”. Tymczasem to właśnie lata 1980-te w Polsce były okresem największego rozwoju modelarstwa redukcyjnego. Rozwoju w sensie jakości wykonywanych modeli. A ta jakość nie miała nic wspólnego z jakością oferowanych wówczas na rynku zestawów, lecz z rozwojem umiejętności polskich modelarzy!!!!! Z gównianych zestawów część modelarzy z tamtego pokolenia potrafiła robić modele na bardzo wysokim poziomie (nawet oceniając wedle współczesnych kryteriów). I to ich prace pobudzały wyobraźnię i prowadziły do rozwoju umiejętności innych ludzi, a nie import lepszych jakościowo zachodnich zestawów. Ale jak już chcecie trzymać się wpływu przemysłu modelarskiego na rozwój jakości modelarstwa, to przede wszystkim dostęp do narzędzi modelarskich był tym czynnikiem rozwijającym jakość wykonywanych modeli.
  13. Nie doczekałem się odpowiedzi na pytania o „rozwój modelarski” i "nowoczesne technologie" więc może ujmę to inaczej. Dlaczego rok 1989 funkcjonuje tu jako rok graniczny dla czegoś w rodzaju modelarskiego prymitywizmu/dziadostwa, a po tej dacie to niby miałby być już ten "rozwój i nowoczesność"? Mogę zrozumieć, że ktoś, kto w latach 1980 był dzieckiem i zapamiętał swoje pierwsze doświadczenia modelarskie z tamtego kresu, więc będzie on mu kojarzyć się z prymitywnie wykonanymi dziecięcymi „ulepkami”, ale w tamtych latach ludzie robili już modele dużo trudniejsze, niż te "nowoczesne", za które obecnie wielu modelarzy dostaje lajki. Świat modelarstwa redukcyjnego na wysokim poziomie zaczął się na wiele lat przed wynalezieniem Internetu i Facebooka. Poniżej modele sprzed 1989 - pierwszy scratch, drugi konwersja
  14. Zaciekawiło mnie, jak należy rozumieć określenie „rozwój modelarski” i "nowoczesne technologie". Bo mnie „nowoczesna technologia” do pewnego stopnia kojarzy się z technologią CNC i 3D. Tyle, że wykorzystują je projektanci i producenci zestawów, a modelarze indywidualni głównie raczej jedynie korzystają z efektów ich pracy. A rycie linii, przygotowanie powierzchni i pracę z aerografem poznano dopiero po roku 1989? Bardzo interesujące !
  15. To nie była tylko „moja walka”. Walczyło o to wielu ludzi na rożne sposoby. Ja zostałem w tej „walce” zapamiętany tylko dlatego, że miałem możliwości, ażeby o tym pisać. Gwoli wyjaśnienia: Aeroklub nie ma prawa przyznawania Błękitnych Skrzydeł. Może jedynie do Kapituły tej nagrody składać wnioski, tak samo jak każda instytucja lotnicza, czy jakaś organizacja społeczna, o przyznanie komuś tego wyróżnienia. Gdybyśmy mieli jakąś sensownie działającą dużą własną organizację modelarską, to mogłaby ona z takimi wnioskami występować. Nie mówiąc już o tym, że dziś jest możliwość powrotu lotniczych modelarzy redukcyjnych do Aeroklubu, ale chyba nikt nie ma takiej chęci. Nie trzeba tak wysoko sięgać aż do salonów artystycznych (choć byłby to dobry kierunek), żeby dorobek polskiego modelarstwa redukcyjnego nie został zaprzepaszczony. Wystarczyłoby, żeby polski IPMS zadbał o tę historię. Ale tej organizacji na razie zdecydowanie lepiej wychodzi jedynie gumowanie tejże historii z niewygodnych faktów i zdarzeń.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.