Statki tego typu nalezaly do najbardziej zasyfionych jednostek tamtych czasow. Patroszenie waleni przy burtach, wytapianie tluszczu, przelewanie roznej masci olejow itd. + rejsy ktore trwaly i dwa lata robily swoje. Smrod podobno byl trudny do zniesienia. Cala zaloga byla zainteresowana tylko sukcesami lowieckimi - co przekladalo sie na zysk i perspektywe szybkiego powrotu do domu. Podobnie aramator, wiec statek tak wyszykowany jak na pudelku - byl moze 2-3 razy w swojej karierze - w pierwszym rejsie i po remontach. Smialo mozna go zdrowo "zwashowac".
Jezeli chodzi o plyty miedzi to odwrotnie - same w sobie, czynily czesc podwodna mnie oplywowa. Montowana je bo wierzono ze utrudniaja wyjadanie drewna przez swidraka okretowca - gatunek malza. Blachy utrudnialy tez przywieranie do dna pakli i innych wodorostow ktore po paru miesiacach tworzyly na podwodnej czesci statku (czy okretu - marynarka pierwsza zaczela stosowac takie blachy - bylo to dosc kosztowne) prawdziwe laki - i te dopiero ograniczaly szybkosc jednostki. Zeby pozbyc sie tych pasazerow na gape co jakis czas nalezalo karenowac statek - czyli wyciagnac na plyciznie (lub brzeg) i zeskrobac to co przyczepilo sie do kadluba. Wielorybnik byl generalnie wolnym statkiem - magazynem. Mysliwi ganiali zwierzyne na pokladzie specjanych szalup - a po zabiciu zwierze bylo holowane do statku (lub statek podplywal) i oprawiane przy burcie. Miedz miala raczej tu przedluzyc zywot kadluba i zwiekszyc odstepy miedzy karenowaniami (to sie chyba tak odmienia)...
Pozdr.
Pawel