Skocz do zawartości

łsobota

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    671
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez łsobota

  1. Nieszkodzi że eksperymenty, ja tam bym chętnie popatrzył Jak najbardziej zachęcam. Dla większości planuję tylko podstawkę imitującą wodę, ale myślałem też o małej dioramce przedstawiającej wyładunek zaopatrzenia z okrętu podwodnego na jakiejś małej wysepce gdzieś na Pacyfiku.
  2. No napewno. Ze dwa razy przynajmniej W sumie 1:700 wybrałem z trzech przyczyn: 1. zajmowane miejsce 2. duży wybór modeli, zwłaszcza wśród moich ulubionych lekkich krążowników japońskich 3. docelowo swoje okręty chciałbym umieścić na podstawkach imitujących wodę (da się zrobić i w 1:350, ale tu patrz punkt 1) Ale na jakąś "trzystapięćdziesiątkę" się pewnie kiedyś skuszę (np. któryś ze współczesnych okrętów podwodnych, koniecznie radzieckich / rosyjskich)
  3. Nic więcej chyba pisać nie trzeba...
  4. Jeżeli twój Avanger nie będzie totalnie "zajechany" to śmigło może być.
  5. Ohayō! Tym razem same zdjęcia w liczbie sztuk dwóchh:
  6. He, he, pewnie, że nic nie będzie widać, w końcu to Nakajima A poważnie, to coś tam niby widać, jak się patrzy pod odpowiednim kątem i przy mocnym świetle (zdjęcia z lampą): A oszklenie jest vacu, w prawdzie takie sobie, ale mam zamiar zrobić je w wersji pootwieranej: Więc coś tam pewnie będzie widać Kilka fotek z połączenia skrzydeł z kadłubem: Co na nich jest, myślę, że widać i nie trzeba pisać, co mnie czeka. Napiszę tylko, że spodziewałem się, że będzie gorzej. Jeszcze obiecany rys historyczny (na podstawie informacji znalezionych w internecie i książki Tadeusza Januszewskiego i Krzysztofa Zalewskiego "Japońskie samoloty Marynarki 1912 - 1945", wyd. Lampart): Od połowy 1935 firma Nakajima prowadziła równoległe prace nad dwoma typami samolotów pokładowych. Pierwszym był samolot torpedowo – bombowy B5N, który wszedł do masowej produkcji i stał się jednym z symboli potęgi japońskiego lotnictwa pokładowego w pierwszych miesiącach wojny na Pacyfiku, drugim był rozpoznawczy C3N, który został niemal zupełnie zapomniany. Oba samoloty prezentowały tą samą koncepcję konstrukcyjną, z tą różnicą, że C3N został wyposażony w stałe, oprofilowane podwozie główne i miał mniejszą niż B5N powierzchnię skrzydeł. W 1935 Kaigun Koku Hombu (dowództwo Lotnictwa Cesarskiej Marynarki Wojennej) opracowało założenia konstrukcyjne 10 shi dla pokładowego samolotu rozpoznawczego (do połówy lat 30-tych na wyposażeniu japońskich lotniskowców nie było specjalistycznego samolotu rozpoznawczego, a rolę tą spełniały głównie samoloty torpedowo – bombowe). Wymagania te były bardzo zbliżone do założeń dla samolotu torpedowo – bombowego, co niewątpliwie wpłynęło na równoległe opracowywanie obu samolotów przez Nakajimę. Warunki, które miał spełniać nowy samolot były następujące: rozpiętość skrzydeł 14 metrów (z możliwością składania do hangarowania), długość do 10 metrów (miał się mieścić na windach starszych typów lotniskowców), prędkość maksymalna 370 km/h, prędkość lądowania 110 km/h, zasięg maksymalny 2200 km a napęd miał stanowić gwiazdowy silnik Nakajima Hikari lub Mitsubishi Kasei. Załogę miały stanowić trzy osoby. Ponadto od samolotu wymagano bardzo dobrej widoczności z kabiny (rzecz bardzo ważna na lotniskowcu), dostosowania do działań w nocy i trudnych warunkach atmosferycznych oraz bezpiecznego wodowania w razie konieczności. Kierownikiem zespołu konstrukcyjnego, który pracował nad C3N1 został inż. Yasuo Fuakuda. Po zaakceptowaniu przez Kaigun Koku Hombu projektu wstępnego Nakajima przystąpiła do budowy w zakładzie Otha dwóch prototypów. Pierwszy z nich ukończono w październiku 1936, a drugi zaraz na początku 1937. Budowa obu prototypów C3N1 prowadzona była równolegle z budową prototypem B5N1, dzięki czemu oba zespoły konstrukcyjne wymieniały się swoimi doświadczeniami. Zresztą samolot C3N1 wyglądem zewnętrznym bardzo przypominał B5N1. Był to dolnopłat o stałym, oprofilowanym owiewkami podwoziu głównym. Do jego napędu wykorzystano silnik gwiazdowy Nakajima Hikari 2 -pomimo, że Kaigun Koku Hombu preferowało silnik Mitsubishi Kinsei (zresztą oba zakłady zazwyczaj preferowały swoje wyroby). Trzyosobową załogę umieszczono w długiej, bogato oszklonej kabinie, zapewniającej doskonałą widoczność we wszystkich kierunkach. Po ukończeniu i oblataniu drugiego prototypu, oba egzemplarze przekazano lotnictwu marynarki do dalszych prób. Program badawczy trwał prawie rok i po uwzględnieniu kilku poprawek, we wrześniu 1937 samolot wstępnie zaakceptowano do produkcji seryjnej. Otrzymał on oznaczenie „Pokładowy samolot rozpoznawczy model 37 typ 11” (C3N1 model 11). Niedługo potem pomyślnie przez badania przeszedł także prototyp B5N1 i oba samoloty skierowano na dalsze testy na lotniskowcach, a po ich zakończeniu przeniesiono je do centralnych Chin, gdzie kontynuowano badania w warunkach bojowych. Po dwóch miesiącach stwierdzono, że bombowiec B5N1 doskonale może także spełniać rolę samolotu rozpoznawczego i ostatecznie zrezygnowano z produkcji C3N1, gdyż uznano, że nie ma sensu produkcja dwóch samolotów o niemal identycznej osiągach, tym bardziej, że firma Nakajima była wówczas przeciążona innymi zamówieniami. Sytuację tą wykorzystała firma Mitsubishi prezentując Kaigun Koku Hombu samolot C5M, powstały na bazie doskonałego Armijnego samolotu rozpoznawczego Ki-15. Oba prototypy C3N1 pozostały jednak w Chinach i operowały z baz lądowych w Hankow i Szanghaju do końca 1937 roku. Pewnie, że można. Nawet już kiedyś takową zamieściłem na www.mikromodele.fora.pl. Nie mogę podać linku, bo strona w tej chwili nie chce mi się załadować, ale jak tylko sytuacja się poprawi to go tutaj zamieszczę. edit (22 maj 2009, 07:57) Trochę się zagalopowałem pisząc, że listę takową zrobiłem. Dawno to było i świtało mi wczoraj w głowie, że zrobiłem, ale to była bardziej podpowiedź (i to nie pełna) na temat tego co jest na rynku i podanie dwóch linków do j-aicraft'u: link 1 i link 2. A tu jeszcze link do postu na mikromodelach (nomen omen prowadzi on do "in boxa" C3N1 właśnie). Oczywiście jeżeli uznacie, że lista z j-aicraft jest niewystarczająca to mogę się pokusić o napisanie bardziej zaktualizowanej wersji (dotyczyć wszakże będzie tylko plastiku i skali 1:72)
  7. "Sokole oko" jeszcze mam, ale "dobra ręka" zaczyna powoli nawalać, niestety. Ale nie poddam się, i wszystkie swoje już zakupione "siedemsetki" na pewno zrobię
  8. Upps, dopiero dzisiaj zauważyłem Twój post A odpowiadając na zadane pytanie, to Typ T1 lekko napoczęty czeka spokojnie w pudle, aż wezmę się za coś większego i będzie mógł wypłynąć na światło dzienne jako przerywnik.
  9. Po zdjęciach nie widać, żebyś się specjalnie męczył Póki co jak już pisałem, całość prezentuje się bardzo obiecująco.
  10. Witam! Przypadkiem udało mi się odnaleźć na dywanie zgubioną, fototrawioną antenę radionamiernika (istny cud, bo o wiele większe części potrafiły na tym dywanie zaginąć na dobre) i nie omieszkałem natychmiast przykleić ją w miejsce pudełkowej, widocznej na jednym ze zdjęć powyżej: Różnica jakości nie wymaga chyba komentarza, Oprócz tego zamknąłem kadłub, uprzednio go obciążywszy i dokleiwszy co tam jeszcze trzeba było: Po delikatnym przeszlifowaniu linii łączenia dokleję jeszcze celownik refleksyjny do tablicy przyrządów oraz zamek do karabinu i będzie można zamykać kabinę.
  11. Do mistrza to mi jeszcze daleko. Bardzo daleko, więc każda rada się przyda. Nie ma za co przepraszać. Co się tyczy zeskrobywania od wewnątrz to oczywiście masz rację. Tyle, że to co się stało było dla mnie niespodzianką, bo na sucho połówki kadłuba na całej długości ładnie się schodziły, a krawędź steru kierunku nie wydawała mi się za gruba, więc poza lekkim przeszlifowaniem po klejeniu nic innego nie przewidywałem. Ale w czasie klejenia (pewnie wskutek powstałych z przodu naprężeń – inne wytłumaczenie nie przychodzi mi do głowy) stało się to co widać na jednym ze zdjęć powyżej. Z powodu ogromnych ilości kleju jakie wpompowałem w ten rów, nieco to wszystko napęczniało i, że się tak wyrażę „nabrało masy”. Na szczęście nie bardzo jest tam co zatrzeć, więc nie ma obaw. A to co jest, bardzo łatwo można jakby co odtworzyć.
  12. Niestery nie załapał się. Do następnego odcinka przygotuję krótki opis samolotu, bo konstrukcja ciekawa (chociaż nie oryginalna), a mało znana. Magazynki, no cóż długo się zastanawiałem z czego je zrobić, aż w końcu mnie olśniło, że jak ulał będą pasować.... chryzantemy wieńczące dzioby okrętów japońskich w skali 1:700 Dzisiaj zabrałem się za sklejeni skrzydeł i zamknięcie kadłuba. Ponieważ z kokpitem wewnątrz całość za cholerę nie chciała się domknąć, wykombinowałem sobie, że najpierw skleją kadłub (odpowiednio go podskrobująć w jednym miejscu) a potem wsunę do środka lekko ociosaną podłogę (głównie z przodu i od spodu). Jak pomyślałem tak też zrobiłem. Poniżej widać kilka fotek z "rzeźni". Najpierw skrzydło: Przestrzeń pomiędzy skrzydłami została delikatnie zryta, w celu poprawnego osadzenia kokpitu. Potem przyszedł czas na kadłub: Tyle wystarczyło, żeby podłoga dała się ułożyć jak należy. Po tym zabiegu zamknąłem kadlub: Wszystko było by pięknie, gdyby nie rozczepiający się ogon: Ale po kilkunastu minutach w czasie których w użyciu były całe hekto[mili]litry extra thinu, nadludzka siła i zaklęcia z kręgu łaciny kuchennej udało się to doprowadzić do takiego stanu: Jutro przetrę to jeszcze super glutem i po wyszlifowaniu, a następnie zeszlifowaniu krawędzi (bo jest za gruba) powinno być OK. Następnym krokiem będzie montaż kokpitu w kadłubie i jego połączenie ze skrzydłem.
  13. Przerwy między zegarami na tablicy cienko smaruję klejem cyjanoakrylowym w żelu i przykładam do folii, starając się trafić jak najdokładniej (użycie kleju w żelu pozwala skorygować ewentualne przesunięcia). Kiedyś próbowałem na clearfixa i też działa. Tyle, że wiązanie słabsze.
  14. Ale on przedwojenny jest, to nie wiem czy się załapie
  15. Witam! Zabierając się wczoraj do roboty nad Seiranem, otworzyłem szafkę z farbami aby dobrać odpowiednie kolory i moim oczom ukazało się takie oto, dość mocno podniszczone pudło: Model ten kupiłem już dość dawno temu, i od jakiegoś czasu chodził mi po głowie, więc tym razem bez większych oporów, pomimo wielu innych rozgrzebanych modeli dałem się mu skusić. Na początek malutki „inboksik”. Po otwarciu sporego, jak na tą skalę i niezwykle wątłego pudła, wewnątrz można zaobserwować dwie czysto odlane (nie licząc silnika, ale to chyba z założenia taki Quasimodo miał być) ramki z zielonkawo – brunatnego, miękkiego plastiku, zawierające około 40 (bodajże 39, jeśli dobrze policzyłem) części: Czterostronicową, kolorową instrukcję wydrukowaną na przyjemnie szeleszczącym papierze : Małą kalkomanię: Oraz dwie kabinki vacu: Może nie są krystalicznie przejrzyste, ale dzięki nim będzie można zrobić model w wersji „kabrio”. Trochę zbliżeń: Próba spasowania głównych elementów: - kadłub, całkiem przyzwoicie: - skrzydło, też nieźle: Końcówkę dolnej części trzeba będzie trochę pocienić. Zdjęcie tego nie oddaje, ale minimalnie wystaje ona ponad linię łączenia. - przejście skrzydło – kadłub: Tu nieco gorzej, ale z pomocą szpachli i papieru damy radę. W tym miejscu powinien pojawić się jeszcze krótki rys historyczny, ale póki co go nie będzie. Pojawi się przy okazji prezentacji gotowego modelu, lub jeśli taka będzie wola ludu w którymś z następnych odcinków. A na razie zdjęcie oryginału: I jeszcze jedno (tym razem ze zdjętymi obiema osłonami podwozia): A teraz, żeby już dłużej nie przynudzać, czas na prezentację tego co przez kilka dzisiejszych godzin udało mi się zmajstrować przy modelu. Na początku było wielkie mazianie czernią (taki preshading, znacznie odbiegający od klasycznej formy. Po prostu chciałem coś wypróbować, a wyszło to co widać): Potem nadszedł czas na dorobienie kilku „pierdółek” i umieszczenie ich na burtach oraz podłodze kokpitu: Trzeba przyznać, że na tym etapie wyglądało to cośkolwiek obleśnie. Jeszcze dwa z trzech foteli (ten dziurawy to pilota, a ten na „szczudle” nawigatora) i tablica: Pozostałe „pierdółki” i tablica po malowaniu w oczekiwaniu na przyklejenie: Następnie przyszedł czas na malowanie wnętrza i doklejanie drobnych elementów na miejsce: Tablica przyrządów na ostatnim zdjęciu jest tylko przyczepiona na bluetacku do zdjęcia. I jeszcze taki mały bajer - fotel nawigatora jest ruchomy Na razie byłoby na tyle. Następnym etapem najprawdopodobniej będzie próba zamknięcia kadłuba. A pierwsze przymiarki na sucho pokazały, że będzie wesoło. I to bardzo…
  16. No faktycznie z pasami zaszaleli. Ale dopiero teraz widać jak ładnie je odwzorowałeś. Tym większy podziw dla tego co robisz
  17. Czas na pierwsze fotki warsztatowe (miały być dziewięć dni temu, ale dopiero wczoraj miałem czas siąść do modelu). Na początek zrobiłem lekki preshading burt i przykleiłem do nich kilka drobiazgów z blachy Edka, po czym całość prysnąłem polecaną przez instukcję szarością RLM 02 (Gunze H70): I zbliżenie na Edka (obecność naprawdę symboliczna): Potem podmalowałem na czarno kilka skrzynek, i zrobiłem skórzaną torbę na sake, ekhm, to znaczy na mapy: Potem złożyłem z blaszki fotel pilota i pudełkowy fotel radiotelegrafisty (bo Edek nie przewidział go w wersji fototrawionej ): Zrobiłem też tablicę przyrządów: I tu Edek się nie popisał, robiąc tablicę za małą w stosunku do plastikowego odpowiednika Tamiyi i przy okazji ponownie pomijając przedział radiooperatora (nie licząc dwóch małych tabliczek z sześciu tam obecnych). W końcu zabrałem się za poskładanie w całość elementów kokpitu: Na razie tyle. A pierwsze wnioski z budowy? No cóż, Tamka tak jak się spodziewałem składa się rewelacujnie. Żadnych problemów. Rozczarowała mnie jednak blacha Eduarda. Bardzo słaba moim zdaniem, fotel pilota, pasy oraz antena radionamiernika (którą to część po wycięciu zgubiłem i musiałem użyć pudełkowej), są fajne, ale dziwi bardzo praktycznie brak elementów do kabiny radiooperatora, i średnioudana (wymiarowo) tablica przyrządów. Drugie raz bym się na nią nie skusił. SAYŌNARA!
  18. Wnętrze pierwsza klasa! Pewnie aż żal było je zamykać. Pasy może faktycznie odrobinę za szerokie, ale za to bardzo ładne
  19. Bardzo fajnie Ci rybka wyszła Jak dla mnie byłaby to idealna maszyna, jaka mogłaby stacjonować na Madagaskarze, gdyby w okresie międzywojennym sfinalizowano przekazanie tej wyspy Polsce
  20. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że pierwszym królem angielskim, który na szeroką skalę używał łuczników na polu bitwy był Edward I Długonogi (1239-1307. Miał on niejedną okazję, żeby zapoznać się z długim łukiem podczas podboju Walii i sam potem wykorzystywał walijskich łuczników przeciw Szkotom. Co zresztą było doskonałą odpowiedzią na szkockie schiltrony.
  21. Modele docelowo, będą umieszczone na podstawkach imitujących wodę, więc mam nadzieję, że to się "zgubi". Jeżeli, po przystawieniu do podstawki okaże się, że jednak dalej to widać, to wówczas będę poprawiał. Nie, to żadna symulacja. Użyłem po prostu dwóch zupełnie różnych farb. W przypadku I-16 jest to "Tan Yellow" Vallejo (70912), a I-58 ma pokład pryśnięty Tamiyą XF-55 czyli "Deck Tan".
  22. Chciałbym przedstawić trzy maleństwa w 1:700. Oczywiście całość tematycznie dotyczy IJN z czasów jej świetności (i tuż po nich). Na początek dwa zdjęcia rodzinne: A teraz kolejno, okręt desantowy Typ 103: Okręt podwodny I-58 (typ B3). Tak to ten sam co zatopił USS Indianapolis, ale wersja z początku wojny (później zdemontowano hangar i katapultę wodnosamolotu i przystosowano go do przewozu Kaitenów): Okręt podwodny I-16 (typ C1): Są to modele, które kleiłem w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, traktując je jako odskocznie od innych projetków. "In box'y" wszystkich znajdują się na forum, więc jak kogoś interesują to zapraszam tutaj i tutaj. Ponadto jakiś czas temu relacjonowałem na forum budowę I-16 oraz I-58. ps. trochę mi się uzbierało tych maluchów w 1:700 (obok powyższej trójki są jeszcze nosiciel wodnosamolotów, oraz dwa krążowniki, a nie długo dojedzie jeszcze trzeci), czas więc najwyższy pomyśleć o dorobieniu do nich "wodnych" podstawek.
  23. Wow, modele nosicieli w 1:72 robią spore wrażenie (zwłaszcza zdjęcie z widoczną ręką). Tym bardziej, że oryginały do najmniejszych jednostek pływających nie należały.
  24. Tak. Pokłady wklejałem klejem CA, który w miarę dokładnie wypełnił szpary. Poza tym, tak jak przypuszczasz, potem i tak przyszły relingi, ale nie w lecz na tą linię. Nie jest to takie straszne, jakby się mogło wydawać. Na prawdę warto spróbować. Poza relingami (które dla mnie są istną katorgą, ale bez nich model wygląda strasznie "łyso", więc trzeba jakoś przeboleć ich montaż) cała reszta to sama przyjemność i na prawdę nie trzeba tu zegarmistrzowskiej, czy chirurgicznej precyzji (chociaż na pewno nie zaszkodzi) aby osiągnąć przyzwoity wynik. Zwłaszcza, że na żywo wygląda to dużo lepiej niż na zdjęciach.
  25. Piękna robota Absolutna perfekcja, począwszy od bandery a na olinowaniu skończywszy, no i nijak nie mogę się tutaj dopatrzeć, że to 1:400, więc muszę uwierzyć na słowo
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.