Skocz do zawartości

Boch

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    550
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    21

Zawartość dodana przez Boch

  1. Jutro rano, do kawki wrzucam kolejną część. Będzie historia i będzie warsztat
  2. dzięki bardzo
  3. Cześć, na samym początku krótka, ale ważna informacja: książkę Poles vs. Soviets można już zamawiać w Polsce. Pierwsze egzemplarze trafiły do krajowej dystrybucji. https://www.mojehobby.pl/products/Poles-vs-Soviets-The-1920-War-In-The-Air-by-Lukasz-Boch-English-Version.html Skoro formalności mamy za sobą, chciałbym napisać kilka słów o samej książce i o tym, czym ona w istocie jest. Choć Poles vs. Soviets bardzo mocno osadzona jest w realiach historycznych i opowiada o lotnictwie wojny polsko-bolszewickiej, od samego początku myślałem o niej przede wszystkim jako o książce modelarskiej. Takiej, która nie tylko pokazuje gotowe modele, ale prowadzi czytelnika przez cały proces ich powstawania — świadomie, bez skrótów i bez upraszczania trudniejszych etapów. Budowa sześciu modeli, które znalazły się w książce, zajęła mi ponad dwa lata. Każdy z nich był zaplanowany tak, aby wprowadzał inne założenia, inne techniki i inne wyzwania konstrukcyjne. Dzięki temu powstał dość szeroki przekrój metod stosowanych przy modelach samolotów z tzw. złotej ery lotnictwa. W książce znajdziecie zarówno klasyczne techniki, jak i zaawansowany scratchbuilding, a także wykorzystanie elementów żywicznych — zarówno kupowanych, jak i wykonywanych samodzielnie. Zależało mi na pokazaniu, że nawet bardziej złożone modyfikacje są w zasięgu ręki, jeśli podejdzie się do nich z odpowiednim planem i cierpliwością. Dobrym przykładem jest Bristol Fighter F2B z silnikiem Hispano-Suiza. Pokrywy silnika zostały wykonane przez przyjaciela na podstawie rysunków i planów, które mu dostarczyłem. Sam silnik Hispano-Suiza 8Fb powstał z połączenia dwóch zestawów firmy Roden (8a i 8ab), uzupełnionych o dokumentację techniczną i zdjęcia archiwalne. Całe oprzyrządowanie i kolektory wydechowe wykonałem już samodzielnie, metodą typowego „chałupniczego” scratchu. To właśnie ten poziom pracy i myślenia o modelu stanowi prawdziwe jądro części warsztatowej książki. Sercem publikacji są rozbudowane warsztaty — jest ich sześć i każdy poświęcony jest jednemu konkretnemu modelowi. Każdy prowadzi krok po kroku przez całą budowę: od pierwszych przygotowań, przez konstrukcję, malowanie i weathering, aż po finalne wykończenie. Starałem się niczego nie pomijać — wnętrza, kokpity, silniki, uzbrojenie czy powierzchnie płócienne i metalowe powstają tu w całości, dokładnie tak, jak wyglądał rzeczywisty proces przy tych modelach. Zależało mi również na tym, aby warsztaty były maksymalnie czytelne i użyteczne. Dlatego każdy etap jest bogato ilustrowany zdjęciami, a opisy technik, farb i chemii są możliwie precyzyjne. Pojawiają się też informacje o warunkach, w jakich dany efekt był uzyskiwany, oraz odniesienia do dodatków aftermarketowych, z których faktycznie korzystałem i które mogę polecić bez wahania. Całość została zaprojektowana graficznie przez Tomka Wajnkaima, dzięki czemu część warsztatowa jest spójna, przejrzysta i — mam nadzieję — po prostu przyjemna w odbiorze. Bardzo zależało mi na tym, żeby była to książka, do której można wracać, zaglądać do konkretnych fragmentów i traktować ją jak realne wsparcie w warsztacie, a nie jednorazową lekturę. To nie jest poradnik w stylu „model w trzy dni”. Nie ma tu drogi na skróty ani kompromisów. Jest za to sposób myślenia o modelu, o powierzchni, o detalu i o całym procesie. Nawet jeśli ktoś nie będzie chciał odtwarzać wszystkiego krok po kroku, mam nadzieję, że znajdzie tu inspirację i pomysły, które pomogą pchnąć własne projekty o krok dalej. Dzięki za zainteresowanie i poświęcony czas. Jeśli pojawią się pytania — chętnie odpowiem. Pzdr. Łukasz Boch
  4. Mam wszystko prawie gotowe, ale jak jest wolna chwila to siedzę w pracowni. Postaram się wrzucić niebawem.
  5. Przepiękna praca. Moje gratulacje.
  6. Dziękuję Mariusz Pozdrawiam również Łukasz
  7. Jesteś estetą, do tego doskonałym modelarzem, na pewno w ścisłej czołówce światowej, a na dodatek jesteś świetnym fotografem. Mówię o tym nieprzypadkowo, takie słowa, od takiej osoby, to wielkie wyróżnienie. Do tego ta sesja w Muzeum Lotnictwa w Krakowie. Jestem wzruszony i wdzięczny. Bardzo Ci dziękuję Marcin.
  8. Wielkie dzięki . Cieszę się, że wykorzystasz ten warsztat i przyda się na coś. Te nowe tubki mają nazwy nisko i do bani, powinny być też na nakrętkach. Będę najwyżej dopisywał nazwy wykorzystanych kolorów. Pozdrawiam ŁB
  9. Witajcie, Czasu, jak zwykle, jest jak na lekarstwo. Choć przerwy w publikowaniu kolejnych postów mogą się wydawać dość długie, prace przy modelu idą pełną parą. Samo publikowanie relacji w kilku miejscach jednocześnie, opisywanie etapów, zbieranie materiałów, robienie zdjęć i ich obróbka to niestety ogrom pracy. Nie jestem w stanie robić tego z taką regularnością, jakiej sam bym sobie życzył. W efekcie okazało się, że w relacji warsztatowej na forum mam już całkiem spore zaległości względem tego, gdzie faktycznie jestem z modelem. Z drugiej strony oznacza to, że materiału na kilka kolejnych aktualizacji na pewno nie zabraknie. Dzisiejsza część będzie o tyle szczególna, że zaczynamy wprowadzać również warstwę historyczną. Jest to dla mnie bardzo ważny element każdego warsztatu — zawsze staram się pokazać model w możliwie szerokim kontekście. Zebranie i uporządkowanie tych informacji było dla mnie prawdziwą katorgą. W języku polskim praktycznie nie istnieją sensowne publikacje na ten temat, a dostępne strony internetowe są bardzo lakoniczne. Informacje musiałem zbierać z wielu strzępów, w dużej mierze opierając się na dokumentach archiwalnych pochodzących bezpośrednio z amerykańskich archiwów. Oczywiście możliwe są drobne błędy w nazewnictwie jednostek, regionów czy struktur dowodzenia, ale starałem się, aby całość była możliwie wierna dokumentom źródłowym. Cała historia będzie miała charakter syntezy. Niestety nie udało mi się dotrzeć do dzienników lotów konkretnych pilotów ani poszczególnych maszyn. Nadal trwa ustalanie numerów bocznych i ich powiązań z numerami seryjnymi — zobaczymy, jak głęboko uda się tu jeszcze zajrzeć. Na dziś wprowadzamy pierwszą część historyczną: krótkie wprowadzenie dotyczące powstania bazy straży, utworzenia bazy w Elizabeth City, jej początków oraz zarysu jej znaczenia w trakcie II wojny światowej. W kolejnych częściach będziemy już schodzić coraz głębiej w szczegóły. Część historyczna – wprowadzenie Część I Coast Guard Air Station Elizabeth City: lotnicza tarcza i ratunek na Wschodnim Wybrzeżu USA (1940–1944) Narodziny stacji: decyzja strategiczna u progu wojny Choć Kongres już w czasie I wojny światowej zatwierdził utworzenie dziesięciu stacji lotniczych w ramach narodowego systemu obrony, dopiero realia lat trzydziestych sprawiły, że decyzja ta nabrała realnego kształtu w postaci United States Coast Guard Air Station Elizabeth City w Karolinie Północnej. Wielki Kryzys, dostępność siły roboczej oraz determinacja lokalnych władz i społeczności spotkały się tu z chłodną kalkulacją wojskową. Wybrana lokalizacja okazała się niemal idealna dla lotnictwa morskiego i wodnosamolotów Straży Przybrzeżnej. Rzeka Pasquotank zapewniała dostęp do słodkiej wody, co w znacznym stopniu ograniczało problem korozji charakterystyczny dla baz morskich. Jej łagodne brzegi sprzyjały wodowaniu i podejmowaniu samolotów, a przyległy teren wymagał jedynie minimalnych prac niwelacyjnych pod przyszłe pasy startowe. Kluczową zaletą była także unikatowa cecha hydrologiczna: Pasquotank jest najbardziej na północ wysuniętą rzeką słodkowodną na wschodnim wybrzeżu, która nie zamarza zimą, umożliwiając całoroczne operacje wodnosamolotów. Dodatkowym atutem było położenie w bezpośrednim sąsiedztwie, lecz jednocześnie w osłonie pogodowej przylądka Cape Hatteras – jednego z najtrudniejszych meteorologicznie rejonów Atlantyku – co czyniło stację kluczowym punktem osłony newralgicznych podejść morskich. W 1938 roku mieszkańcy hrabstwa Pasquotank poparli emisję obligacji przeznaczonych na wykup gruntów pod bazę, a budowę, realizowaną przez federalne programy WPA i PWA, rozpoczęto rok później. Oficjalne otwarcie stacji nastąpiło 15 sierpnia 1940 roku. Jej pierwszym dowódcą został Richard L. Burke, pionier lotnictwa Straży Przybrzeżnej, którego doświadczenie i energia miały odegrać kluczową rolę w nadchodzących miesiącach. Od szkolenia do wojny: Elizabeth City przed niemieckim uderzeniem W początkowym okresie działalności stacja realizowała zadania typowe dla lotnictwa Straży Przybrzeżnej czasu pokoju. Prowadzono szkolenia przedlotnicze dla przyszłych pilotów, w tym kursy przygotowawcze przed wysłaniem ich na dalsze szkolenie w Pensacoli, realizowane od października 1941 do stycznia 1942 roku. Wykonywano loty nocne, trening przyrządowy oraz szkolenia orientacyjne. Funkcjonowała również szkoła mechaników lotniczych pod nadzorem wydziału inżynieryjnego, a w ramach potrzeb logistycznych uruchomiono nawet szkołę kucharzy i piekarzy. Ten stosunkowo spokojny, szkoleniowy charakter działalności stacji miał jednak wkrótce ustąpić miejsca realiom wojny totalnej. „Paukenschlag” Po japońskim ataku na Pearl Harbor Niemcy, zgodnie z zobowiązaniami sojuszniczymi, wypowiedziały Stanom Zjednoczonym wojnę 11 grudnia 1941 roku. Dowódca niemieckiej broni podwodnej Karl Dönitz natychmiast uruchomił plan operacji Paukenschlag („Drumbeat”) – zmasowanego uderzenia w żeglugę handlową wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki. Celem było sparaliżowanie amerykańskiej gospodarki wojennej, w szczególności transportów ropy z Karaibów, Wenezueli i Zatoki Meksykańskiej. Na początku 1942 roku wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych było dramatycznie słabo przygotowane do odparcia tej ofensywy. Brakowało eskort nawodnych i nowoczesnych środków zwalczania okrętów podwodnych. Wiele jednostek przekazano wcześniej aliantom lub skierowano na Pacyfik, a priorytetem amerykańskiego dowództwa, kierowanego przez admirała Ernesta J. Kinga, stała się odbudowa floty po stratach grudnia 1941 roku. Skala strat w pierwszej połowie 1942 roku była szokująca. Setki statków zatopionych w wodach przybrzeżnych i tysiące ofiar sprawiły, że lotnicy z Elizabeth City każdego dnia oglądali skutki nocnych ataków: rozległe plamy ropy po zatopionych tankowcach, dryfujące szczątki, łodzie ratunkowe, rozbitków w kamizelkach oraz ciała unoszące się na falach. Cape Hatteras jako epicentrum walki Stacja w Elizabeth City szybko stała się jednym z kluczowych punktów lotniczej osłony rejonu Cape Hatteras, gdzie wąski szelf kontynentalny umożliwiał U-Bootom operowanie w głębokiej wodzie bardzo blisko brzegu. Niemiecki schemat działania był bezlitosny: w ciągu dnia okręty podwodne odpoczywały na szelfie, natomiast polowanie rozpoczynały późnym popołudniem i prowadziły je przez całą noc. Po podporządkowaniu Straży Przybrzeżnej Marynarce Wojennej w sensie operacyjnym, co nastąpiło 3 listopada 1941 roku, rozkazy dla Elizabeth City szybko przybrały charakter stricte przeciwpodwodny. Patrole obejmowały podejścia do przylądków Chesapeake, rejon statku-latarni Chesapeake, Cape Hatteras oraz Cape Lookout, sięgając nawet 50 mil w głąb morza. Przez pierwsze tygodnie piloci mogli jedynie obserwować i meldować pozycje przeciwnika, często pozbawieni realnych środków walki. Uzbrojenie i pierwszy atak W styczniu 1942 roku sytuacja osiągnęła punkt krytyczny. Do Elizabeth City skierowano samoloty J2F-5 przystosowane do przenoszenia dwóch bomb głębinowych o masie 325 funtów. Pierwsze uzbrojone maszyny dotarły do stacji 22 stycznia. Pięć dni później, 27 stycznia 1942 roku, pilot Straży Przybrzeżnej Harry Logan przeprowadził pierwszy potwierdzony atak stacji na zanurzający się okręt podwodny, zrzucając dwie bomby głębinowe Mark XVII. Choć używane maszyny były przestarzałe, wydarzenie to miało ogromne znaczenie psychologiczne i symboliczne. Ratownictwo jako codzienność Równolegle do działań bojowych lotnictwo Elizabeth City realizowało zadania ratownictwa powietrzno-morskiego. Piloci zrzucali środki ratunkowe, oznaczali pozycje rozbitków, naprowadzali jednostki nawodne oraz podejmowali ryzykowne lądowania na otwartym morzu. Z czasem opracowano improwizowane „ładunki zaopatrzeniowe”, które skutecznie dostarczały wodę i żywność dryfującym godzinami na oceanie rozbitkom. Od improwizacji do systemu Wraz z postępem kampanii obrona wschodniego wybrzeża zaczęła przybierać formę zorganizowaną. Wprowadzono system konwojów przybrzeżnych, a lotnictwo stało się jego kluczowym elementem. Elizabeth City odpowiadała za sektor Cape Hatteras i w latach 1943–1944 uczestniczyła w eskortowaniu tysięcy statków. Równocześnie poprawiano uzbrojenie i wyposażenie lotnictwa Straży Przybrzeżnej, a lokalne modyfikacje znacząco zwiększyły możliwości bojowe używanych maszyn. Nowa misja i znaczenie stacji W miarę jak zagrożenie ze strony U-Bootów malało, stacja stopniowo zmieniała profil działalności. W 1944 roku nacisk położono na Air-Sea Rescue oraz szkolenia specjalistyczne, w tym przygotowanie załóg do działań w Arktyce i na Grenlandii. Historia Elizabeth City z lat 1941–1944 pozostaje jednym z najlepszych przykładów funkcjonowania lotnictwa Straży Przybrzeżnej w warunkach skrajnych niedoborów sprzętowych i ogromnej odpowiedzialności operacyjnej. Od improwizacji po dojrzały system działań – ta ciągłość doświadczeń definiuje jej miejsce w historii działań United States Coast Guard na Atlantyku. Aktualizacja warsztatu – J2F-5 Duck Lukgraph 1/32 Prace nad budowaniem powierzchni cały czas posuwają się do przodu. Metodologia pozostaje w zasadzie niezmienna — ciągłe rotowanie kolorami w celu uzyskania możliwie złożonej, żywej struktury powierzchni. Przy tak dużym modelu to jedyny sposób, by uniknąć płaskiego, monotonnego efektu. Ten proces dotyczy wszystkich powierzchni, które będą malowane. Jest to etap bardzo czasochłonny i wystawiający na próbę cierpliwość. Naturalnie pojawia się pokusa, żeby całość przyspieszyć, ale z mojego — dość skromnego — doświadczenia wynika, że praca wykonana na tym etapie zawsze procentuje później. Finalny efekt powinien dzięki temu wyglądać znacznie lepiej. Na pierwszy ogień poszły zastrzały. Zaczynam od zastrzałów wspierających kadłub: centralnego zastrzału kadłubowego oraz dwóch skrajnych, które łączyły płaty. Dwa kolejne zastrzały kadłubowe są już przyklejone na stałe do górnego płata. Sam płat wymagał oczywiście odpowiedniego maskowania, aby móc przygotować te elementy bez ryzyka uszkodzenia powierzchni płóciennej. Na tym etapie pojawiły się również pierwsze odpryski już na warstwie podkładu. Od razu odpowiem na pytanie, które często się w takich momentach pojawia: po co robić odpryski tak wcześnie, skoro i tak wszystko zostanie zamalowane? Otóż — nie wszystko. Część tych odprysków, zostanie w finalnym modelu widoczna. Dzięki temu, pracując później gąbką, wykałaczką czy innymi narzędziami, będę mógł „dokopywać się” nawet do warstwy ZCY lub samego metalu. Cały ten proces wykonuję konsekwentnie na wszystkich powierzchniach metalowych. Czubek pływaka, a właściwie jego nosek, był wykonany z drewna. Postanowiłem więc odpowiednio go przygotować, tak aby w finalnym etapie móc obdrapać kolor wierzchni i odsłonić warstwę drewna. W tym celu zamaskowałem pływak, przygotowałem podkład, a następnie — przy użyciu farb olejnych — wykonałem imitację drewna. Całość została zabezpieczona lakierem i dopiero wtedy mogłem przystąpić do pierwszego koloru finalnego na modelu. Tym kolorem jest light grey, który trafił na dolne powierzchnie płatowca oraz pod stateczniki poziome. Na kolejnych zdjęciach widać etapy nakładania tej barwy. Analogiczne prace wykonałem na spodzie górnego płata oraz na powierzchniach, z pominięciem zastrzałów, które docelowo będą w kolorze blue grey. Pomalowane zostały również powierzchnie sterowe: stateczniki poziome oraz lotki. Na koniec przyszła kolej na wnęki kół, które również otrzymały kolor light grey. Tutaj wykonałem kilka przetarć i otarć imitujących zużycie wynikające z pracy podwozia, obracających się kół oraz codziennej eksploatacji. To tyle na dziś. Dzięki bardzo i do następnego. ŁB
  10. Wspaniała robota. Mega się cieszę, że robisz właśnie Fokkera D.VII. Uwielbiam ten samolot, jego konstrukcję i historię. Oglądając te elementy odnoszę wrażenie, jakby w istocie budowano replikę z krwi i kości. Wiem, że to będzie epicki model.
  11. Dzięki bardzo Skraczu
  12. Aktualizacja warsztatu – J2F-5 Duck Lukgraph 1/32 Witajcie w nowym roku. Na samym początku chciałbym jeszcze raz życzyć Wam wszystkim wszystkiego dobrego na nadchodzące miesiące – spełnienia planów, wielu udanych modeli, satysfakcji z pracy przy biurku i jak największej ilości pozytywnych chwil związanych z naszym hobby. Wracamy do Kaczki. Ostatnie dni przyniosły wyraźne przyspieszenie prac. Kilka wolnych dni pozwoliło mi wreszcie nadrobić zaległości, które narastały przez dłuższy czas. Przyszedł moment na budowanie kolejnych warstw malarskich i przygotowanie metalicznej bazy, która będzie fundamentem pod właściwe malowanie kamuflażu. Równolegle prowadzę prace na kilku elementach. Kadłub z zamontowanym dolnym płatem jest już na etapie intensywnych prac malarskich. Górny płat również jest w trakcie obróbki – dwa zastrzały są już wklejone, pozostałe na razie pozostają luźne. Ze względu na przyjętą metodę montażu, o której wspominałem wcześniej, zdecydowałem się wkleić dwa zastrzały już na tym etapie. Wymagało to bardzo starannego maskowania skrzydła, aby nie naruszyć przygotowanej wcześniej powierzchni płóciennej. Na samym kadłubie pojawiły się kolejne kolory, które stanowią bazę pod późniejszy weathering – zabrudzenia, przetarcia i ślady eksploatacji. Cała koncepcja pozostaje zgodna z tym, co stosowałem już wcześniej: budowanie koloru poprzez wiele niezwykle cienkich, transparentnych warstw, kładzionych nieregularnie, na niskim ciśnieniu. Na kolejnych zdjęciach widać pojawiające się pierwsze warstwy metalu, które częściowo przykrywają wcześniejsze etapy, ale jednocześnie budują złożoność powierzchni. Docelowo ma to dać efekt subtelny, widoczny miejscami dopiero z bliska. W identyczny sposób pracuję ze zastrzałami. Kolejne warstwy przeplatane są odpryskami i punktowymi zabrudzeniami. Skupiam się przede wszystkim na miejscach newralgicznych: łączeniach zastrzałów, zagłębieniach, krawędziach, rejonach otwarć w blachach oraz tam, gdzie mogła gromadzić się woda lub brud. Na tym etapie efekty są celowo nieco przerysowane – ilość kolejnych warstw sprawi, że tylko część z nich pozostanie widoczna w finalnym malowaniu. Cała trudność polega na odpowiednim wyważeniu intensywności, tak aby kolejne etapy nie „zabiły” wcześniejszej pracy. Zanim przejdę dalej, chciałbym w tym miejscu zrobić krótką dygresję merytoryczną. Wcześniej pojawiły się pytania i uwagi dotyczące płóciennych powierzchni i stosowania farby z dodatkiem sproszkowanego aluminium. Taka farba była faktycznie używana w lotnictwie amerykańskim (i nie tylko), głównie jako warstwa ochronna zabezpieczająca płótno przed promieniowaniem UV, a także jako podkład pod właściwy kamuflaż. Temat skonsultowałem zarówno z Tomkiem Gronczewskim, jak i z Danem Bellem, uznawanym za jednego z czołowych światowych ekspertów w zakresie malowania samolotów amerykańskich. Oczywiście stuprocentowej pewności w takich kwestiach mieć nie można, jednak obaj byli zgodni co do tego, że pod koniec lat 30. samoloty o konstrukcji płóciennej nie otrzymywały już tej warstwy z aluminium. Sama farba kamuflażowa zawierała odpowiednie filtry UV, a płótno było zabezpieczane celonem. W związku z tym zdecydowałem się nie wprowadzać tej warstwy do procesu malowania. Jako ciekawostkę dodam, że Dan Bell natrafił na nowe dokumenty, między innymi dotyczące Kaczki. Na tym etapie nie zostały one jeszcze ujawnione – są w trakcie opracowywania i planowana jest również publikacja związana z tym materiałem. Wracając do samej budowy. Kolejnym krokiem było nałożenie podkładu stosowanego fabrycznie przez Amerykanów, czyli ZCY. Tym kolorem pokryłem wszystkie elementy metalowe. Konsultacje w tym zakresie potwierdziły z dużą dozą prawdopodobieństwa, że właśnie w taki sposób były one malowane na etapie produkcji. Moim celem było uzyskanie koloru odpowiadającego jednemu z etapów fabrycznego montażu, zanim samolot otrzymał właściwy kamuflaż. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości kolejność montażu wyglądała inaczej – dolne płaty nie były zapewne zamontowane w tym momencie. Tutaj decydują jednak realia modelarskie i konstrukcja samego zestawu. Chodziło mi przede wszystkim o właściwe przygotowanie powierzchni przed malowaniem kamuflażu. Ten sam proces powtarzam również na zastrzałach oraz elementach górnego płata. Następnie przyszedł czas na kolejne etapy odprysków, odsłaniających wcześniejsze warstwy i budujących głębię powierzchni. To tyle na dziś. Prace są czasochłonne, ale dają sporo satysfakcji, a skala modelu tylko potęguje ilość godzin spędzanych nad każdym elementem. W kolejnej aktualizacji pokażę dalsze etapy i stopniowe zbliżanie się do właściwego malowania całej bryły samolotu. Do zobaczenia przy następnej odsłonie warsztatu. Pzdr. Łukasz
  13. Wojna w ruchu – mapa jako klucz do zrozumienia konfliktu Choć Poles vs. Soviets nie jest książką stricte naukową, od samego początku wiedziałem, że mapa musi stać się ważnym elementem narracji. Wojna polsko-bolszewicka z lat 1919–1920 toczyła się na ogromnym obszarze, obejmującym tereny dzisiejszych sześciu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jej skala, zmienność frontu i wyjątkowo manewrowy charakter sprawiają, że bez mapy trudno w pełni uchwycić dynamikę tego konfliktu. Z oczywistych względów mapa musiała zostać upro­szczona – pokazuje najważniejsze kierunki działań, ruchy wojsk oraz obszary kluczowych operacji. Stroną merytoryczną zająłem się osobiście, dbając o zgodność historyczną, natomiast oprawę graficzną przygotował Tomek Wajnkaim, który nadał całości czytelną, a jednocześnie bardzo klimatyczną formę Efekt końcowy idealnie wpisuje się w charakter książki – pomaga zrozumieć wojnę w ruchu, a jednocześnie prowadzi czytelnika przez opowiadaną historię bez przytłaczania nadmiarem detali. Pozdrawiam ŁB
  14. Dzięki Panowie, mam nadzieję, że pojawi się w pierwszych tygodniach stycznia Pozdrawiam Łukasz
  15. Boch

    PWS-10, Lukgraph, 1/72

    Pięknie, brawo.
  16. Ja to widzę inaczej. Książka ma przede wszystkim wypromować te wydarzenia i polską historię na zachodzie Europy, tam gdzie nadal dobry wujaszek Lenin ma świetną prasę, a większość myśli, że to skuteczne przeciwdziałania Państw Ententy zatrzymała bolszewizm. Flaga z sierpem i młotem jest powszechna, a przekonanie, że Ukraina sprowokowała Rosję to raczej nie jest rzadkość. Tam właśnie należy promować Polskę i nasze dokonania, w sercu anglosaskiego świata. To tam należy pokazywać prawdziwe oblicze Rosji i to jak własną piersią zatrzymaliśmy bolszewizacje Europy Wschodniej. Zarzucasz mi wynaradawianie w momencie, gdy właściwie promuję polskie nazwiska, polskie osiągnięcia i polską historię w środowiskach gdzie jest najmniej znana. Zdanie masz prawo oczywiście swoje mieć ale ja mam prawo się z nim nie zgodzić. Co do dodatkowego wydania wersji polskiej obok angielskiej. Już była o tym mowa, to koszty, koszty i jeszcze raz koszty. To również potencjał polskiego rynku, który jest jaki jest. Dodam jeszcze info odnośnie wkładki. Dzisiaj w szerokim dostępie aplikacji w telefonie, gdzie robisz zdjęcie i on ci wszystko tłumaczy to naprawdę nie jest problem nawet dla osób kompletnie nie używających angielskiego. Odrobina chęci i nie widzę tutaj problemu. Pozdrawiam
  17. Bardzo dziękuję
  18. Święta za nami – brzuchy pełne, więc pora wrócić do książki Dziś chciałbym przybliżyć Wam kolejny rozdział, który stanowi jedną z kluczowych części całej publikacji. Poprzednio zatrzymaliśmy się przy rozdziale opisującym ogólny przebieg wojny polsko-bolszewickiej: jej genezę, skalę i znaczenie. Ale przecież to książka skupiona na lotnictwie – nie mogło więc zabraknąć obszernego rozdziału poświęconego działaniom powietrznym w latach 1919–1920. To właśnie na nim zależało mi szczególnie, bo miał on stworzyć najbliższy, „żywy” kontekst dla budowanych modeli. W tym rozdziale opisuję narodziny lotnictwa w dwóch młodych państwach, które stanęły naprzeciw siebie w walce na śmierć i życie. Czytelnik znajdzie tu informacje o organizacji, sprzęcie, personelu i realiach funkcjonowania lotnictwa zarówno w Polsce, jak i w bolszewickiej Rosji. To opowieść o improwizacji, brakach sprzętowych, zużytych maszynach, polowych lotniskach i ludziach, którzy na tym wszystkim latali i walczyli. Ze względu na ograniczoną objętość książki stanąłem przed trudnym wyborem: jak oddać charakter wojny powietrznej na zaledwie kilkunastu stronach, nie tracąc jej klimatu i znaczenia, a jednocześnie pamiętając, że to wciąż książka modelarska. Ostatecznie zdecydowałem się – obok ogólnego wprowadzenia – skupić na dwóch sztandarowych kampaniach lotniczych, które najlepiej pokazują skalę wysiłku i znaczenie lotnictwa w tym konflikcie. Pierwsza z nich to walki lotnictwa polskiego z sowieckim nad Berezyną wiosną 1920 roku. Były one bezpośrednim preludium do wielkiej ofensywy Michaiła Tuchaczewskiego i Frontu Zachodniego w kierunku Warszawy. To jedyny moment w całej wojnie, kiedy niemal codziennie dochodziło do starć powietrznych pomiędzy lotnikami obu stron. Kampania ta jest o tyle wyjątkowa, że bolszewicka Rosja zgromadziła wówczas największe zgrupowanie lotnicze w tej części Europy: ponad 50 samolotów na jednym lotnisku i kolejne kilkadziesiąt na następnym, w tym superciężkie bombowce Ilja Muromiec. Druga kampania pokazuje zupełnie inne, wręcz bezprecedensowe użycie lotnictwa. To pierwszy w historii przypadek, gdy wyłącznie siły powietrzne zostały użyte z powodzeniem na skalę operacyjną – a być może nawet strategiczną – do zatrzymania ofensywy wojsk lądowych. W sierpniu 1920 roku, wobec braku jakichkolwiek odwodów, Polacy przez kilka dni rzucili do walki jedyne, co mieli: lotnictwo. Trzeci Dywizjon Lotniczy pod dowództwem Cedrica Fauntleroya, amerykańskiego pilota i dowódcy, skutecznie zahamował natarcie I Armii Konnej Siemiona Budionnego na Lwów. Tylko lotnictwem. Cały rozdział uzupełniają doskonałej jakości fotografie z epoki, pochodzące z prywatnych archiwów, udostępnione dzięki życzliwości wybitnych polskich historyków. Mam nadzieję, że pozwolą one jeszcze lepiej poczuć atmosferę tamtych dni i zrozumieć, jaką rolę odegrało lotnictwo w tej zapomnianej, a niezwykle fascynującej wojnie. Pozdrawiam Łukasz Boch
  19. Aktualizacja warsztatu J2F-5 Ostatnio zamknęliśmy pewien etap warsztatu. Prezentowałem Wam przygotowanie powierzchni pod pasy wzmacniające na płótnie. Dziś kontynuujemy pracę nad powierzchniami płóciennymi, choć nie tylko. Bierzmy się do roboty. Po zaklejeniu wszystkich pasów wzmacniających taśmą maskującą przystąpiłem do przyciemniania powierzchni płótna znajdującej się pomiędzy nimi. Pasy są wyraźnie uwypuklone, dlatego zależało mi na zbudowaniu różnicy tonalnej pomiędzy nimi a polami pomiędzy żebrami. Chcąc nadać pasom jaśniejszy odcień, zacząłem budować cień i światło na powierzchni modelu. Do przyciemniania użyłem rotacyjnie kilku kolorów: AKRC-102, Buff od Tamiyi oraz NATO Brown z palety AKRC. Dodatkowo wprowadziłem efekt przetarcia płótna, który celowo – i tu chciałbym to wyraźnie podkreślić – został przeze mnie przerysowany. Wiem, że na płótno trafi jeszcze sporo kolejnych warstw: właściwy kamuflaż oraz kolejne etapy pracy, które w dużej mierze zniwelują te kontrasty. Dlatego już na tym etapie zależało mi, aby efekty były wyraźne i mocniejsze niż docelowo. Kolejne warstwy trafiły na wszystkie powierzchnie sterowe, dolne płaty oraz górny płat – z obu stron. Zaprezentowałem też kilka zbliżeń, aby było lepiej widać poszczególne etapy prac. Na pierwszych zdjęciach widoczna jest seria sześciu początkowych warstw, na kolejnych efekt po zdjęciu taśm maskujących, gdzie zaczyna być widoczne przetarcie płótna oraz wstępne cieniowanie. Jest to coś, co można by nazwać pre-shadingiem, choć w moim warsztacie trudno mówić o klasycznym pre-shadingu. Czasami go stosuję, ale częściej traktuję te zabiegi jako integralny element weatheringu. Przyciemniam miejsca, które będą bardziej narażone na zabrudzenia i wytarcia, często kontrastując je jaśniejszymi odcieniami, aby całość była bardziej czytelna i żywa. Całość zamknęła się w około piętnastu warstwach. Gdy wszystkie powierzchnie płócienne były gotowe, przyszedł moment na maskowanie. Skrzydła zostały dokładnie zamaskowane, dość szeroko, tak aby podczas kolejnego etapu nie dostał się na nie pył z czarnego podkładu. Tym podkładem planowałem pokryć wszystkie elementy metalowe. W grę wchodzi tutaj cały kadłub, usterzenie ogonowe, pływak oraz zastrzały – zarówno te już wklejone w górny płat, jak i te, które dopiero będą montowane. Po położeniu czarnego podkładu przyszedł czas na pierwsze łamanie kontrastu i budowanie powierzchni metalowej. Docelowo całość będzie kryta podkładem w kolorze Inchromatic Yellow, a dopiero później właściwym kolorem kamuflażu. Po drodze pojawi się jeszcze sporo warstw, których celem będzie zróżnicowanie kolorystyki i nadanie powierzchni większej głębi oraz życia. Na końcu prezentuję model już po drugiej warstwie podkładu – z przełamanym kontrastem bielą i przygotowany do kolejnego etapu prac. To tyle na dziś. Jutro prace na pewno ruszą dalej, a cały weekend planuję spędzić przy modelu. Mam nadzieję, że na jego zakończenie będę mógł zaprezentować Wam kolejną świeżą aktualizację. Korzystając z okazji, życzę Wam wszystkim zdrowia i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym nowym roku, spełnienia marzeń – nie tylko modelarskich. Trzymajcie się i do usłyszenia. Łukasz Boch
  20. Książka jest już w oficjalnej sprzedaży. Na ten moment dostępna wyłącznie w sklepie AK Interactive, natomiast w najbliższym czasie pojawi się również w Waszych ulubionych sklepach modelarskich. Dziękuję za wszystkie wiadomości, zainteresowanie i wsparcie — to dla mnie naprawdę wiele znaczy. https://ak-interactive.com/es/producto/poles-soviets-the-1920-war-in-the-air/
  21. Prezentuje się bardzo ładnie.
  22. To twoja opinia. Cieniowanie nie jest wynikiem tego jaki jest kolor, tylko pracy światła. Światło pada na obiekt przestrzenny i wytwarza światłocień. Jeśli weźmiesz drewniany klocek, plastikowy, czy metalowy o identycznych rozmiarach i kształcie, położysz na blacie, wytworzy taki sam układ cienia i światła. Te same miejsca będą jaśniejsze i ciemniejsze.
  23. Bardzo ładny. Gratulacje.
  24. Aktualizacja warsztatu – J2F-5 Duck Lukgraph 1/32 Czas wrócić do warsztatu. Ostatnio dość długo nie było żadnej aktualizacji, choć mogło się to wydawać jedynie pozornie. Prace nad modelem trwają bowiem nieustannie, a książka i związana z nią promocja wypełniły sporą część czasu, który normalnie poświęcałbym na pisanie postów. Sam model jednak cały czas posuwał się do przodu. Od dłuższego czasu staram się konsekwentnie wyprowadzić całość do etapu właściwego malowania. Z każdym kolejnym elementem dochodziłem jednak do wniosku, że muszę mieć absolutną pewność co do spasowania wszystkich większych podzespołów. Zależało mi na zminimalizowaniu ryzyka późniejszych poprawek łączeń – czy to skrzydeł, zastrzałów, czy innych elementów konstrukcji. Dlatego postanowiłem rozpocząć malowanie dopiero wtedy, gdy wszystkie kluczowe elementy przeznaczone do połączenia z kadłubem będą idealnie dopasowane. Tak też się stało. Zasadnicza bryła samolotu, składająca się z kadłuba wraz z usterzeniem poziomym i pionowym, otrzymała dolne płaty. Całość została zapodkładowana, a przy okazji zająłem się kilkoma dodatkowymi detalami wykonanymi z blaszek fototrawionych – między innymi poręczami dla załogi. Uzupełniłem również nity na łączeniach skrzydeł oraz na pływaku, w tym na górnej powierzchni pokryw inspekcyjnych. Kolejnym etapem było przygotowanie górnego płata. To była praca dość żmudna, ale chciałem mieć pewność, że ta powierzchnia będzie bez zarzutu. Górny płat w J2F-5 składa się z trzech elementów: dwóch połówek oraz centropłata. W oryginalnym samolocie nie występują tu klasyczne linie podziału płótna – całość była kryta jednym arkuszem materiału, rozdzielonym jedynie pasami wzmacniającymi. Z tego powodu zależało mi, aby łączenia między elementami były całkowicie niewidoczne. Wiązało się to niestety z koniecznością poświęcenia dwóch sąsiednich żeber, które trzeba było później odtworzyć. Było to pierwsze wyzwanie na tym etapie. Równocześnie wkleiłem dwa zastrzały górnego płata, które również wymagały odpowiedniego przygotowania. Całość prac związanych z przygotowaniem górnego płata i zastrzałów zajęła mi około dwóch tygodni. Ostatecznie pasy wzmacniające na skrzydle uzupełniłem przy pomocy kalkomanii Quinta Studio. Łączenia zastrzałów z górnym płatem udało się wyprowadzić w sposób, z którego jestem naprawdę zadowolony. Same zastrzały wymagały jeszcze szlifowania i punktowego użycia szpachli, dlatego zdecydowałem się uzupełnić nitowanie w standardowy dla siebie sposób, czyli przy pomocy kalkomanii Archera. Podobnie wyglądała sytuacja z powierzchniami sterowymi. Chciałem je mieć w pełni przygotowane przed malowaniem, wraz z poprawnie wyprowadzonymi łączeniami i zawiasami. Dotyczy to zarówno stateczników poziomych i pionowego, jak i czterech lotek – J2F-5 posiadał po jednej lotce na każdym skrzydle. Wszystkie te elementy zostały wyszlifowane, zapodkładowane i przygotowane do dalszych prac. Równolegle przygotowałem pozostałe zastrzały. Wszystko zostało przymierzone „na sucho”, sprawdziłem geometrię skrzydeł i kolejność montażu. Zależało mi na opracowaniu jasnego planu wklejania zastrzałów po malowaniu, tak aby uniknąć późniejszych prób i testów już na pomalowanych elementach. No i wreszcie przyszedł moment, na który czekałem – rozpoczęcie malowania zasadniczego. Jak zwykle w moim przypadku, koncepcja malowania opiera się na czymś więcej niż tylko nałożeniu koloru docelowego. Staram się najpierw oddać kolorystykę materiałów, z których wykonane były poszczególne elementy, a dopiero później kryć je kolorem właściwym. Pozwala to uzyskać bogatszą tonację powierzchni, ciekawsze przejścia kolorystyczne, a także bardziej naturalne efekty przetarć i odprysków. Malowanie rozpocząłem od powierzchni płóciennych. W Grummanie J2F-5 zarówno skrzydła, jak i powierzchnie sterowe były kryte płótnem, więc od nich zaczynam. W pierwszym etapie dążyłem do uzyskania jaśniejszego odcienia, który będzie stanowił bazę pod pasy wzmacniające. Jest to jednocześnie przygotowanie do późniejszego cieniowania skrzydeł. Użyłem tu mieszanki farb Tamiya XF-57 oraz AK RC040, nakładanych nieregularnie cienkimi, transparentnymi warstwami przy niskim ciśnieniu. W ten sposób pomalowałem oba skrzydła oraz powierzchnie sterowe. Następnie wprowadziłem dodatkowe tonacje – Deck Tan oraz Buff przyciemniony brązem – aby jeszcze bardziej zróżnicować powierzchnię. Po uzyskaniu satysfakcjonującego koloru przyszedł czas na maskowanie pasów wzmacniających, które w założeniu mają pozostać jaśniejsze. Ma to oddać efekt pracy płótna i podkreślić miejsca, w których materiał jest naprężony. Do maskowania używam taśmy Tamiya o szerokości 1 mm. Jest to praca dość żmudna – do naklejenia jest około 200 takich pasów na wszystkich powierzchniach – ale mimo wszystko idzie to sprawnie. Kolejnym etapem będzie przyciemnienie przestrzeni między żebrami, tak aby ostatecznie uzyskać wyraźne, ale subtelne odcięcie jaśniejszych pasów wzmacniających od reszty powierzchni. To tyle na dziś. ŁB
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.