Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 384
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. Teoretycznie można tworzyć jakiś scenariusz dla tego zbiornika podwieszanego, ale jego użycie jest tu praktycznie niemożliwe. Ze względu na charakter misji używano klasycznego zbiornika 75 gal. pod kadłubem.
  2. To jest OK. Tylko też wymaga określonych działań w warsztacie, bo inaczej to jest dość loteryjne. I to też wpływa na frajdę. Fakt, że gdy historyczność modelu nie jest istotna, nie jest to też wielki problem.
  3. Drewniany. Z której jednostki będzie ten P-47?
  4. To prawda, ale też ciągle przeciągasz temat na grunt wyborów modelarza. To zrozumiałe, bo to grunt dla Ciebie solidny. Na gruncie samego modelu jest trochę inaczej. I nawet klepanie po plecach i wpisywanie się w wizję innych jest trochę na wyrost. Jestem przekonany (na podstawie wpisów w licznych galeriach), że tu Ci się zwyczajnie upiekło, bo ludzie po prostu nie zwrócili uwagi na rozbieżność modelu z pierwowzorem. Bo jeśli jest inaczej, to znaczy, że kochają Cię tak bardzo, że przymykają oczy na rzeczy dużo grubsze niż wytykają innym.
  5. No. Jak to drewniane śmigło od Spitfire. A okucia raczej obstawiałbym wymienione, niż zużyte. Ale nie wiem.
  6. Raczej modelarz zmarł, zanim powstał model. I dlatego postawa modelarza jest nieocenialna. Nie dlatego, że nie da się tego zrobić, tylko dlatego, że nie warto. Każdy modelarz bawi się w to dla frajdy i nikt mu jego frajdy narzucać nie powinien. Za to model wchodzi w określony system wartości, który z góry istnieje. I można mówić, że jakiś greatgonzo jest ekstremalny w egzekwowaniu tych wartości. Może jest, może nie. Ale urządzenia, które nie maja prawa zadziałać, czy nieistniejący historycznie kamuflaż, to są rzeczy co do oceny których panuje raczej konsensus w modelarskim świecie. To, że przestaje Ci się chcieć, to Twoje niezbywalne prawo. Skorzystanie z niego oznacza jakieś konsekwencje, które funkcjonują niezależnie od A) i B), ale mogą wpłynąć na C). Z przepraszaniem bym nie przesadzał, ale tłumaczenie się przez autorów to stały element prezentacji modeli w galeriach. Niby nie trzeba, ale to dość naturalna formuła forum.
  7. To są zawsze dwie różne rzeczy. Modelarz i model. Prawda, że w niektórych aspektach nie da się tego oddzielić. Ale postawa modelarza jest niemal nieocenialna. To jego osobista własność i jako taka nienaruszalna. A model siedzi jednak w jakiejś przestrzeni określonych wartości i do nich jest porównywalny. Przynajmniej mam nadzieję, że jeszcze tak jest.
  8. To jeszcze o modelu. Opowiastka była by posmarować nieco przed tym tekstem ;). W zasadzie to łamałem się, czy w ogóle tu coś pisać, ale ostatecznie stwierdziłem, że jednak warto. A łamałem się, bo kompletnie nie rozumiem tego modelu i licznych mu podobnych też. Miniatura powstała by przećwiczyć wyginanie druta. Dlaczego do tego, by wygiąć sobie kilka drucików trzeba budować model, pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. Dlaczego w ogóle chcieć to zrobić też. W rezultacie powstał model, w mojej ocenie, nieudany. Owszem, wypełnia powszechnie uznawane w socjalmediach warunki kwalifikujące go do grupy dobrych modeli. Ale te warunki nie są szczególnym wyzwaniem. Tomek to, że potrafi czysto skleić i poszpachlować model, a potem pomalować go technicznie poprawnie pokazał nam już wcześniej. W to, że wygięcie ołowianego drucika nie będzie dla niego wyzwaniem ponad siły nikt tutaj raczej nie wątpił. Ostatecznie powstał model dokładnie taki, jak w opisie - zbudowany po to by zobaczyć jak wygina się drucik. Drucik się wygiął, a reszta jest bez większego znaczenia. Autor jest sprawny, więc technicznie nie ma większych wpadek, ale merytorycznie, pożal się boże. Błędne elementy, absurdalnie zamontowane urządzenia, błędy w kolorystyce, zmyślony kamuflaż. To, że autor zadbał o kilka szczegółów - chwała mu. Ale to po prostu ginie we wrażeniu ogólnym, że mu kompletnie nie zależy. Z drugiej strony dlaczego miałoby mu zależeć, skoro model powstał, by wygiąć drucik? Ok, biorąc pod uwagę standardy forum, nawet nie te modelarskie, tylko dotyczące oceniania prac, model nie zasługuje na tak ostre słowa. I przecież każdemu zdarzy się walnąć tak, że koledzy nie uwierzą! Ale to jest trzeci dokładnie ten sam samolot prezentowany przez autora. I wziąwszy całość pod uwagę stanowi doskonały przykład absurdalności idei modelu ćwiczebnego. Modelu powstałego by przetestować jakąś technikę. Druciki i ciężki weathering. To co, w kolejnym modelu potestujemy weathering lekkopółśredni? Model ćwiczebny to jest jeden z bardziej patologicznych produktów modelarskiego internetu - bez sensu i szkodliwy. Skutecznie hamujący rozwój modelarzy, a przypomnę, ze właściwie wszyscy modelarze chcą się rozwijać. Przynajmniej na poziomie deklaracji. I co by tam nie testowano, to jeszcze nie widziałem przypadku, by ktoś stwierdził: dobra, przetestowałem, wiem co i jak, teraz robię normalny model. Raczej: to teraz przećwiczę wyginanie druta w drugą stronę. Model ćwiczebny to nić ponad wymówkę, która pozwoli modelarzowi robić błędy bez żadnych konsekwencji. Czy to jeśli chodzi o krytykę z zewnątrz, czy o wyjście ze strefy samozadowolenia. Modelarski immunitet, od ręki i za darmo. Tomek, wspominałeś, że twoje wątki generują jakimś sposobem emocje. Niech już tak będzie. Wiem, że model w internetowych standardach jest dobry, że zawiera kilka fajnych, całkiem ambitnych elementów. Ja w zasadzie mniej piszę o nim, a bardziej o tym nieszczęsnym ćwiczebnym. Jednak to jest prezentacja konkretnego samolotu z historią, nie wizja SF. A totalna olewka w drugiej części prac sprawiła, że pojawiło się sporo błędów, które sprawiły, że do takiej wizji model się zbliżył. I nie mówimy o konieczności robienia jakichś dodatkowych, albo trudniejszych czynności. To co to jest, jeśli nie nonszalancja? To się odbija na modelu szczególnie wobec zachęcającego początku prac. Dlatego model jest dla mnie nieudany. W kontekście.
  9. Jako, że oglądamy już trzecie wcielenie modelu Korsarza F4U-1A nr 122 z VMF-111, może warto dorzucić związaną z nim anegdotkę. To, że Ole 122 zyskał sławę jako niezawodna bestia i jako jedyny samolot uhonorowany został official citation jest chyba powszechnie znane. Wylatał ponad sto misji bojowych plus 78 lotów rozpoznawczych i treningowych. 400 godzin lotu pozwoliło pokonać dystans 80000 mil. Bez wymiany silnika. To citation to nie jest byle co. Stanowi odpowiednik przyznawanych żołnierzom odznaczeń DSC, AFC czy NC w zalezności od służby. To będzie coś jakby Krzyż Walecznych. Na ręce obsługujących samolot mechaników Sgt. Waltera Easona i Sgt. G. H. Millera złożył ją dowódca 4 Skrzydła Lotniczego Marines, Maj. Gen. L.E. Woods. No, może niekoniecznie na ręce, bo dokument pozwolił sobie pan genarałmajor przykleić do łopaty śmigła Hamilton Standard przy użyciu smaru serwisowego. Zaznaczył jednak, że citation ma być na zawsze związana z samolotem, zatem kopię przyklejono do ściany w kabinie i zalakierowano, zupełne tak, jak utrwalano zdjęcia dziewczyn na nosach i na burtach. Wydarzenie odbyło się z okazji setnej misji. Wkrótce Ole 122 został wycofany z linii i odesłany do Stanów. W międzyczasie stał się wydarzeniem propagandowym. Pojawiły się artykuły w prasie o dzielnym samolocie. Postanowiono, że ruszy on w trasę po kraju, by w namacalny sposób pokazać pracownikom Voughta i podwykonawcom, jak świetnie radzą sobie ich produkty i utrzymać ich w zapale do dobrej roboty. Podbudować ducha innej gawiedzi też nie zaszkodzi. Oficer sztabu dywizjonu, Cpt. William C Bickel otrzymał rozkaz oblecenia samolotem wytwórni macierzystej i podwykonawców. Podobno. Dlaczego podobno? Otóż zachowało się parę zdjęć, pokazujących Korsarza 122 w czasie takiej wizyty. I co na nich widzimy? Ano widzimy F4U w znakomitej kondycji, w malowaniu Glossy Sea Blue i, bez żadnej wątpliwości, w wersji -1D. W dodatku są to raczej dwa różne samoloty, bo różnią się śmigłem i malowaniem. Może są to jakieś inne wydarzenia zainspirowane tourem Ole 122. W kraju, gdzie pokraczne, odrapane figury woskowe mają na każdym kroku przedstawiać wydarzenia historyczne jak żywe to nie jest wykluczone. Z drugiej strony podrabiane samoloty w czasie tourów to jest ówczesny standard. Pilotom, bohaterom walk z różnych frontów, biorącym udział w bond tours często towarzyszyły samoloty w nowszej wersji, która akurat była w danym momencie produkowana, z grubsza tylko upozorowane na ich frontowe maszyny. Sam Ole 122 jest, paradoksalnie dość tajemniczy. Serial jest tylko przypuszczalny, późniejsze losy nieznane. W sumie, gdyby nie citation, nikt by nie zwrócił uwagi na samolot latający w ciężko pracującej jednostce, jednak wykonującej zadania utrzymujące ją jak najdalej od nagłówków gazet i fragmentów kronik filmowych. Ale może ktoś wie dużo więcej o starym, dobrym 122.
  10. A jak już rozebrałeś, to jeszcze pasy. Kiedyś machnąłem, bo temat się powtarza:
  11. Niby tak, ale po prawdzie to niewiele jest dokumentów wyszczególniających modyfikacje po serialach. I w ogóle to raczej po numerach fabrycznych, które są różne od seriali użytkownika. Przynajmniej gdy chodzi o źródła pierwotne. W zasadzie rzecz ogranicza się do dokumentów fabrycznych, do których trzeba mieć dostęp i które w ogóle muszą istnieć, co wcale nie jest oczywiste. Oczywiście na ich podstawie mogą powstawać opracowania zawierające zestawienia modyfikacja/serial. I powstają, ale są niezmiernie rzadkie. W rezultacie mamy jakąś ogólną bazę, albo dokładniejsze info dotyczące wybranych modyfikacji. Bywa, że modyfikacja związana jest z czasem. Szczególnie w przypadku modów wprowadzanych także retrospektywnie na już użytkowanych samolotach. Czasem wiadomo, że w jakimś okresie już wszystkie samoloty, niezależnie od wersji je miały. Np. jest niemal pewne, że dowolny Spitfire I-V latający w końcowym okresie wojny miał chłodnicę oleju typową dla Merlinów 45. Kwestia logistyki. Albo wczesne P-47D schodziły z linii produkcyjnej różniąc się strukturalnie w konstrukcji od swoich następców, o licznych szczegółach wyposażenia nie wspominając. W okresie inwazji wersje D-2 były zupełnie nie do odróżnienia od najnowszych Razorbacków D-22. Samolot był łatwo modyfikowalny i, o ile wciąż nadawał się do służby, konsekwentnie dostosowywano go do bieżących standardów. Wg zwyczajów Air Ministry oznaczałoby to też zmianę Mk. jak to było np. w przypadku piątek, czy jedynek dostosowywanych do latania z Merlinami serii 60. Wright Field pozostawiał oryginalny dash two. Seriale przydają się bardzo, gdy trzeba na piechotę przyszpilać jakąś modyfikację. Szukając zdjęć egzemplarzy o zbliżonych serialach można zawęzić jakiś temat do kilkudziesięciu, czasem kilkunastu, a od wielkiego dzwonu do kilku egzemplarzy. Ale to zawsze są krzyżowe sprawdzania uwzględniające historię produkcji, historię użytkowania i czas. Samo porównanie kilku fotek nie przyniesie nic ponad wątpliwe wnioski. Brzmi to bardziej skomplikowanie, niż wygląda w praktyce, ale też nie jest to rzecz całkiem prosta. Nie ma się z czego usprawiedliwiać. W każdym razie ja niczego nie zarzucam. No, może przydałoby się trochę więcej staranności przy samej fizycznej robocie modelarskiej :).
  12. No, wersja jest istotna, ale w tym kontekście dotyczy to tylko niektórych elementów wyposażenia. W przypadku Spitfire głównie jest to silnik, który rzutuje na niektóre inne sprawy. Samoloty podlegały modernizacjom, które wprowadzano, gdy były gotowe do użycia. Nie czekano z nimi na wprowadzenie nowej wersji samolotu. Bywało, że coś się zbiegło w czasie, bywało, że nie. Podział wyposażenia na wersje, czy podział wczesny/późny to sztuczny twór wykreowany przez producentów zestawów i akcesoriów. Biorąc pod uwagę uwarunkowania tej działalności zupełnie sensowny. Rzeczą modelarza jest, czy się temu podda. Tu jest jak z winą producenta zestawu za jakiś błąd. Ta wina jest dopóki za zestaw nie weźmie się modelarz. Od tego momentu to już jest tylko jego wina. Gdybyś spytał skąd uzyskać taką informację, odpowiedź byłaby prosta. BM 144 to powszechnie znany i nieźle obfotografowany samolot. Regulator widać na jednej z fotek. Jak uzyskiwać informacje? Tu już jest trudniej, bo są one rozsiane po przeróżnych źródłach. I żadne z nich nie jest jakimś kompletnym kompendium zawierającym pokatalogowany zbiór wszystkiego. * Podstawowe źródło to chyba monografie. Te mają jednak zawsze spore luki w szczegółach i, też zawsze, nabierają przy nich wody w usta, jakby rzecz w ogóle nie istniała. Zawierają też sporo materiału niejednoznacznego. No i oczywiście błędy. Są lepsze i gorsze, nowsze i starsze. *Różnego rodzaju manuale i katalogi fabryczne. Dość kłopotliwe w użyciu, bo choć zwierają sporo szczegółowych informacji, to trochę się trzeba ich doszukiwać. Raczej nie jest tak, że znajdziesz w dwie sekundy. * Historycy tematu, restauratorzy, serwismani - jeszcze bardziej kłopotliwe źródło, bo to po prostu ludzie. Niektórzy udzielają się publicznie na różnych social mediach. Na próby prywatnego kontaktu reagują różnie. Niektórzy cieszą się, że mogą podzielić się wiedzą z entuzjastą (taki był np. nieodżałowany Edgar Brooks, który ostatnie lata życia spędził przekopując się przez archiwa w Kew, wygrzebując zupełnie nieznane dokumenty o Spitfire i chętnie dzieląc się tym i publicznie i w prywatnej korespondencji), inni mają to w dupie, albo, o dziwo, oczekują, że będą traktowani z szacunkiem. Nigel Julian, uznany specjalista i autor w temacie P-47 opowiadał mi kiedyś, że często zdarza się, iż nagabują go modelarze z wyraźnie roszczeniowym nastawieniem, oczekujący, że to on wykona za nich całą informacyjną robotę i wkurzający się, gdy to nie następuje. Nie omieszkał dodać, że regularnie są to modelarze z Polski (sic). Takt i ograniczenie nagabywania pomaga, ale nie gwarantuje sukcesu. Z mojego doświadczenia wynika, że szczególnie z Amerykanami jest ciężko. *Wspomnienia i relacje użytkowników i świadków wydarzeń. * Źródła pierwotne - zgromadzone w różnych muzeach i instytutach. Wiele dostępnych on line. Różnie skatalogowane. Np szukanie czegoś w NARA to droga przez mękę i raczej losowe sukcesy. A zasoby są niezmierzone. Niektóre instytucje reagują na kontakt bezpośredni i przesyłają materiały na konkretne zapytania. Np. Smithsonian. Ale trwa to tygodniami., miesiącami. * Strony internetowe poświęcone poszczególnym jednostkom, sprzedające części do samolotów, relacjonujące odbudowy samolotów itp. Kiedyś dodałbym strony typu SIG zorganizowane wokół poszczególnych typów samolotów, ale wszystkie znane mi strony SIG upadły. A skoro upadła, znakomita skądinąd, strona poświęcona P-51, to podejrzewam, że nie jest różowo w temacie. *Wizyty w muzeach i miejscach, gdzie prezentowane są samoloty. * Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. W rezultacie uzyskiwanie takich informacji to gromadzenie, weryfikowanie i selekcja materiału. Plus nagabywanie różnych ludzi. Po prawdzie to zwykła robota historyczna i podstawy warsztatu historycznego są tu po prostu potrzebne. I trochę cierpliwości. Np ogarnięcie tematu tępych lotek w P-47 zajęło mi dobrych kilka lat. Nie ciągłej pracy, oczywiście, ale konsekwentnego, dość regularnego wracania do tematu i prób wykorzystywania nadarzających się okazji. W końcu trafił się typ, który miał i się podzielił. Od tego momentu wyskakiwało mi to na pierwszej stronie wyszukiwarki google, ale podejrzewam, że to kwestia zindywidualizowanego algorytmu narzędzia. Oczywiście możliwe jest zgromadzenie dokumentacji modelarskiej bez poświęcenia życia tematowi, ale nie da się tego zrobić bez tego co napisałem akapit wcześniej. I na pewno nie w czasie jednej sesji z google. No i zupełnie nierzadko zdarza się, że modelarz rezygnuje z budowy jakiegoś modelu z powodu niemożności zgromadzenia odpowiedniej dokumentacji. Mowa o bardziej zaawansowanych modelach, naturalnie. Wyłożenie kasy może przyspieszyć proces. Sporo jest źródeł w zasadzie darmowych, ale trudnych do zorganizowania. Goście, którzy się tą organizacją zajęli pobierają za to opłatę. No i książki - wiadomo. Przy takiej, bardziej standardowej, budowie nie jest to wszystko konieczne. Jakąś podstawową dokumentację warto zgromadzić - trzeba znać te podstawy, by wiedzieć o czym się rozmawia. Poza tym pomoże przemyślana relacja na forum. Wariaci, którzy całe życie pogłębiają wiedzę o jakichś obiektach zwykle dość chętnie się nią dzielą. Rzadko zdarza się im okazja, by ktoś w ogóle chciał posłuchać czegokolwiek w temacie, więc mają parcie. To 'przemyślana' jest istotne. Warto tak to zorganizować, by uprzedzać wydarzenia i dowiadywać się o rzeczy zanim się je wykona. Ciągłe poprawianie zniechęca autora, a niepoprawianie może zniechęcić pomocnika. Bo czasem bardzo prosta i krótka odpowiedź na pytanie poprzedzona jest solidnymi godzinami sprawdzania. Ludzie nie mają w głowie tych wszystkich szczegółów i zwykle, nawet jeśli wydaje im się, że znają odpowiedź od ręki, to i tak muszą sprawdzić świadomi zawodności pamięci. A na ogół nic im się nie wydaje, tylko zwyczajnie nie pamiętają, lub nie wiedzą. Za to jest szansa, że wiedzą jak się dowiedzieć :). Zobrazowanie w modelu jest swoistą nagrodą, a bez niej zapał do działania zanika. Myślę, że nowsze social media typu FB, czy Instagram nie sprawdzą się w tej formie. Są zbyt migotliwe, zbyt oparte o proste reakcje i zbyt sformalizowane co do zachowań. Formuła forum, mimo że starzejąca się, wciąż tu góruje ze względu na mniejsze tempo i familiarny charakter miejsca. Może się mylę... . Jak widzisz trafiłeś w temat, który mam trochę przemyślany. Moim zdaniem, dla modelarza, który przykłada wagę do zgodności modelu z rzeczywistością, to co powyżej jest istotne, nawet jeśli trochę długawe. Płyta pancerna pojawiła się już w czasie produkcji Mk.I i, oczywiście, montowano ją w kolejnych Mk. Doszła jeszcze płyta pancerna pod siedzeniem. Chyba jeszcze nie widziałem modelu uwzględniającego tę płytę. Fakt, że w ukończonym modelu rzecz jest zupełnie niewidoczna. Ale w BM 144 była.
  13. To jest samolot uderzeniowy. VMF-111 w zasadzie nie znał się z misjami myśliwskimi.
  14. Dzielenie wyposażenia Spitfire wg Mk. to droga donikąd. W BM 144 był wciąż jeszcze ten sam regulator co w Mk.I.
  15. regulator w BM 144 Dźwignia down
  16. Sposób montażu i kolor tapicerki na fotelu, regulator napięcia za zagłówkiem pilota, dźwignia podwozia w pozycji 'up'... . Byłoby świetnie, gdyby wszystko było idealnie. Nie twierdzę, że zawsze i wszystko ma być, ale wyrobienie sobie nawyku konfrontowania modelu z rzeczywistością nie tylko wyjdzie na dobre w efekcie końcowym, ale w zasadzie jest niezbędne, by ten efekt końcowy był dobry. Przy czym zauważenie, że instrukcja z zestawu do budowy modelu nie jest materiałem źródłowym to istotny krok na tej drodze. Chyba, że interesuje cię dominujące obecnie modelarstwo, gdzie rzeczywisty obiekt jest tylko pretekstem do budowy modelu, który ma być fajny, a jego zgodność z rzeczywistością, to trochę upierdliwy, ale na szczęście nieistotny i pomijalny element. W takim razie nie ma o czym gadać. Pozostają kwestie techniczne, ale o tych pełno materiałów i na forum i gdzie indziej. I tu w wątku pewnie też pojawią się uwagi ad vocem.
  17. Sugerowałbym Ci przykładanie większej wagi do materiałów źródłowych. Zrozumienie zasady działania poszczególnych elementów, albo chociaż uważne przyjrzenie się im i odtworzenie ich w modelu, pozwoli uniknąć robienia rzeczy zupełnie absurdalnych. Dla przykładu: Jaki jest sens montażu opancerzenia odsłaniającego pół pleców pilota? Albo jak zapiąć na pilocie uprząż przy fotelu?
  18. Tu mieszanka płynnej szpachli gunze z klejem CA.
  19. Malowanie od masek, to malowanie od masek. Przyklejasz, pryskasz, odklejasz. Może być np. czasochłonne, ale nie trudne. A można dzięki temu oddać różne , zgodne z portretowanym obiektem niuanse.
  20. A oznaczenia w zasadzie dlaczego nie malowane?
  21. Ja tylko mówię, że IG ograniczał się wyłącznie do kabiny. Wszędzie indziej występował ZCY.
  22. ZCY. Dziura w klapie zbędna.
  23. To raczej powszechna niedoróbka wśród modelarzy. Nie zliczę ile razy widziałem model zupełnie poprawnie sklejony, solidnie pomalowany i na pierwszy rzut oka: JEB! - wiatrochron. Producenci no ogół robią te wiatrochrony zgodnie z podziałem blach i tu modelarze się powszechnie wykładają. Gdzie indziej, w podobnej sytuacji też. Ale gdzie indziej jest gdzie indziej, a wiatrochrony są totalnie na świeczniku.
  24. W Korsarzach nie ma podłogi! Vacu to zawsze postęp w stosunku do grubaśnego szklenia zestawowego. Należy się cieszyć. Modelarstwo to przyjemność, więc z dodatkowej pracy też. Niedopasowanie vacu ma tę zaletę, że coś z tym trzeba zrobić. Potrzeba rzadko występująca przy zestawowych elementach ( w modelarskiej rzeczywistości, bo obiektywnie, to ona, jak najbardziej, istnieje), co nierzadko skutkuje mocowaniem wiatrochronów wyraźnie odstającym in minus od poziomu reszty modelu. Zjawisko tak powszechne, że aż zdumiewa. Przy formowanych próżniowo elementach oszklenia bywa, że trzeba, albo warto zrobić kołnierze, albo pojedyncze punkty ustalające. Rzeczywiście kłopotliwym problemem mogą być linie podziału. Jeśli pokrywają się z linią klejenia wiatrochronu, to jak zawsze w takim przypadku jest to kłopotliwe. Ale to dotyczy tak samo części z wyprasek. Z malowaniem nie będzie problemu. Tworzywo, jak tworzywo. Do ogarnięcia, vacu, czy nie, jest jedynie kwestia koloru. Malowanie oddzielnie to ryzyko, szczególnie jeśli robi się jakieś rzeczy związane z weatheringiem. Lepiej uwzględniać przy ty ramy oszklenia i robić to symultanicznie. Trzeba też pamiętać, o pełnym kryciu, bo w odróżnieniu od innych miejsc modelu, tu światło operuje od spodu i wszelkie niedokładności krycia pokaże jako inny odcień.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.