-
Liczba zawartości
4 492 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
Jedynym sposobem zaradzenia nieszczęściu jest wpłynięcie na moderację, by przeniosła offtop do nowego wątku, albo wywaliła go w cholerę. Pierwszy wariant jest nieszczególnie ceniony przez modelworkowych moderatorów, ale na drugi jest chyba szansa.
-
HKK, konsekwentnie chcesz postawić mnie na stanowisku, którego nie reprezentuję. Używam słowa klasyczne tylko dlatego, że wg mnie jego znaczenie, w kontekście, o którym piszę, jest czytelne dla modelarzy i pozwala nie stosować szerokiego opisu za każdym razem. Praktyka to raczej potwierdza. Ale jeśli to dla Ciebie kłopot - zastąp je dowolnym, które będziesz w stanie przełknąć. Słowo jest tu nieistotne, nie jestem do niego przywiązany. Rozmowę o modelarskich ideach i ich wartościach uważam za interesującą, ale tu w tym temacie nie wypowiedziałem słowa. TAW, w kontekście, o jakim piszesz zgadzam się z Tobą. Ale to jest jeden z tych powszechnych przypadków, gdy w rozmowie o dość konkretnym problemie pojawiają się ogólne spostrzeżenia. I te ogólne spostrzeżenia mają rozstrzygnąć kwestię koloru plamy pod wiatrochronem w konkretnym samolocie. Niby jak? Tak, w praktyce mamy do czynienia z odstępstwami od zasad. Ale my mówimy o zdefiniowaniu konkretnego przypadku. To teraz szukaj człowieku udokumentowanego w tym właśnie przypadku odstępstwa od zasady. A mówimy przecież o bardzo prostej rzeczy. W samolocie pocisk zrobił dziurę. Mechanik płatowcowy załatał ją i teraz trzeba to zamalować. I do wyboru jest: albo wziąć z magazynu puszkę przeznaczonej do tego farby, albo zamazać czymkolwiek. Z całym systemem wojskowych reperkusji na karku. Jeżeli po przeczytaniu moda instruującego jak dokonać zmian w poszyciu wnęki podwozia, z wyszczególnionymi co do wkręta narzędziami, materiałami, ilością niezbędnych ludzi i roboczogodzin, ktoś będzie argumentował, że zupełnie możliwe, iż zrobiło to dwóch zamiast trzech erków, ale pracowali trochę dłużej, to ja tu nie widzę problemu. Taki pojawi się, gdy ktoś zasugeruje, że przybili gwoździami blachę z dachu składziku na opał. Może i przybili, nie mówię, że nie - poszukajmy potwierdzających to źródeł. Jeśli będziemy chcieli potwierdzić to tym, że w praktyce mamy do czynienia z odstępstwami od zasad, to elegancko wpakujemy się w klasyczny (sic!) błąd logiczny. A najpewniej w niejeden. Rzecz polega na tym, że za stwierdzeniem, iż możliwe jest, że pomalowali czymkolwiek zupełnie nic nie stoi. Nie ma takiego koloru cokolwiek.
-
Ci my, było powtórzeniem formy przyjętej przez przedmówcę w rozmowie o odtwarzaniu weatheringu na modelach. A inaczej: Na tym, oczywiście, o czym pisałem w cytacie, który fragmentarycznie zamieściłeś. A w skrócie, na zgodności z rzeczywistością. Ja zawsze piszę w klasycznym rozumieniu modelarstwa redukcyjnego, jako wykonaniu maksymalnie wiernego odpowiednika obiektu rzeczywistego w skali. Na innych rozumieniach się nie znam, na ogół ich nie rozumiem.
-
My wszyscy, którym na tym zależy. Z tym deklarowaniem, to jest dobre. Ale chyba nie kluczowe, bo raz że jak ktoś nakłamie w sieci, to świat nie stanie, a dwa, pewnie zaraz znajdzie się sposób na obejście. I w ogóle, gdy ktoś chce nakłamać, to raczej nie zasady są tu lekarstwem. Mnie temat dyskusji się podoba :).
-
Z weatheringiem, podobnie jak ze wszystkim innym, jest tak że dążymy do przyjęcia prawdopodobieństwa, które ma być jak najbardziej obiektywne. Licentia poetica to coś czego staramy się unikać i przyjmujemy jedynie jako zło konieczne. Prawie to samo. Zatem z definicji nie odnoszą się do tematu wyjątkowości farby.
-
O tym można dyskutować, ale wszystko co opisujesz dotyczy każdego samolotu w dowolnym malowaniu, a ja kładłem akcent na domniemaną wyjątkowość OD. I nie chodzi o to, że ta farba nie erodowała, albo że erozja była koniecznie mała. Chodzi o to, że jak w każdym przypadku, trzeba rzecz po prostu sprawdzić by zbliżyć się do rzeczywistości. I tu jak zawsze: zależy od sytuacji czy konkretnego egzemplarza. Dlatego właśnie wypada sprawdzić. Nawet w przypadku braku jakichkolwiek zdjęć konkretnego samolotu, można wyciągnąć jakieś wnioski na podstawie analizy porównawczej dostępnego materiału. W przypadku tak popularnego samolotu jak B-17 jest to dużo łatwiejsze. Nie powinno stanowić większego problemu stworzenie całkiem sensownej mapy takiego fabrycznego patchworku. Jeśli znamy przebieg służby egzemplarza, to można stamtąd wyciągnąć sporo informacji. Gdy dochodzą zdjęcia, to mamy kolejny zbiór informacji i można zauważyć poszlaki wskazujące np. na naprawy polowe. I dochodzi jeszcze możliwość wykorzystania wszystkich wspomnianych źródeł i dokonanie korekty, co pozwala na ogół osiągnąć spore przybliżenie. Za to stwierdzenie, że każda interpretacja jest możliwa zwykle oznacza tyle, że modelarzowi nie chce się tych rzeczy sprawdzać. To takie zdanie wytrych, który po prawdzie, można użyć w każdej sytuacji. Bo nie ma samolotu, którego historię dokładnie znamy minuta po minucie. I zawsze można upierać się, że 14-go kwietnia o trzynastej namalowano na samolocie krokodyle Yellow Bahama, a już o siedemnastej były one zamalowane. Czemu nie? Historia zna, może nie tak spektakularne, ale jednak podobne przypadki. Podobnie jest z twierdzeniami o tym, że używano czegokolwiek, albo mieszano wszystko ze wszystkim. Chętnie zapoznam się z udokumentowanym przypadkiem, gdy konkretny samolot pomalowano czymkolwiek, albo zmieszano losowo farby. Sposób obsługi samolotu, w tym konserwacja i naprawy powierzchni podlegały określonym procedurom wyrażonym w instrukcjach. I generalnie zapewniano środki do realizacji tych zadań, a także wyciągano konsekwencje, gdyby do wytycznych się nie stosować. Gdy z jakichś przyczyn nie udawało się tych środków zapewnić - wdrażano procedury zastępcze. I nie polegały one na tym by użyć czegokolwiek. Czy mogło się to zdarzyć? Oczywiście. Czy się zdarzyło? Właściwie na pewno tak. Problem polega na tym, że takie chałupnicze rozwiązania były odstępstwem, nie regułą. Gdy mamy do czynienia z modelem konkretnego samolotu to mamy też ten problem, że jego wygląd powinien być w największym możliwym stopniu udokumentowany. Jeżeli namalujemy plamę uzyskaną ze zmieszania czegokolwiek, to nie będzie to efekt całkowicie wykluczony. Ale zupełnie nieudokumentowany i nieporównywalnie mniej prawdopodobny niż regulaminowa łata. Dokładnie jak krokodyl Yellow Bahama. Jakąś furtką może być wykorzystanie okoliczności. Np. gdy wiadomo, że w danym momencie jakaś jednostka jednoznacznie cierpiała na braki w zaopatrzeniu. Albo, gdy ideą modelu jest pokazanie złożoności problemu obsługi samolotu i utrzymania go w służbie. Czy co tam kto sobie wymyśli. Trzeba jednak pamiętać, że taki specyfyczny efekt będzie budzić zdziwienie i kontrowersje. A w przypadku modelu najlepszym wyjaśnieniem jest zawsze udokumentowanie efektu.
-
Możesz mieć rację, szczególnie w pierwszej części. Z rozmową w formie pisanej tak bywa, że piszącemu wydaje się, że jego tekst jest jednoznaczny, a potem okazuje się, że miał słuszność tylko w tym, że mu się wydaje. I w drugą stronę: mnie się zdarzyło nie raz interpretować wypowiedzi w taki sposób, że potem sam się dziwiłem, że mi to przyszło do głowy :). Nie ma żadnego powodu zakładać, że moje posty są pod tym względem doskonałe. No ale gdy trzy razy zadajesz to samo, proste pytanie i nie dostajesz żadnej odpowiedzi, to wg mnie jest personalna deklaracja. Nawet, jeśli uważa się je za dziwne. Jak się chociaż napisze, że pytanie jest z dupy to jest jakaś odpowiedź. W drugiej części już nie jest tak prosto. Bo przedstawiasz jedną stronę sytuacji. Dobrze przedstawiasz. Ale jest i druga strona. Kiedyś miałem w sobie więcej entuzjazmu i chętniej zakładałem i dawałem odpowiedź i oczekiwałem uściślenia. Zbyt często jednak uściślenie polegało na tym, że autor wątku stwierdzał, że ma to centralnie w dupie. Wiem, że to jego prawo, ale dla mnie mój udział w rozmowie staje się w takiej sytuacji i zbędny i nieprzyjemny. Moje wartości modelarskie coraz bardziej odbiegają od standardu i czuję, że coraz mniej jest dla nich zrozumienia. Wolę unikać sytuacji, w której wp...alam się komuś w wątek. Dlatego swoimi dziwnymi pytaniami najpierw badam teren. Może nieudolnie, ale staram się możliwie bezkonfliktowo. Tu zwyczajnie zainteresowało mnie skąd wiadomo, że w instrukcji jest błąd. Owszem, u podstaw pytania leżały zwyczaje towarzyszące procesowi produkcji B-17, ale nie wiedziałem, czy to w ogóle jest w tej kwestii istotne. A skoro temat malowania się wywołał, to parę słów można skrobnąć. Istotnie farby OD miały tendencję do erozji w służbie, ale w modelarskiej świadomości ta przypadłość jest wg mnie przejaskrawiona. Wszystkie farby reagują na warunki zewnętrzne. Niedawno wspominałem o amerykańskiej farbie, która w kilka tygodnie potrafiła całkowicie zmienić barwę (sand - pink). OD potrzebuje do tego kilkudziesięciu lat. Z OD bywa różnie i np zdjęcia P-47 na ETO pokazują dość stabilne zachowanie się OD 41. Owa erozja szczególnie podkreślana jest prze różne podmalówki, które nie zawsze wykonywane były Olive Drabem. Istotne jest, że farba produkowana była przez wielu producentów. Ci dążyli do uzyskania odcienia zgodnego z próbką z Wright Field. Zgodność kolorystyczną oferowanego produktu oceniano wg założonych procedur, ale jednak na oko. Wiemy, że w czasie II WŚ, spośród dziesiątek ofert OD, żadnej nie odrzucono ze względu na problemy z kolorem. To jeszcze niewiele znaczy, bo taka forma oceny może być, wbrew pozorom, bardzo skuteczna. Ale wiemy też, że ostatecznie te farby różniły się od siebie znacznie. Podwykonawcy Boeinga (i nie tylko) często dostarczali gotowe, pomalowane elementy do końcowego montażu. Okazało się, że stosowane przez nich farby, pochodzące od różnych producentów, znacznie różnią się odcieniem. W rezultacie z linii produkcyjnej schodziły patchworkowe Fortece wyglądające jak klasyczny amerykański quilt, choć w całości pomalowane regulaminowym OD 41. Dlatego też różnice kolorystyczne poszczególnych elementów B-17 są efektem logistyki produkcji, a nie polowych napraw uszkodzonych egzemplarzy. To znaczy polowe naprawy też pozostawiają swoje ślady, ale trzeba je oddzielnie rozpoznać. Mnóstwo tego, co powszechnie się za nie uważa jest typową cechą funkiel nówki sztuki. Jeżeli zatem mamy do czynienia z wyraźnie odznaczającymi się podmalówkami to niekoniecznie jest efekt erozji bazy. Może to wynikać z tego, że do podmalówek użyto farby innego producenta w porównaniu do farby z fabrycznego malowania. Różnice w fakturze nowej i starej farby dodatkowo mglą obraz - mogą fałszować intensywność różnicy odcienia. Nie muszą, mogą. Jakby tego było mało, mamy jeszcze jedną zmienną. Amerykańskie samoloty produkowane dla USAAF i Navy podlegały zasadzie, wg której powierzchnie metalowe malowano jednym rodzajem farby (enamel), a płócienne zupełnie innym (dope). Tu do problemów z utrzymaniem standardu kolorystycznego dołączył się zupełnie inny skład chemiczny produktu. Farby o różnej charakterystyce tego składu erodowały różnie. Ale już na starcie ich wygląd odbiegał od siebie znacznie. Tę różnicę dope/enamel widać na zdjęciach zamieszczonych przez Barszcza. Ogólnie bywało z tym różnie. Niektóre typy samolotów prezentowały się całkiem jednorodnie po wyjściu z wytwórni. Dopiero służba potrafiła podkreślać różnice miedzy płóciennym, a metalowym poszyciem. Na patchworkowy efekt już na starcie szczególnie narażone były duże, skomplikowane statki powietrzne, przy budowie których rozczłonkowanie produkcji na podwykonawców było znaczne. Właśnie jak w przypadku B-17.
-
Nie musiałem. Przepraszam. Tu, na forum zdarzało się, że użytkownicy ignorowali moje pytania, zatem zamiast ponawiać je w nieskończoność, co jest trochę przykre, wolałem dowiedzieć się co i jak. Skoro jesteśmy cool, to świetnie. Ale problem polega na tym, że dalej tej odpowiedzi nie ma. Bo ja przecież nie pytam, czy Revell jest wiarygodną firmą w kontekście historii, ani co myślą o malowaniach Luftwaffe ludzie, którzy mają o tym pojęcie. Mnie tylko zainteresowało dlaczego to, co proponuje instrukcja dla lotek tego B-17 jest wg Ciebie błędem? I nie sądzę, że przyczyną tego stwierdzenia jest to, że coś nie poszło firmie z Me-109, bo byłby to oczywisty błąd logiczny.
-
Wszystko co robi Revell jest błędne? Czy tylko, zbywając pytanie, sugerujesz, żebym wypadał z tego wątku?
-
To jeszcze dlaczego to jest mylnie?
-
Czyli jak?
-
Niezrealizowane projekty modelarskie z PRL-u
greatgonzo odpowiedział Artek82 → na temat → Dyskusje ogólne
Teraz to już jest prośba do administracji. Kilka postów trzeba przenieść. Ja też się pod nią podpisuję. -
Niezrealizowane projekty modelarskie z PRL-u
greatgonzo odpowiedział Artek82 → na temat → Dyskusje ogólne
Traktowanie analogii jako idealnego odzwierciedlenia tematu jest błędem w retoryce. Wartość analogii ogranicza się do zasady, albo wspólnych cech. Tu jest wprawdzie mowa o modelarstwie, ale z przyjemnością podyskutuję z Tobą o sztuce , z tym że raczej będę bronił swojego stanowiska takim jakim jest, a nie takim jak mi przypisujesz. W modelarskim temacie, to co piszesz o 3d nie wypełnia całości zagadnienia jakim jest modelarstwo. Sprowadzanie modelarstwa jedynie do ostatecznego efektu zgodności z oryginałem nie ma dla mnie sensu. A sam druk 3d jest też ciekawym tematem do dyskusji, bo jeśli przyjmiemy po prostu, że druk 3d wygrywa, to mamy taką sytuację, że tylko patrzeć jak pojawią się drukarki z oprogramowaniem AI, gdzie uzyskanie świetnego modelu sprowadzi się do wydania słownej komendy w stylu: drukuj model Miga 3 Pokryszkina z lipca 1941 z intensywnymi śladami eksploatacji i otwartym przedziałem silnika. I po krótkim czasie powstanie taki wydrukowany model, zdetalowany i barwny. W kontekście, który wynika z Twojej wypowiedzi w tej sytuacji ten druk wygrywa. I rzeczywiście wygrywa, tylko, czo to wciąż będzie to co rozumiemy jako modelarstwo redukcyjne? Moim zdaniem modelarstwo redukcyjne to jest zbiór różnych elementów, w którym zgodność z oryginałem ukończonego modelu jest jedynie jednym z nich. I według mnie jest to element wartościowy. Gdy ta wartość będzie się degenerować, stanie się to ze szkodą dla całości. Ale definiowanie wartości jako pakietu zakazów dla różnych sposobów działania jest wg mnie bezsensowne. I ja zachęcam -
Niezrealizowane projekty modelarskie z PRL-u
greatgonzo odpowiedział Artek82 → na temat → Dyskusje ogólne
Bardzo ciekawa uwaga. I ja nad tym szczerze ubolewam. Zdaję sobie sprawę, że jest to coś w rodzaju narzekania gościa, który nie rozumie nowych czasów ale jest tu i drugie dno. Odejście modelarstwa od zgodności historycznej odziera je z całego pakietu wartości, która do tej pory mu towarzyszyło z korzyścią dla modelarzy i ich wizerunku. Modelarz budujący obiekty sprzed lat siłą rzeczy musiał zaznajamiać się z historią. Pal sześć to z jakiego czołgu pochodziła wieża na danym wagonie, czy jak działał rozrusznik Coffmana w silnikach lotniczych. Nie jako przy okazji człek załapywał informacje historyczne w szerszej skali, a chyba zgodzimy się, że jakieś pojęcie o historii jest ważne dla człowieka i obywatela. Uznając konieczność odwzorowywania rzeczywistości modelarz musiał nauczyć się rozwiązywać problemy, których nie mógł po prostu ominąć. W dzisiejszej wersji kreatywność w tym miejscu oznacza, że gdy natrafia się na problem z wykonaniem jakiegoś elementu, można po prostu zamienić go elementem, który nie stanowi żadnego problemu. A kreatywność ogranicza się tylko do tego, by wyglądało to fajnie. Kłopot z takim dzisiejszym modelarstwem polega na tym, że odchodząc od tradycyjnego podejścia wkracza w zupełnie nowe rewiry wartości. Mimo braku świadomości autorów w temacie, albo mimo stanowczego odrzucania tego przez nich, takie modelarstwo przechodzi w świat kryteriów oceny właściwy dla sztuki. I nie wróży to dobrze naszej dziedzinie, bo procesy kształtujące świat gwałtownie przyspieszają i tylko patrzeć jak powtórzy się degrengolada, która zajęła sztuce jeszcze te kilkadziesiąt lat. Dziś może to słabo widać, bo modelarze wciąż starają się, bo to ma ładnie wyglądać było rzeczywiście realizowane. Ale to zaraz spowszednieje. I jak w sztuce zacznie się szukanie wartości jedynie w tym by zrobić coś, czego jeszcze nie było. To nieuchronnie sprawi, że jakość formy prezentacji ustąpi miejsca, hmmm... no właśnie czemu? Ma ładnie wyglądać będzie już nieistotne, a miejsce tego zajmie: ma być dziwnie, inaczej, szokująco. Jeszcze niedawno możliwe było zaistnienie lotniczego modelarstwa redukcyjnego w strukturach rzeczywistego lotnictwa. Mogło istnieć w ramach aeroklubów i te wspierały je na różne sposoby. Modelarz redukcyjny mógł odebrać zaszczytną, doroczną nagrodę stricte lotniczą. Gala, oficjele wojskowi i państwowi, media. W przypadku dzisiejszego modelarstwa o czymś takim nie ma co nawet marzyć. To już byłoby obiektywnie zupełnie bez sensu. Wielka szkoda, bo towarzyszący tamtej sytuacji, a tak znienawidzony w modelarskim internecie prestiż, przekłada się także na codzienność zwykłego modelarza. Oczywiście ten zwykły modelarz może się od tego odciąć, budować modele w zaciszu swojego warsztatu, czasem wrzucić coś do sieci i tyle. Dla niego to bez znaczenia. Ale, gdy ktoś chciałby inaczej, to okaże się, że inaczej może też wyglądać kwestia sponsoringu imprez modelarskich, przekładającego się na jakość miejsca, imprez towarzyszących, organizacji itd, kwestia organizacji modelarni dla młodzieży, klubów modelarskich, organizacji wyjazdów na zagraniczne konkursy itp. Choć wiele to nie wnosi, to i tak nad tym ubolewam. Być może temat wart jest osobnego wątku. Ja go nie założę, bo w tyle głowy mam, że byłby to wątek z jednym postem niestety. No i poruszył go supermoderator z odpowiednimi narzędziami, także... . -
Edgar tylko człowiek. Zdarzało się, że twierdził coś na podstawie dokumentów i ktoś wrzucił fotę przeczącą dokumentom. I mnie zdarzyło się złapać go na błędzie w prywatnej korespondencji i chłop dziękował mi, bo właśnie miał to pisać w publicznej dyskusji. Tu łatwo jest zagalopować się o krok i myślę, że tak jest z tym śmigłem, którego po prostu nie analizował szczegółowo, tylko zrobił odruchowe założenie w niezbyt istotnym temacie. Ale może nie i w ogóle może ja źle na to patrzę. A tak przy okazji: fotki od lat krążące po internecie przedstawiają łopaty używane w Spitach MkV.
-
I tu się z nieodżałowanym Edgarem nieco rozmijamy. Bo oprócz fotęk od lat krążących w internecie mamy też inne, zapewne też krążące od lat: . Wspomniany Rotoloid nie był jedynym wykończeniem łopaty, ale co tam było jedyne! Istotne jest to, że warstwa wykończeniowa w okutym śmigle jest wyraźnie gruba i naniesiona tak, by blacha okucia mogła się z nią zlicować. Gdyby masa, zwana na rysunku Jablo Enamel nałożona była na okucie mielibyśmy wyraźny schodek. Dlatego twierdzę, że okucie było malowane. Także ze względu na zdjęcia z otarciami na okuciach nie wyglądającymi na odłażące tworzywo. Ale wykończeń było wiele, np łopaty Jablo bez okuć, całe pokryte Rotoloidem. Raczej nie do Spitfire, ale na pewno nie wiem. Zatem zdania swojego za jedynie słuszne nie podaję i Wam, Waszmościowe, pod rozwagę oddaję.
-
O drewnianych łopatach wiedzą wszyscy :). A na załączonym zdjęciu rzeczywiście nie widać okuć. Głownie dlatego, że ich tam nie ma. Bo fota przedstawia Spitfire z całkowicie metalowym Rotolem. Śmigło w testach wypadało identycznie jak drewniane i stosowane było równolegle, choć wyraźnie rzadziej. O drewnianym śmigle wspomniałem w tym kontekście: Te łopaty faktycznie nie były malowane, tylko powlekane rodzajem tworzywa zwanym Rotoloid. Nie mogło się to wytrzeć, co najwyżej odprysnąć, albo odłazić płatami. I takie śmigło rzeczywiście nie nadawało się do dalszego użytku. Malowane były jedynie żółte końcówki i właśnie te okucia. I tu, jak w każdym innym śmigle, otarta farba nie dyskwalifikowała go do użytku. Zdjęcia z takimi naruszonymi okuciami nie są wielką rzadkością.
-
Twoja postawa jest mi znana i nie z nią dyskutuję. Nie mówię o poszerzaniu wiedzy historycznej i takich tam. Jest oczywiste, że ktoś może budować model czegoś, w co nie chce wnikać samemu w kontekście oryginału, z różnych możliwych przyczyn. Ale jeśli przy tym chce mieć w miarę porządny efekt zgodności z oryginałem, to samo standardowe prowadzenie relacji może pomóc, ale niczego nie gwarantuje. I ten Korsarz jest tu świetnym przykładem. Mówimy o absurdalnym kamuflażu. Rzecz nie wymagająca żadnego grzebania w archiwach, a jednego rzutu oka na jedną fotkę, albo nawet do instrukcji. I nikt nie zwrócił uwagi na ten oczywisty błąd. Pomijając wersję z kochaniem, to stało się tak dlatego, że błąd, choć oczywisty, nie jest intuicyjnie rozpoznawalny. Sam nie zwróciłem na to uwagi w warsztacie, bo też znając Twoje podejście do historycznej zgodności, zerkałem na ten warsztat bez śledczej uwagi. Układ ciemniej na górze, jaśniej na dole jest odruchowo przyjmowany za prawidłowy. Ale ten trójkolorowy kamuflaż US Navy jest wyjątkowy i to nieszczęsne usterzenie pionowe jest wynikiem konkretnie ustalonych i po prawdzie okropnie skomplikowanych założeń. Gdybyś robił model Spitfire z Bitwy o Brytanię i pomalował statecznik pionowy ze sterem kierunku na kolor Sky type S, to byłby to dokładnie taki sam błąd jak w tym F4U. Tylko tam jest to absolutnie intuicyjne. Podobnie z przebiegiem podziałów kolorów. Gdybyś w tym Spicie zmienił przebieg łączeń kolorów o pół metra, od razu ktoś by to wytknął , bo rzecz jest opatrzona. W przypadku kamuflażu Navy, już nie i ludzie nie zwracają uwagi na rzeczy dokładnie tak samo bez sensu. Dlatego te korekty w warsztacie trzeba wymuszać. Nie w sensie intencji prowadzącego wątek i metod, tylko w sensie skutku. Sytuację z dygresji można częściowo rozumieć, ale problem polega na podejściu tworzącym scenariusze zrzucające z autora odpowiedzialność za jego własne działania. To jest w ogóle niemądre, bo opiera się wyłącznie na chęci zachowania splendoru bez wykonania niezbędnych w tym celu rzeczy. Ilość tego splendoru jest tu nieistotna, gdyby samo słowo komuś nie pasowało.
-
Chodzi o to, by wymusić informacje i by pojawiały się one zanim to coś się zrobi. Konkretnie nie wiem jak to robić, bo ja sam sobie szukam, a jak nie mogę znaleźć, to wiadomo czego. Wiem jednak, że standardowa relacja na ogół skutkuje pojawieniem się informacji post factum, albo niepojawieniem się jej w ogóle. Ktoś może nawet coś wiedzieć i chcieć napisać, ale obserwując relację nie zwróci na to uwagi. Albo stwierdzi, że już po ptakach i nie ma co się produkować. A potem jeszcze jeden z drugim autor jedzie w galerii, że dlaczego uwaga jest teraz , a nie w warsztacie. To się w pewnym momencie zrobiło wręcz memem. Magiczna formułka i już autor jest usprawiedliwiony i niedotykalny. A to jest teraz, nie w warsztacie, bo wnoszący uwagę w warsztacie nie zauważył, albo nie wiedział, że to już koniec prac nad tym elementem. A przede wszystkim to nie jego model i odpowiedzialność zań. Jak autorowi zależało na uwagach w warsztacie, to trzeba mu było o to zadbać. Ostatni akapit to dygresja niezwiązana z tą galerią.
-
Francuski P-47D-28RE Thunderbolt, Miniart, 1:48
greatgonzo odpowiedział Kalor → na temat → [L]Warsztat
Teoretycznie można tworzyć jakiś scenariusz dla tego zbiornika podwieszanego, ale jego użycie jest tu praktycznie niemożliwe. Ze względu na charakter misji używano klasycznego zbiornika 75 gal. pod kadłubem. -
To jest OK. Tylko też wymaga określonych działań w warsztacie, bo inaczej to jest dość loteryjne. I to też wpływa na frajdę. Fakt, że gdy historyczność modelu nie jest istotna, nie jest to też wielki problem.
-
Francuski P-47D-28RE Thunderbolt, Miniart, 1:48
greatgonzo odpowiedział Kalor → na temat → [L]Warsztat
-
To prawda, ale też ciągle przeciągasz temat na grunt wyborów modelarza. To zrozumiałe, bo to grunt dla Ciebie solidny. Na gruncie samego modelu jest trochę inaczej. I nawet klepanie po plecach i wpisywanie się w wizję innych jest trochę na wyrost. Jestem przekonany (na podstawie wpisów w licznych galeriach), że tu Ci się zwyczajnie upiekło, bo ludzie po prostu nie zwrócili uwagi na rozbieżność modelu z pierwowzorem. Bo jeśli jest inaczej, to znaczy, że kochają Cię tak bardzo, że przymykają oczy na rzeczy dużo grubsze niż wytykają innym.
