Skocz do zawartości

socjo1

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    1 848
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    17

Zawartość dodana przez socjo1

  1. Fotki kwiatków od kotka. (w przygotowaniu, do startu produkcji jeszcze trochę czasu) No ładnie - widać że kanadyjska (poniżej) ma bardziej kwadratową rufę - tak jak być powinno. Nie ma też falochronu przed działem - kolejny plus. Bardzo ciekawe, czy odtworzą te liczne drzwi do różnych pomieszczeń które obecne były pod pokładem dziobowym. Inne fakty w skali są widoczne nawet ślepym okiem więc nie ma sensu o nich pisać. I jak przekonać samego siebie do kontynuacji prac nad Miragem?
  2. Ale czasem sypiasz??? Podobno jerzyki latają śpiąc. Już wiem - jesteś modelarskim jerzykiem! Zazdroszczę Witamy na pokładzie
  3. Proszę o namiar na konto i wysokość opłaty za wysyłkę przez PW.
  4. Jestem zainteresowany książką o B-25. Proszę o rezerwację do wieczora - może do tego czasu jeszcze coś wymyślę.
  5. socjo1

    Bismarck Tamiya 1/350

    A te kotwice, to czemu une takie chromowane? Mocno się to rzuca w oczy. Przemalowałbym.
  6. Chyba wydruki 3D. Super jakość i bardzo łatwe w zastosowaniu. Postrzegam te dodatki jako wysoce uzależniające i w dodatku zaraŻliwe. Za corpusa delicti może tu posłużyć kolega MAV który nienagabywany nabawił się choroby Miecia (muszę mieć) wyłącznie od jednej wyrzutni torpedowej (zaledwie poczwórnej) i wentylatorka maszynowni do Tribala (oj grabię sobie u Niego, grabię, takie intymne szczegóły zdradzać...). Żeby tu nie robić kompletnego bałaganu, więcej na temat tych zabawek napisałem w "projekcie na 102". https://modelwork.pl/topic/40745-projekt-grupowy-royal-navy-na-102/ Fotki kilku akcesoriów może wrzucę przy okazji którejś aktualizacji... Jasne. Ale o ile w przypadku Trumpetera czy innej masówki - to jest oczywiste, to tu jednak mamy do czynienia z małą manufakturą która buduje markę przez jakość rozumianą również jako pieczołowitość merytoryczna, w dodatku jest to firma angielska która produkuje tematy angielskie. Z dostępem do dokumentacji nie mają problemu itd. I tak oto na starość, nie posądzając samego siebie o takie ciągoty, zostałem hejterem...
  7. Pięknie - z grubej rury! A nawet ośmiu. Chętnie popaCZam, mam Kenta w tej samej skali na składzie. Pomysł dojrzewa wraz z dwoma częściami monografii wydanej przez Okręty Wojenne. Nie wiem czy widziałeś na Britku wątek z budową Kenta i Berwicka - warto. Też dlatego, że można popatrzeć na dodatki z kraju ptaka Kiwi o które pytałeś w innym wątku (o ile pamiętam m.in. na s. 7,8,14). https://www.britmodeller.com/forums/index.php?/topic/235070426-1350-hms-kent-county-class-cruiser-1941/ Natomiast co do Micromastera zacytuję sam siebie, bo może nie do końca jest to oczywiste: Natomiast gdyby powstała taka blacha z odpowiednimi ryflami a'la Royal Navy - to byłoby super ( to tak na marginesie budowy tych krążowników)... Może by tak jakiś zaznajomiony, wschodzący producent ultraprecyzyjnych dodatków szkutniczych zechciał taką wytrawić?
  8. Lepiej z Tobą nie zadzierać - strzelasz zanim przeciwnik sięgnie po spluwę. Najszybsza klawiatura po tej stronie Odry! What shall we do with drunken sailor? ... Put him in the bed with the captains daughter (x3) Early in the morning! ... Have you seen the captain's daughter?
  9. Dzisiaj krótko: Najlepiej oczywiście zacząć od początku i od przodu. A jednak... ZACZĄĆ OD D. RUFY STRONY ... to tak bardzo w moim stylu... 1. Cacy, cacy... 2. Buch po glacy! Wobec tak postawionych "faktów w skali", dramatyczne pytanie samo ciśnie się na klawiaturę: 3. Panie Premierze, jak żyć? Skoro jesteśmy w kręgu nadatlantyckim, zatem aby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponownie posłużmy się tekstem kultury anglosaskiej: Przy okazji trochę starych porachunków: Temu Panu - punkt! A teraz Spryciarze - kto komu i w jakich okolicznościach "Shave his belly with a rusty razor"? Tylko nie korzystać mi tu z wuja Gugla!* --------------------------------------------- Wróćmy do wątku zasadniczego: Wynik działań m.in. wzmiankowanej rusty razor poniżej: Odrobina ideolo do powyższego performensu: Rufowa platforma przeciwlotnicza to jeden z "trejdmarków" brytyjskich eskortowców. Zaproponowana w modelu różniła się kształtem od od tej, którą zrobiłem w korwecie. Zaintrygowało mnie to. Żaden z trzech planów nie potwierdził propozycji producenta ani żadna z kilkudziesięciu obejrzanych fotografii. Decyzja była oczywista. Shave his belly with a rusty razor! Ale to nie wszystko. Producent zaproponował jako uzbrojenie p.lot. dwie dwufuntówki. O takie: Takie uzbrojenie przewidywano początkowo dla fregat, ale ostatecznie wyposażono w nie jedynie dwie pierwsze fregaty, HMS Rother oraz HMS Spey. I można to wyczytać w dwóch z prezentowanych przeze mnie książkach, można to też wypatrzeć na planie HMS Nadder. Kolejne fregaty uzbrajano najczęściej w podwójne Oerlikony, takie jak (póki co dla popeliny) widzicie umieszczone na modelu. Konkuzja była bolesna. Skoro nawet ślepowron swoim nieuzbrojonym okiem (poniżej)... ... jest w stanie z łatwością dostrzec te różnice, a dotarcie do informacji zajmuje tyle co przejrzenie dwóch dość podstawowych książek - to zaufanie do Pana Producenta zostało bezpowrotnie utracone. Choć taki był fajny, angliczański... Na Britku oczywiście o tym cicho-sza, ale tu mogę się spokojnie wyżalić. I jeszcze gwoli kronikarskiego obowiązku: - oberżnąłem smoke-cap czyli okap komina (?). Co widać na załączonej w poprzednim poście fotografii. Jest brzydziej ale prawdziwie. Ale ponieważ tak miały tylko pierwsze egzemplarze serii (tzn,. były pozbawione okapu), więc obyło się bez dąsów na Pana Producenta. Po czym uznałem dzieło swe za mądre Na tym się skończył z pracy mej wpis drugi. _______ * Wybaczcie odrobinę rubaszności. W końcu to wątek marynarski! DODANE 05.10.2020: Jeśli ktoś kiedyś chciałby budować model prosto z pudła, jako HMS Nadder, to w kwestii uzbrojenia jest jeszcze jedna ciekawostka. Otóż producent uzbroił go w 2 dwufuntówki (o czym już pisałem), oraz 2 pojedyncze Oerlikony na mostku. Spójrzmy na dostępne w necie fotografie: Ta druga, dolna fotografia jest też reprodukowana w książce Atlantic Escorts (która jest świetna!) Jej autor przytomnie zauważa w podpisie, że okręt jest uzbrojony w dwa dodatkowe Oerlikony na pokładzie dziobowym ( widoczne w pokrowcach). Jeśli się spojrzy uważnie, można zaryzykować stwierdzenie, że to nie wszystko i dalsze dwie sztuki mamy na pokładzie rufowym oraz jedną na dachu rufowego schronu. Czyli jego uzbrojenie wyniosłoby: 7 pojedynczych Oerlikonów oraz 2 (chyba) podwójne na rufowej platformie. Być może okręt został dozbrojony, kiedy w 1944 skierowano go na Pacyfik, wraz z grupą innych fregat.
  10. Punkt dla tego Pana. A wydawałoby się to takie proste do ogarnięcia.
  11. No ale fakt, że z Mark IX to jeszcze do ostatnich dinozaurów strzelano, nie może stanowić powodu ich dyskryminacji! 4 cale (102 mm) to 4 cale. (tak poważnie - opracowane w czasach I wojny, w II m.in. w korwetach Flower) http://www.navweaps.com/Weapons/WNBR_4-45_mk9.php oraz Mark XIX (m.in. późne Flower, River, Castle) http://www.navweaps.com/Weapons/WNBR_4-40_mk19.php
  12. Zgodnie z zapowiedzią, ruszam jako przedskoczek projektu grupowego "Od... lufy strony (102 mm)", czy jakkolwiek by się on nie nazywał Pewnie podobny materiał pojawi się też na Britku (Britmodeller), więc może się pojawić nieco niepolskich wtrętów... Wydany kilka lat temu zestaw Starling Models jet opracowany cyfrowo, na pierwszy rzut oka (i pierwsze spasowanie) sprawia bardzo dobre wrażenie. Jak kto ciekawy, tu ma inbox: http://www.steelnavy.net/StarlingNadder350FBustelo.html Zestaw przedstawia ma niby przedstawiać HMS Nadder. Przy okazji budowy sprawdzę na ile tak jest w rzeczywistości (może to się przydać komuś, kto planuje jego budowę - choć jakoś nie podejrzewam...) , natomiast ja chciałbym zrobić go jako HMS Jed - jedną z pierwszych fregat typu River, z ciekawą wojenną karierą. Poniżej szkic na który naniosłem indywidualne cechy itp. budowanego okrętu. W modelu wykorzystam jakieś dodatki, na pewno będzie to m.in zestawy Oerlikonów z Micromastera ( z lewej) oraz Black Cat Models. Budowa fregaty będzie ciekawym doświadczeniem modelarsko-historycznym. Kolejny model z żywicy, ale zupełniej innej generacji i jakości niż poprzedni White Ensign. Sama fregata to z kolei starsza i większa siostra (no, może kuzynka) korwety Castle. Dlatego pewne aspekty i detale mam opanowane, ciekaw jestem jakie rozwiązania powtórzono, a czym się te dwa okręty od siebie różniły. Przy takim podejściu dość istotna staje się odpowiednia dokumentacja. Której wertowanie zresztą sprawia mi wiele radości (w odróżnieniu od wynajdywania błędów!) Do prezentowanych wcześniej pozycji: dołączają kolejne (+ oczywiście wykopaliska internetowe): Plan HMS Spey zamówiłem w kanadyjskim Muzeum w Esquimalt, otrzymałem go mailem. Mają tam na stronie wiele planów, więc może komuś się przydać - poniżej link. https://navalandmilitarymuseum.org/archives/projects/ships-plans/ Jest to plan modelarski (opracowany w latach '70), a nie stoczniowy, ale jest niesamowity. Bogactwo szczegółów, zakomponowanie, dodatkowo porozrysowywane i opisane detale... Naprawdę wspaniała robota kreślarska. Wydrukowałem go sobie w drukarni na grubszym papierze w dużym formacie i z przyjemnością powieszę w swojej jamie. Wydaje się, że na tym planie wzorowali się twórcy rekonstrukcji HMS Spey w grze komputerowej którą wszyscy poza mną kojarzą: Trzeci plan jest zamieszczony w pokazanej książce Briana Laveryego. Ma fatalną jakość, ale coś tam z niego można odczytać. Jest o tyle istotny, że to kopia STOCZNIOWYCH planów HMS Nadder. Mają podaną muzealną sygnaturę, książka stosunkowo łatwo dostępna i znana, wydana przed ukazaniem się modelu. Oglądając go, oczekiwalibyśmy, że wszystko będzie się zgadzało w 100 % z modelem wyprodukowanym przez firmę z Wielkiej Brytanii. ____________________________ Miłe złego początki: usuwam na dnie ślady po nierównym szwie w formie. Uskok ma kilka milimeterów wysokości, całość pokrywam brązowym surfacerem i szlifuję. Dodaję nieco detali na nadbudówkach. So far so nice but (było miło, ale)...
  13. ... chętnie poznamy Twój. Od 1 listopada.
  14. Dla poddierżki / paddierżenija razgawora: A Eskimosa z Błyskawicą w filmie ty widjeł? Ciekawe cóż to za rozpiski widnieją ma mostku? Mianem GNAT określano "German Naval Acustic Torpedo". Bohater drugiego planu, to niewykluczone że Piorun, poniżej już świetnie widoczny: Eskimosie reparaturki ze strony: naval-history. net http://www.naval-history.net/xGM-Chrono-10DD-34Tribal-Eskimo.htm 1939: 1940: 1941: 1942: 1945: PROSZĘ Ale, ale: mamy tu zagadeczkę: na fimie ma późny, kratownicowy maszt. Nic nie ma o tej modyfikacjach w podlinkowanym filmiku. Być może remont z przełomu 1943/1944 o którym z kolei jest wzmianka, przyniósł tę zmianę? Możemy pogrzebać jeszcze w książkach, ale zostawmy sobie coś z przyjemności na później... Na szczęście jeszcze nie wszystko jest w internecie. Co do Micromastera - obśmiałem się jak norka, jak przeczytałem coś napisał, ale Twoja reakcja wcale mnie to nie dziwi. Ileś razy jak patrzyłem na zestawowe instrukcje obrazki to sobie myślałem - ale będzie super, a po otwarciu mocno się zastanawiałem, czy na pewno dostałem pełnowarotościowy towar (chyba pierwszy raz - jak kupowałem modele NOVO pod składnicą, niektóre miały naprawdę ładne pudła i obrazki, chyba jeszcze od Froga. Maluneczek australijskiego Beau wymiatał...) Tutaj te wszystkie renderki nie kłamią... HACS też jest warty grzechu, choć zestawowy można po prostu pewnie jakąś szmatą zakryć i z blaszanym radarem da radę (nie pamiętam, jak to jest rozwiązane w modelu).
  15. Czyżbyś zamawiał coś jeszcze dodatkowo z kraju ptaka kiwi? Micromaster rządziRazem z Black Catem moim zdaniem odstawili resztę producentów na kilometry. Tym bardziej, że te dodatki są bardzo łatwe w zastosowaniu i oszczędzają dużo czasu. Choć trzeba mieć silne nerwy i precyzyjne cięcie, żeby czegoś nie uszkodzić przy odcinaniu. Oczywiście swoje kosztują, ale cóż - za przyjemności się płaci...
  16. Super pomysł, MAV, dzięki! Czy jeszcze są miejsca? Czy mogę się jeszcze dopchnąć? Zatem chciałbym dołączyć. Albo z przedstawicielem rodziny czarnołabędziowatych (slup klasy Black Swan, White Ensign Models 1/350): Uwentułalnie z Tribalem pospolitym z Trąby w 1/350. Z wyraźnym wskazaniem na HMS Ashanti. A jako przedskoczek, żeby nieco przeheblować skocznię dłubie sobie aktualnie to: Ktoś jeszcze?
  17. A podzielisz się nieco kuchnią fotograficzną? Podziwiam głębię ostrości, ale interesuje mnie też oświetlenie i obróbka.
  18. Płynie, wije się RZECZKA Jak błyszcząca wstążeczka, Tu się srebrzy, tam ginie, A tam znowu wypłynie. Niewykluczone, bardzo niewykluczone...
  19. Ależ jest śliczny! I te odcienie wody... I fabuła, i suspens... I foty paluchy lizać - nie tylko dobre technicznie, ale fajnie skomponowane, "opowiedziane". Jak go widziałem na podstawce, to właśnie tak sobie myślałem ( z całym należnym szacunkiem!), że trochę przerysowane niektóre efekty, ale z wodą to wszystko się idealnie komponuje. Ku własnemu zdziwieniu - najbardziej podobają mi się ujęcia od tyłu - może dlatego, że rzadko spotykane i przez to dodatkowo oryginalne.
  20. Przebóg, on ci to w samej osobie! Po giembie wszak można go poznać. Też to jego osobista, z żadnych internetów nie ściągnięta. Ale przecież... chyba wszyscy tak mamy?... Jak widać - i o dziwo - nawet mi się zdarzyło skończyć jakiś model. Widać gorszy dzień miałem. Za miłe słowo podziękował. Nawet się zastanawiam, czy nie upublicznić swoich bieżących wystęknięć nad poniższym lotniskowcem...
  21. Kwadrans dobrej lektury przed snem obniża ciśnienie, relaksuje i łagodzi obyczaje. Bardzo dziękuję za miłe przyjecie materiału. Postanowiłem jeszcze uporządkować poprzednią wypowiedź - tę o kamuflażach i dodać kilka informacji oraz zdjęć. W poprzedniej wersji nie odpowiedziałem do końca na konkretne pytanie o falę. Doczytałem, przeredagowałem i... kto ciekawy - zapraszam do lektury!
  22. Fajnie że spytałeś, bo to ciekawy temat. Zacznijmy nieco dygresyjnie i facecyjnie. Jak się to często w przypadku kamuflaży zdarza, w sprawie swój pędzel swoje palce maczał pewien malarz co się zwał Peter Scott a któren to jegomość służył w 1940 na niszczycielu HMS Broke. Jak na rasowego angielskiego artystę przystało była to nielada jaka osobowość: poza zainteresowaniem pędzlem frapowały go ptaki, albowiem jako ornitolog był ich miłośnikiem. To znaczy, będąc pacholęciem na nie polował, a jak już dojrzał i zmądrzał - to wręcz przeciwnie. Był też sportowcem (taki eufemizm określający myśliwego ale i zdarzyło mu się zdobyć brązowy medal na olimpiadzie w Berlinie w żeglarstwie i inne) oraz synem. Oczywiście rodziców miał nietuzinkowych: jego osobisty papa był samym nieszczęsnym Robertem Scottem któren to nieszczęśliwie ale heroicznie sczezł (cóż innego pozostaje pokonanemu - i to przez Norwega! - Brytyjczykowi?) pod biegunem południowym, zaś mama - to już pewnie sami zgadniecie - była wybitną rzeźbiarką. Nie może więc dziwić, że syn w wolnych chwilach mędrkował na temat malowań okrętów. Zwłaszcza, że panowało ogólne przekonanie, że dotychczasowe w ogóle nie działają. W tej sytuacji jego przełożeni mogli go albo dociążyć zadaniami (jak to na porządnych przełożonych przystało), albo zacząć słuchać. Wobec faktu że tak zacnego gentlemana zlać tak wprost nie wypada, wybrali to drugie, z całkiem korzystnym dla siebie i pomyślności Zjednoczonego Królestwa skutkiem. Tzw. podśmie...ujki na bok, podkreślam ten fakt, bo to częsty przypadek, że właśnie artyści ze swoim wyczuciem kolorów, umiejętnością odwzorowania natury na płaskim etc. miewali ciekawe (i skuteczne!) pomysły w kwestiach maskowania. Na początku ekscentryczne idee naszego ptakoluba (na starość to już tak całkiem na ostro i poważnie, na równi z Davidem Attenborough, za co się należy wielki szaconek jak i pomnik któren mu post mortem wystawiono) wdrożono na jednostce na której pływał. Ponieważ nikt nie wiedział, jak w praktyce zadziałają założenia omnitalentnego Mr. Scotta, obie burty niszczyciela zostały pomalowane w kompletnie odmienny sposób. Ale każda miała duże fragmenty białego, zwłaszcza w mocniej zacienionych miejscach (żeby cienie właśnie porozjaśniać). HMS Broke w 1942 r. Słuszność założeń potwierdziła się w dość niecodzienny sposób (choć czytelnik tej powiastki chyba już przestał się dziwić czemukolwiek) - a więc potwierdziła się (chciałoby się rzec: dobitnie!) w połowie 1941 kiedy to w słabych warunkach pogodowych HMS Broke został zdefasonowany przez niszczyciel HMS Verity ( i znów można by NIEzażartować: Broke's bow was almost broken ?). Nietrudno się domyślić, że w czasie sądowego postępowania taranujący kapitan tłumaczył, że nie był w stanie dostrzec bratniej jednostki... Po kilku miesiącach nawet członkowie parlamentu zainteresowali się szokującymi praktykami malarskimi na okrętach Jego Królewskiej Mości, dopytując czy Admiralicja jest ich świadoma i jak długo zamierza tolerować ten preceder?... W tym czasie artyści już się zwąchali z naukowcami i innymi tego typu indywiduami. Jak tego rodzaju gremia mają w zwyczaju, zamiast zabrać się do poważnej roboty, ci zaczęli się zabawiać (i to na pewno nie za swoje piniondze, i to jeszcze pewnie płatne - o zgrozo! - w twardych dewizach, w funtach!). Zabawiali się w dodatku w basenie modelami, oświetlając je teatralnymi lampami w różny sposób. Potem nastąpiły te smutne i trudne chwile w życiu każdego naukowca, że trzeba było przerwać zabawę w najlepszym momencie, przysiąść na czterech literach i spisać wnioski. A te były następujące (mniej więcej). Po pierwsze primo - na północnym Atlantyku występuje wyjątkowo dużo mgieł, zachmurzenia, a zimą opadów śniegu . Po drugie primo (co chyba mniej oczywiste dla czytelnika): nocą okręty zwykle są ciemniejsze od otoczenia. Ergo - najlepiej malować je na biało. Całe. Zwłaszcza płasczyzny, które mogłyby podkreślać cienie: wszystkie spody dział, żurawików, platform. No i jeszcze linię wodną też zamalowywać. No ewentualnie, żeby rozbić ich sylwetkę, stosować dodatkowo blade plamy niebieskie i zielone. Ale to tak opcjonalnie, to było takie typowe dla naukowców "można to rozumieć tak ale można też inaczej". Byli natomiast zgodni, że taki biały pływający bałwan może być szokiem dla własnych załóg, więc żeby im morale nie spadało, to niech już sobie pacykują dodatkowo jakieś zielenie i szarawae błękity. Próby na morzu dowiodły słuszności koncepcji. Podobno raportowano nawet trudności z wzajemnym dostrzeganiem się okrętów eskorty. A wszystko to było pomyślane nie tyle nawet jako kamuflaż obronny, ale ofensywny - taki, który nocą pozwalał dojść maksymalnie blisko U-boota który na powierzchni ładował akumulatory lub zbliżał się do ataku. Oczywiście w myśl starej zasady Royal Navy "Engage enemy more closely"! (mniej więcej za mi. : Alan Raven, https://www.shipcamouflage.com/3_3.htm i jednak wikipedia) Uzbrojeni w tego rodzaju wnioski kostyczni lordowie z Admiralicji prawdopodobnie tym razem bez skrupułów zlali swoich tapirowanych kolegów z Westminster Palace... Ogólnie takie mieszanki kolorów (biały + jasna zieleń + jasnoniebieski) były od połowy roku 1941 charakterystyczne dla eskortowców na północnym Atlantyku - niszczycieli i mniejszych jednostek. Nawet nazywały się one kamuflażami Western Approaches (obszar miej więcej od zachodnich wybrzeży W. Brytanii do Islandii). Dodatkowo , fikuśne plamy innych kolorów miały rozbijać sylwetkę okrętu. Wspólne było to, że dużo białego było na dziobie - po to by móc podejść U-boota jak najbliżej (engage enemy more closly!) Na marginesie: wówczas białe również stały się spody i boki przeciwpodwodnych samolotów Coastal Command. Slup klasy Black Swan: fregata typu River: korweta klasy Flower, HMCS Regina: Kanadyjski niszczyciel HMCS Restigtouche: I teraz mogę odnieść się bezpośrednio do pytania o kamuflaż z falą: Otóż wojenne latka leciały, a wraz z nimi zmieniała się sytuacja. Angole, Kanadyjczycy i Jankesi zapamiętale pacykowali swoje balie, ale zaczęli kręcić nosami. Jedni jednak nie mogli się oswoić z osobliwym "outfitem" okrętów (i to w sytuacji gdy na początku wojny sporo jednostek w Royal Navy pomalowali sobie na RÓŻOWO! - no może różowawo...), inni mówili, że cała ta maskarada ze stosowaniem skomplikowanych i znormalizowanych szablonów, kilku odcieni farb, jest nie warta zachodu. Dlaczego? No bo zagrożenie ze strony okrętów podwodnych spadło i częściej siedziały one pod powierzchnią niż próbowały ataków z wynurzenia (jak to było wcześniej) No bo coraz skuteczniejszy radar i inne bronie jakoby spowodowały, że kwestia dobrego ukrycia okrętów nie była już taka ważna. Poza tym: jaki pożytek z malowania okrętu na biało, chowania go, był, kiedy po kilku rejsach potrafił wyglądać tak: albo tak: Względnie tak: UWAGA nr 1: Kochani czołgiści, zostawcie te swoje karaczany i jeśli lubicie PRAWDZIWY weathering, zabierzcie się za okręty. Jak widzicie, czołgi wcale się nie brudzą ? Dygresja nr 1: Z problemem rdzewienia kadłubów borykali się zwłaszcza Kanadyjczycy na okrętach swojej produkcji. Wobec ogromnego zapotrzebowania na korwety nie stosowali wszystkich wymaganych procedur (pickling) które miały usunąć osad (mill scale/grime?) z walcowanych płyt stali. Więc nie to, że słaba dyscyplina, że nie pucowali, nie malowali (co zarzucali im oficerowie brytyjscy), ale po prostu wojenny pośpiech. Ale temat Kanadyjczyków - jakże wdzięczny - to już chyba przy innym modelu. A my się możemy cieszyć, że tak pieknie im się to wszystko syfiło i możemy to wszystko odtwarzać na modelach. KONTYNUUJEMY WĄTEK ZASADNICZY: Stosunkowo szybko zrezygnowano z zieleni (podobno występował deficyt zielonego pigmentu), zostając przy gustownych błękitkach. No i oczywiście bieli - niektóry kapitanowie, decydowali się na malowanie okrętów po prostu w całości na biało - zwłaszcza w sezonie zimowym: Przede wszystkim jednak wymyślne kamuflaże uległy uproszczeniu jeśli chodzi o układ plam. Admiralicja zastosowała zasadę złotego środka - został biały i niebieski, zostało kamuflowanie, ale wdrożono schematy uproszczone. Od 1944 dużo okrętów jest malowanych w kamuflaż "z falką" albo "z belką". Przy okazji, na koniec powtórzę (jeśli ktoś nie czytał całości) - warto zwrócić uwagę na to że często okręty mają maszty i instalacje umieszczone na nich malowane na ciemno. mimo jasnej reszty). Korweta typu Castle - HMCS Arnprior: I to tyle w dużym skrócie i uproszczeniu... I na dobranoc kilka klimatycznych fotek pokazujących oceaniczny warun. W roli głównej (tym razem) Pacyfik, w pozostałych: australijska fregata typu River HMAS Macquarie i jej załoga: A także: dlaczego lepiej mieć wysoką wolną burtę i niszczyciele nie były w tym najlepsze (na śródokręciu musiały mieć niższe burty ze względu na wyrzutnie torped) -
  23. Fajnie że się podobało, a więc krew w piach nie poszła! Ja też jestem mocno humanoidalny - tak jak to piszę w swoim profilu, babrzę się w niedzisiejszościach...
  24. Pomyślałem, że może kogoś zainteresuje opis modelu w postaci tak zwanej rysy histerycznej (tyle że nie zassanej z Wikipedii). Mam wrażenie, że większość modelarzy mocno kręci wielka lufa i te najmarniej ze dwie setki metrów po pokładzie (wbrew opinii, że wielkość nie ma znaczenia) a tu w galerii wylądowała taka mocno niepozorna kaczka, bardziej podobna do rybackiego kutra niż rasowego okrętu. Tymczasem dla mnie budowa korwety okazała się fascynującym odkrywaniem tajników jej konstrukcji, założeń taktycznych które ją kształtowały i ograniczeń z którymi przychodziło się mierzyć jej projektantom. Może ta historia zainteresuje również kogoś z Was? HMCS Collingwood - wczesny przedstawiciel korwet typu Flower. Taki bidak, że nawet broni p-lot chyba nie dostał, miotacze bomb głębinowych też zaledwie będą pewnie dwa. Tym niemniej, w czasie wojny jednostki tej klasy były często modyfikowane i modernizowane. Dobrze znana korwety Flower nie była projektowane z myślą o roli, jaka przypadła im w udziale. W założeniu przybrzeżne eskortowce musiały jednak na swoje barki (wręgi?) wziąć ciężar zmagań w bitwie o Atlantyk. Ich niedomagania szybko wyszły na jaw - wielu z nich nie dało się usunąć mimo wprowadzanych na bieżąco modyfikacji okrętów. Mówiąc wprost: na ocean były zbyt małe. Były bardzo ciasne i zatłoczone (zwłaszcza, że liczebność ich załóg wciąż rosła), miały także niewielki zasięg. Przede wszystkim jednak były bardzo chybotliwe z bardzo szybką „nerwową i głęboką” charakterystyką przechyłów. Powyżej 4 stopni w skali Beauforta załogi masowo cierpiały na chorobę morską, co zmniejszało ich efektywność, iluzoryczna była też skuteczność ASDICu oraz miotaczy bomb głębinowych. Mawiano, że korwety kołysałyby się stojąc na trawie i że zachowują się w wodzie jak korek. Pod koniec 1942 r. Admiralicja opracowała kolejną generację eskortowców – mających zastąpić „kwiatki” i większe fregaty typu River. W nowych konstrukcjach wdrażano wnioski z użytkowania ich poprzedników, ale i dostosowywano je do produkcji masowej (korzystanie z prefabrykowanych i zunifikowanych części i podzespołów, wytwarzanych często przez oddalone od siebie zakłady spoza przemysłu stoczniowego). Ponieważ wiele mniejszych stoczni nie było w stanie budować fregat, zdecydowano o kontynuacji produkcji korwet. Projekt zmodyfikowano znacznie głębiej, niż w przypadku fregat River i ich następców typu Loch. Chciałbym na przykładzie modelu zaprezentować Wam co ciekawsze smaczki konstrukcyjne. HMCS Copper Cliff Ogólny układ był zbliżony do starszych korwet. Zachowano napęd który sprawdził się w innych eskortowcach – tłokową maszynę parową. Od dawna nie stosowano jej na rasowych okrętach wojennych, ale była łatwa w produkcji oraz w obsłudze, zwłaszcza dla służących wcześniej na cywilnych statkach marynarzy i oficerów z ochotniczej rezerwy. Osiągana prędkość ok. 17 węzłów nie zachwycała, ale z reguły wystarczała w konwojowej rutynie. Niedomiar mocy natomiast dawał się odczuć w często w warunkach sztormowych. Nowy projekt był dłuższy o ok. 12 metrów dłuższy (77 m.) i o metr szerszy (11m.) od korwet Flower, rufa i dziób zostały bardziej wyniesione ku górze. Zmiany znacząco poprawiły zachowanie na fali oraz charakterystyki kołysania, choć niedoścignione w trudnych warunkach były wciąż fregaty. Dłuższy pokład dziobowy i wysoka wolna burta pozwalały na zabudowę większej ilości pomieszczeń i poprawiły komfort pracy załogi. Znacznie powiększył się zasięg: z 4600 mil morskich do 7500. Zaczynając od dziobu, warto zwrócić uwagę na uzbrojenie. Tu chyba nastąpiła największa zmiana. Zamiast dotychczas obecnego na korwetach „jeża” (miotacz pocisków kontaktowych typu Hedgehog), użyto jego konkurenta - Squida który wyrzucał na odległość 250 metrów przed dziobem trzy dwustukilogramowe pociski. Bomby głebinowe zanurzając się, tworzyły kształt trójkąta o boku 40 metrów który miał obramować zanurzony okręt. O nastawach głębokości detonacji i momencie ich odpalenia automatycznie decydował Asdic. Była to na tyle skuteczna broń (zastosowana także na fregatach typu Loch, które zabierały dwa egzemplarze „kałamarnic”), że znacznie zredukowano zapas klasycznych bomb głębinowych. Pozostawiono zaledwie jedną zrzutnię rufową i dwa miotacze burtowe, co zwiększyło ilość miejsca na pokładzie rufowym. Broń zamontowano na dziobowej nadbudówce, gdzie była mniej zalewana falami niż umieszczone niżej i bliżej dziobu działo. Decyzja ta spotkała się z oporem konserwatywnych sztabowców, przywiązanych do idei walki artyleryjskiej, ale okazała się słuszna. Działo miało ten sam kaliber (102 mm), co na wcześniejszych korwetach, było jednak konstrukcją nową (poprzednie, Mark VI opracowano w latach I wojny światowej). Typ XIX miał większy kąt podniesienia lufy (60 stopni), co zwiększało zdolności przeciwlotnicze (dość teoretycznie – brakowało systemu celowania) i pozwalało wystrzeliwać flary oświetlające („snowflakes”). Ustawiono je na podwyższonej platformie, która ograniczała ilość wdzierającej się na stanowisko wody, a także umożliwiała prowadzenie ognia na ujemnych kątach podniesienia lufy (ważne w przypadku niskich i wynurzających się blisko U-bootów). To nie wszystko – w czasie nawodnych walk z U-bootami stwierdzono, że kierowany do nich ogień artyleryjski był nieskuteczny. Pociski nie były w stanie przebić twardej stali ciśnieniowych kadłubów, łatwo rykoszetowały na obłych powierzchniach. Dlatego opracowano specjalny, ciężki pocisk, nazwany Rekinem (Shark). Wystrzelony, miał uderzać pancerz U-boota poniżej linii wodnej i tam go przebijać. Próby były obiecujące, każdej jednostce przydzielono zapas takich pocisków, ale nigdy nie było potrzeby wykorzystać ich w boju. Specyficzną, bardzo „brytyjską” cechą był układ mostku. Na początku wojny większość kontaktów z przeciwnikiem nawiązywano w czasie obserwacji wzrokowej. Podczas ataku lotniczego krytyczny był też czas reakcji i współpraca między członkami załogi. Stąd idea otwartej, obszernej i szerokiej platformy o jak największym polu obserwacji i polu ostrzału dla przeciwlotniczych Oerlikonów. Również stanowiska specjalistów od broni elektronicznych – asdicu, radionamiernika były usytuowane nieopodal (wnęki w przedniej części mostka i charakterystyczna „budka”). Oczywiście ceną były warunki pracy obsady stanowiska. Osłony w postaci niskich szyb i charakterystycznych rozpraszaczy bryzgów i wiatru (żeberka dookoła pomostu) były dość iluzorycznym zabezpieczeniem przed warunkami panującymi na oceanie i samopoczucie załóg schodzących po sztormowej wachcie musiało być często nie do pozazdroszczenia… Mam też wrażenie, że cała koncepcja była jeszcze jednym z wielu objawów przywiązania konserwatywnej Royal Navy do "starych, dobrych czasów" obserwacji wzrokowej z pokładu rufowego - do szczęścia brakowało tylko piramidy żagli i trzech rzędów dział pod stopami... Żarty na bok, również Amerykanie docenili podejście wyspiarzy, stosując podobny układ na niszczycielach eskortowych. Wraz z pojawieniem się coraz większej ilości elektroniki, pojawił się problem gdzie i jak to wszystko upchnąć? Odpowiedzią były kratownicowe maszty, odpowiednio stabilne aby mogły to wszystko udźwignąć. A im wyżej zlokalizowane były wszelkie anteny, tym miały z reguły większy zasięg. Od dołu: dwie anteny systemu identyfikacji swój–obcy, radar oraz radionamiernik zwany Huff -Duff (brakuje na końcówkach rei anten UKF komunikacji miedzyokrętowej). Co ciekawe, namiernik HF/DF uznano za jedną z najważniejszych broni dla zwycięstwa w Bitwie o Atlantyk, obok radaru i łamania szyfrów Enigmy. Kluczowe dla praktycznego wdrożenia nowoczesnej technologii było opracowanie innowacyjnego projektu anteny przez Wacława Struszyńskiego - polskiego inżyniera, absolwenta Politechniki Warszawskiej. https://en.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_Struszy%C5%84ski Ot, ciekawostka: w pewnym momencie mądrale z Admiralicji orzekły, że pionowy komin utrudnia określenie kierunku poruszania się jednostek. Więc wprowadzono pionowe kominy. Przy okazji: widać też przewód z kambuza prowadzący przez komin główny. A za nim - zbiornik na wodę chyba z odpowietrzeniem. Intrygujący był też maszt który jednocześnie pełnił funkcję dźwigu - żurawika (do amunicji p-lot?). I jak tu takiego nie odtworzyć?... Jeszcze kilka zbliżeń na rufę. Ustawienia magazynków do Oerlikonów to temat na oddzielne studium. Fascynujące, było kilka wariantów. Copper Clif na platformie z p-lotkami miał jeszcze dodatkowo wsadzony kompas czy też namiernik. Czort raczy wiedzieć po co... Przy sobocie po robocie.. Moje ulubione: schowki na pyrki i inne warzywa, a poza tym przynajmniej na jednym zdjęciu widać choć trochę dorobione świetliki nad maszynownią ;-)... *** To już koniec spaceru po korwecie. Jeśli macie jakieś pytanie, lub uwagi (np. użycia przeze mnie fachowych terminów), to zapraszam serdecznie do ich zgłaszania. Zastanawiam się tylko, czy na forum jest zapotrzebowanie na tego typu materiały? Ich przygotowanie jest mocno czasochłonne, a i na przeczytanie należy znaleźć czas odpowiadający raczej lekturze artykułu w czasopiśmie. Być może zwykła prezentacja kilku fotografii jest dla Was równie użyteczna a niniejszy wpis to po prostu TLTR…
  25. Szykują się ładne kwiatki, zwłaszcza że krótkopokładowe! Od Czarnego Kotka z Francji (Black Cat Models) HMCS Agassiz oraz HMS Begonia. Biorąc pod uwagę, jak metodycznie podchodzą do wypuszczania kolejnych podwersji i wariantów amerykańskich niszczycieli eskortowych, jest nadzieja że wypuszcza też i późne korwety, z podniesionym dziobem i rufą. https://blackcatmodels.eu/en/1350/222-flower-class-corvette-short-forecastle-and-minesweeping-gear.html https://blackcatmodels.eu/en/1350/223-flower-class-corvette-short-forecastle.html PS. Że jest Mirage, to ja wiem.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.