-
Liczba zawartości
4 491 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
Słusznie. Ale warto pamiętać, że powyższe twierdzenie jest w takim samym stopniu prawdziwe jak to: Ćwicząc na kolejnych modelach można mieć trzysta ukończonych modeli na półce i... wszystkie kasztany. Moim zdaniem nie ma sensu zajmować się skrajnościami, ale, owszem, co kto woli. Rozumiem, że w necie zdanie napisane na poprzedniej stronie wątku nie istnieje. Dlatego przypomnę: Jestem jak najdalszy od narzucania komuś jego ideałów. Jeśli ktoś chce mieć kolekcję tych trzystu solidnie wykonanych modeli, to nauka zajmie pewnie w sumie kilka - kilkanaście godzin. A 'poziom wykonania' modeli będzie jednym z kosztów podjętej decyzji. Zasada się nie zmieni. Tak, choć wg mnie uczciwie będzie wspomnieć, że bardzo ambitna budowa może nieść ze sobą rzeczywiście trudne wyzwania technologiczne. To wprawdzie ma niewiele wspólnego z obróbką plastiku i wiąże się z planowaniem montażu i technologi wykonywania poszczególnych elementów tak by złożenie modelu było w ogóle możliwe i by nie odbiło się to na jego geometrii. Techniczne problemy z malowaniem mogą się też pojawić, gdy wyjdzie się poza powszechnie stosowane techniki, u powstania których leżała zasada, że mają być po prostu łatwe i podejmie się wyzwanie by odtworzyć rzeczywiste niuanse malowania oryginału na modelu. Wspominam o tym 'z kronikarskiego obowiązku' bo w praktyce takie modele zdarzają się bardzo rzadko.
-
Wiem dlaczego zdobywanie umiejętności poprzez budowę kolejnych modeli jest takie chwytliwe i rozumiem dlaczego ludzie wybierają tę drogę. Ale wiem też, że malowania można się nauczyć malując, trasowania trasując itd. I model jako taki w ogóle nie jest tu potrzebny. Nie ma żadnego powodu, by zdrowy, dorosły człowiek miał mieć problem z czystym i prostym sklejeniem i pomalowaniem zestawu. To jest tylko kwestia decyzji. Owszem odpowiedzialnej, bo niesie ona ze sobą jakieś konsekwencje. Ale ja też nie twierdzę, że każdy, kto buduje model lubi modelarstwo. Generalnie to chcę tylko uświadomić zainteresowanym, że można pójść nieco inną drogą (to niezależnie jak widzimy nasz docelowy model - jako taki miesięczny, czy taki trzyletni). I że metoda tzw. modelu 'testowego' to rzadko coś więcej niż ściema i to, przede wszystkim, przed samym sobą. Etapów budowy nie trzeba sobie przypominać, ani się ich uczyć tylko po prostu robić porządnie ;). Aha, jeszcze taka uwaga. Wypowiadam się wyłącznie o modelach robionych dla przyjemności. Stąd obowiązkowe dla mnie cudzysłowy przy określeniu 'prawdziwy' model. O niuansach związanych z budowaniem modeli nie dla funu nie wiem zupełnie nic.
-
Mimo zamknięcia tematu odważę się jeszcze słówko. Powyższe rady nie są jedynym spojrzeniem na temat. Podkreślam, że odnoszę się tu jedynie do dorosłych modelarzy. Młodzież to inna sprawa. Wg mnie warto zastanowić się jakie modele chce się robić. Znaleźć takie, które uzna się za odzwierciedlenie swojego własnego ideału i zacząć dążyć do takich efektów. W tym momencie trzeba podjąć decyzję, jakie koszta będzie można znieść. Nie chodzi oczywiście o finanse. Chodzi o sposób pracy po drodze do celu. I tu wcale nie musi być tak, że kolejno trzeba wdrażać nowe elementy ale tylko po opanowaniu poprzednich. Dopiero gdy nauczysz się poprawnie obrabiać i sklejać części z zestawu, możesz myśleć o jakichś dodatkach; dopiero gdy idealnie będziesz kładł warstwę farby możesz zacząć myśleć o śladach eksploatacji... . Te zasady sprowadzają się do idei, że trzeba zbudować dziesiątki modeli, by dojść do 'wysokiego poziomu'. Można i tak, ale ja nie widzę w tym większego sensu. Zresztą, w ogóle to rzadko działa. Popatrz ile jest relacji z budowy modeli 'testowych' albo 'odstresowujących'. I jeszcze zerknij ile razy zdarzyło się, by ktoś zbudowawszy taki model do testów napisał w kolejnej relacji: OK, przetestowałem temat na poprzednim modelu, wiem co i jak i teraz robię model 'prawdziwy'; odstresowałem się poprzednim modelem i teraz silny psychicznie robię 'prawdziwy' model. Czegoś takiego nie widziałem nigdy. Bo to wszystko do kupy nie ma sensu. Po kiego grzyba robić cały model by przetestować jakąś metodę robienia śladów eksploatacji? Człowiek ani modelu porządnie nie zrobi, ani metody nie przetestuje na wskroś tylko zwyczajnie zobaczy co mu tam akurat wyjdzie. Niemal każdy element pracy nad modelem może być sprawdzony, przetestowany i przećwiczony obok modelu, na kawałku plastiku, starej wyprasce, szkiełku... . Nie ma żadnej technicznej przeszkody, by dorosły człowiek tak zorganizował sobie budowę modelu, aby praktycznie od razu wykonać dzieło na poziomie uznawanym na internetowych forach za poziom 'mistrzowski'. Oczywiście wspomniana organizacja, nauka poprzez próby 'na boku' to jest właśnie wspomniany wcześniej koszt. To bardzo przedłuża prace nad modelem i oddala moment obejrzenia skończonego dzieła. Chyba, że spojrzymy na sprawę w szerszej perspektywie i wtedy okaże się, że moment obejrzenia wykonanego przez nas dobrego modelu nastąpił niepomiernie szybciej niż w przypadku nauki przez kolejne modele. Bywa, że w tej drugiej wersji taki moment w ogóle nie następuje. Jeśli jednak ktoś miast zbudować dobry model koniecznie musi widzieć szybki efekt, nawet jeśli marny, to też nie znaczy, że nie może procesu przyspieszyć. Po diabła czekać z dodatkami, technikami malarskimi, skraczem? Ćwicząc poprawne klejenie elementów nie rozwijasz w najmniejszym stopniu innych spraw. Jeśli ktoś chce budować trochę bardziej zaawansowane modele niż sklejony zestaw pomalowany a'la lata sześćdziesiąte to nie ma na co czekać. Przecież na początku modele i tak będą marne. Owszem, pierwsze próby skraczu i różnych technik odtwarzania śladów eksploatacji skomasowane na nieporadnie sklejonym zestawie dadzą okropny efekt. Ale edukacyjnie będą miały taką samą wartość, jak takie same pierwsze próby wykonane za jakiś czas na zestawie sklejonym dobrze. Tyle, że zestaw będzie sklejony OK, a ślady eksploatacji będą okropne. W rezultacie model też będzie okropny tylko trochę mniej. A przecież można już było wcześniej nabrać doświadczenia w temacie. Te marnie wykonane modele to też jest wspomniany wcześniej koszt. Moim zdaniem niewielka różnica, czy model jest marny, czy jeszcze bardziej marny. Za to sytuacja, gdy fajny model pojawi się dużo szybciej to rzecz nie do pogardzenia. Dlatego uważam, że nie warto dusić w sobie takiej potrzeby: Na forach internetowych lansuje się wersję: synu, najpierw będziesz kreślił w naszych księgach literę 'k', a po pięciu latach, jeśli się sprawdzisz, pozwolimy ci napisać jakiś cały wyraz. Moim zdaniem przy dzisiejszym dostępie do informacji i materiałów warto zapomnieć o takim podejściu. Nie te czasy! W modelarstwie rzeczywiste problemy techniczne pojawiają się dopiero przy bardzo zaawansowanych budowach, niezmiernie rzadkich na forach internetowych, jak i zresztą w ogóle rzadkich. Na ogół wszystko to są proste czynności wymagające tylko odrobiny wprawy. Nie wiem czemu modelarze z nieco większym stażem zwykle zniechęcają początkujących do eksperymentów i odważnych działań, demonizując trudności związane z podstawową budową. Próbują wepchnąć świeżakow w kierat właściwy dla średniowiecznych kopistów. Obawa przed konkurencją? Odruchowe zawyżanie wartości 'swojej' dziedziny? Nie wiem. Moim zdaniem powinno być odwrotnie, a zachęta do nietuzinkowych działań winna być oczywistą reakcją na wszelkie znamiona takich prób. Wcale przecież nie takie częste, czyż nie? Jedyna trudna rzecz w modelarstwie to konsekwencja w utrzymaniu wyznaczonych sobie standardów. Nie ma to nic wspólnego z obrabianiem i malowaniem plastiku, zatem nie jest tu czas i miejsce by to rozwijać. Ale też bez tego nie powstanie dobry model, niezależnie jaką drogę się obierze i na jakie koszta się ugodzi.
-
Spitfire Mk. Vb EN951 J. Zumbacha 1:32 Hobby Boss + dodatki
greatgonzo odpowiedział karambolis8 → na temat → [L]Warsztat
A jednak! -
Supermarine Spitfire Mk Vb Airfix w skali 1:24
greatgonzo odpowiedział jawkers → na temat → [L]Galerie
Tu na zdjęciu akurat jest Griffon, nie Merlin. -
Chyba jednak będzie lepiej zerknąć na rzeczywisty obiekt.
-
Raczej wątpię, ale , jakby to ująć, taka dziura do baku. Zwyczajna, jak wszędzie.
-
Nie widziałem wspomnianych farb Mr.Hobby i nie wiem co zaleca Tamiya. Mit obeznania z tematem prysł ;).
-
To miłe, ale serio uwierz mi, że jest tu wielu znacznie, znacznie lepszych modelarzy niż ja i lepiej na nich się wzoruj. Na wyścigach jest takie powiedzenie, że najlepiej prosić o rady tych o dwie klasy lepszych od siebie. Ci szybsi o oczko ołgają cię bojąc się wyhodować konkurencję, a ci dużo bardziej zaawansowani nie zrozumieją twoich problemów, ani ty nie zrozumiesz ich rad .
-
W sensie, że ściana ogniowa za przedziałem wyposażenia? Bo ta to Indian red.
-
W silnikach F4U-1 nie stosowano turbosprężarek, o ile to masz na myśli.
-
Skoro już poruszyłem temat, to butle co2 srebrne, z dolną i górną półkopułą czarną.
-
Oj Tam zaraz na pewno. Jedynie wg Dana Bella, Williama Reece i Erection and Maintenance Instructions do F4U. Sprężarka jako element integralny z silnikiem malowana Engine Grey. Ale kanały powietrzne (u Ciebie YZC) jak wszystko dookoła (oprócz tych pokryw naturalnie) - Indian Red. Okapotowanie silnika od wewnątrz - Light Grey. Przy okazji - butla tlenowa czarna. Skrzynia panelu sterowania na lewej burcie raczej DDG, ale tu sam nie jestem do końca przekonany.
-
DDG tylko w kabinie. Za wręgą fotela Indian Red. Pokrywy przedziału sprężarki i osprzętu silnika Light Grey. Dukty powietrzne w tym przedziale Indian Red.
-
Nie do końca rozumiem. Wziąłeś żywiczny osprzęt różny od oryginału i zamontowałeś go do zestawowego silnika, żeby się do tego oryginału zbliżyć? Chyba chodzi o coś innego... . 32W to oczywiście właściwy silnik. Producentom modeli i dodatków zdarza się zapatrzeć na współczesne egzemplarze. Zdobycie oryginalnego silnika bywa kłopotliwe, a w przypadku egzemplarzy latających jego użycie bywa kłopotliwe i drogie. W rezultacie sporo warbirds w oryginale wyposażonych w R-2800 miało/ma zamontowane cywilne wersje tych silników. Bez porównania łatwiej dostępne i przyjaźniejsze w eksploatacji. Bezkrytycznie odtworzone w skali trafiły do modelarstwa, choć oczywiście taki np. cywilny R-2800 opisany jako silnik do F4U to w pewnym sensie prawda.
-
Dla ścisłości: -Silnik, który pokazałeś na zdjęciu nie był montowany w F4U-5. -Model 1/48 silnika jest niby OK, ale ten oryginalny, korsarzowy wyposażony był w zupełnie inny osprzęt. To jest model cywilnego silnika, nie wolny od pewnych błędów zresztą.
-
I masz jednego widza mniej ;).
-
Och, duża Katana. Jakże świeciły mi się kiedyś do niej oczy... . Marzenie spełnione tylko w połowie.
-
Jan Zumbach 303, Spitfire MKVb, MISTERCRAFT 1;72
greatgonzo odpowiedział eldiabllo → na temat → [L]Warsztat
Uroczy artykulik. Ale przy niewystarczająco krotochwilnym nastawieniu można zezgrzytać zęby do korzeni, także ostrożnie! -
Jeden pies. To generalnie ślepa uliczka w tworzeniu realistycznych zmian powłoki lakierniczej. Każda taka będzie, jeśli zaczniemy od techniki, a nie od rzeczywistego wyglądu oryginału. I dopiero do niego będziemy dobierać sposoby na efekt. Wszelkie proszki w tym celu mogą się ewentualnie nadać przy nakładaniu na mokro, ale to też raczej w połączeniu z innymi środkami i raczej inne środki i tak nadadzą się lepiej. Proszki mają wielki potencjał, gdy w połączeniu z innymi technikami mają podkreślić zmienność faktury i struktury miejscowych śladów eksploatacji. Albo ich fizyczna forma ma wpływać na zachowanie (kontrolowanie) innych wykorzystywanych środków. Ewentualnie przy pojedynczych konkretnych efektach. 'Na powierzchniach' będzie trudno, chyba że ta mikroskala zmieni układ odniesienia.
-
Supermarine Spitfire Mk.XVI - 1:48 Revell 04554
greatgonzo odpowiedział DP100 → na temat → [L]Warsztat
Jednakże ZF-M nie miał jeszcze modyfikacji, która zmieniała geometrię podwozia i wymuszała wprowadzenie przetłoczenia w górnym poszyciu skrzydła w miejscu gdzie chowało się koło. Zatem nie miał także nakładki wzmacniającej osłabione żeberko we wnęce koła. I, oczywiście, zachowywał 'wojenną' geometrię goleni podwozia głównego. Owiewka przy klapce krzywki mechanizmu wypuszczania klap zdecydowanie wyolbrzymiona i nie z tej strony klapki, co trzeba. Jeśli kiedyś ktoś odnajdzie MkXVI z pokrywami przedziałów Browningów 0.303 wciąż z przetłoczeniami to niech się nie zdziwi. Początkowo stosowano oryginalne pokrywy. Początkowo też zaklejano otwory na lufy normalnymi zaślepkami płóciennymi jak wcześniej i podobnie postępowano z otworami wyrzutników łusek i ogniw. -
Ja nie wiem, czy ten niepożądany efekt występuje ze względu na skalę. Natomiast na pewno może wystąpić w każdej skali, a w małej może być bardziej zauważalny. Może nie znaczy, że wystąpi i spytałem z ciekawości. Sam generalnie dmucham na zimne i staram się możliwie ograniczać lakierowane warstwy, szczególnie gdy w grę wchodzą laserunki i lakiery bezbarwne. Jest niczym innym jak tylko legenda twierdzenie, że pod kalkomanie trzeba dać bezbarwny połysk. Ja nigdy tego nie robię, podobnie jak nie stosuję podkładów. Kalkomania wymaga gładkiej powierzchni, nie lakieru. I, owszem, tryskając błyszczący klar idzie się właśnie w tym kierunku i im więcej się go pryśnie, tym gładsza będzie powierzchnia. To zdecydowanie pomaga w układaniu naklejek. Ja wolę jednak od początku dbać o jakość powłoki lakierniczej starannie nakładając cienkie warstwy farby i regularnie lekko szlifując powierzchnię na odpowiednich etapach, lub wręcz polerując ją tam gdzie trzeba. Choćby właśnie pod kalkomanie. Pastel można też próbować zachować (czytaj wywołać mniejsze straty) używając możliwie najmniejszego ciśnienia i nakładając możliwie mało lakieru na raz. Tak by zasychający lakier przyklejał drobiny, ale nie było go tyle, by te mogły się w nim przemieszczać.
-
Mówiłem... ;). Zawerniksowana pastel nie zmienia koloru. Jednak zalane lakierem drobinki proszku migrują. Część z nich może zostać zdmuchnięta aerografem. W efekcie może powstać wrażenie zmiany koloru, bo inny układ kolorowych drobinek da inny efekt optyczny. Ale głównie dochodzi do znikania delikatnych niuansów, gdzie proszek trzyma się bardzo słabo podłoża i podkreślenia mocniejszych fragmentów. Bardzo lubiłem pastel i namalowałem sporo obrazów tą techniką. Kwestia zmiany wyglądu po werniksie byłą rzeczą nie tyle kontrolowalną, co przewidywalną. Na farbie na modelu jest jeszcze trudniej niż na papierze. To co możesz zrobić to wspomagać efekty poprzez różnicowanie faktury powierzchni, na którą nakładasz pastel. Jednak przewidywanie, gdzie ma być bardziej matowo, a gdzie mniej to sztuka, którą trzeba by sobie wypracować doświadczeniem. No i trzeba stosować farby, które na starcie dadzą taką możliwość, np klasyczne Humbrole. Oczywiście można matować gładkie farby, ale stopniowe polerowanie jest jednak łatwiejsze. Generalnie samo zastosowanie farb jak te Humbrole powinno nieco pomóc, ale tylko w ograniczonym stopniu. W sumie Mission Impossible, ale mam nadzieję, że ludzie znający się na rzeczy będą mądrzejsi ode mnie . Czy w Twojej skali tak liczne warstwy nie będą już problemem? W sensie, że patrząc na model nie odniesie się wrażenia, że coś jest nie tak z powłoką lakierniczą?
-
Supermarine Spitfire Mk.XVI - 1:48 Revell 04554
greatgonzo odpowiedział DP100 → na temat → [L]Warsztat
W skrzydle E w komorze działek nie było pustej przestrzeni i nie stosowano zaślepek, bo obok działka montowano km 12mm. Końcówka skrzydła nie miała nic wspólnego z jego wersją. Niektóre modyfikacje skrzydła i nie tylko nastąpiły później niż w przypadku opisanego samolotu itd. Moim zdaniem lepiej usystematyzować tę budowę, albo trzymać się:
