Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 492
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. greatgonzo

    A6M2 Zero (Eduard 1/48)

    To jest kilka lat historii skomasowane w kilku zdaniach i tym samym niemal z definicji możliwa jest różna interpretacja. Mniej więcej na tym polegają owe kontrowersje. Choć wrażeniowy przekaz jest, moim zdaniem, nieco oderwaną od rzeczywistości kliszą, to da się to też rozumieć inaczej. Ale teraz, gdy podałeś źródło, czepiam się już nie Ciebie, tylko źródła. Zakładam, że to nie zredagowanie namieszało ;). Co prawda takie określenia jak radził sobie bardzo dobrze, czy duże sukcesy nie są jednoznaczne. Nie jestem tez pewien jakiego okresu dotyczy uwaga o służbie Zero w IJA, itd. Zatem czy zgadzasz się ze mną, że ze wstępniaka wynika, iż: - W początkowym okresie wojny (do wprowadzenia przez USA do służby myśliwców II generacji) Zero dominowało w walkach na Dalekim Wschodzie. - Zero służyło w IJA ponieważ dominowało osiągami nad samolotami armii. - Panujący w środowiskach japońskich decydentów mit o niezwyciężonym zero był istotnym czynnikiem w procesie logistycznym tworzenia i wprowadzania do służby nowych myśliwców. - Ze względu na niezdolność do wykonywania klasycznych zadań myśliwskich Zero zostało zdegradowane do wykonywania misji specjalnych (kamikaze). - Pojawienie się w lotnictwie USA taktyki wykorzystującej manewr pionowy było czynnikiem dokładającym się do upadku Zero. ? Bo jeśli się nie zgadzasz, to nie wiem czy będę w stanie pomóc :).
  2. Kwestia zacięcia modelarza. Mój MkII składał się z jakichś dwudziestu części. OK, licząc z kablem, wtyczką i stelażem. Swoją drogą celowniki, celownikami, ale stelaże w zestawach do budowy modeli i w gotowych modelach to jest temat na który należy spuścić zasłonę milczenia. Na moją autopromocję należy spojrzeć przez pryzmat tego, że jednak mówię o skali 1/48. Ale celowniki będą rozpoznawalne bez problemu i w 1/72. Nie ze względu na części, ale ze względu na charakterystyczne proporcje. Czy warto się w to angażować, to znów kwestia zacięcia modelarza. Na zdjęciu MkII jest z lewej. Z prawej MkII*. Jak się głębiej zastanowić, to te 5 zyli lepiej byłoby chyba postawić na powstały dla US Navy celownik MkVIII, ale różnice w wyglądzie MkVIII i brytyjskiego MkII są pomijalne.
  3. Magda oficjalnie oświadcza, że jest supozycją zdegustowana!
  4. Nie znam takiego źródła. Ale byłaby to chyba kniga porównywalna z dziełami Lenina. No dobra, z połową twórczości tego autora ;). Tych celowników było milion z pierdyliardem wariantów rozwojowych, a także do różnych zastosowań. Do samolotów myśliwskich, do różnych stanowisk samolotów wielozałogowych, do zastosowania poza lotnictwem. To sprawia, że nomenklatura jest w zasadzie nie do ogarnięcia dla normalnego człowieka. Jakaś zmiana w konstrukcji np. korpusu powodowała korektę nazwy. Taka zmiana mogła być i na ogół była niewidoczna z zewnątrz. Na korpusy nasadzano różne głowice, w zależności od potrzeb. Te głowice też podlegały modernizacjom i korektom nazw. Powstawały różne głowice, mające spełniać te same zadania i funkcja celowania bombami jest tu dobrym przykładem. W literaturze i materiałach (szczególnie modelarskich) pojawia się zatem problem podobny do tego z jakim mamy do czynienia w temacie śmigieł. Czym innym jest nazwa łopaty, czym innym nazwa piasty, a czym innym całego zespołu śmigła. Część oznaczeń danego elementu jest wspólna dla całej serii, część jest typowa tylko dla konkretnego wariantu i to się jeszcze w rożnych modelach zamienia. Ponieważ systematyzacja tematu jest okropnie upierdliwa, to informacje są niepełne i przypadkowe. W rezultacie modelarz dostaje informację, gdzie nazewnictwo jest stosowane niekonsekwentnie, zamiennie, losowo w sposób uproszczony, lub mega szczegółowy w zależności jaki fragment informacji udało się autorowi zdobyć, Mówię o śmigłach, bo to bardziej popularny temat i obrazuje co dzieje się z celownikami. Opracowania takie, jak podrzucił HKK są do znalezienia, ale to są bardziej rzeczy dla ludzi interesujących się konstrukcją i rozwojem celowników. Ciebie, jak pewnie większość modelarzy bardziej interesuje kwestia: jaki celownik montowano w danym samolocie i jak ów celownik wyglądał. Znalezienie materiałów o konkretnym urządzeniu nie powinno być większym problemem. Większy kłopot jest z ustaleniem czego szukać. Takiego opracowania też nie kojarzę. Wiedza na ten temat rozsiana jest fragmentarycznie po różnych publikacjach i wypowiedziach w sieci. Sam nie mam najmniejszego pojęcia o celownikach innych niż te stosowane w anglo amerykańskich myśliwcach. A w tej dziedzinie też pełnej wiedzy nie mam. Ale coś tam jest :). Żywiczne celowniki podrzucone przez HKK to są N-3, ale ze zwykłą głowicą. Głowica z peryskopem do bomb miała też, brakujące tu, pokrętło regulacyjne, które raczej wykluczało poduszkę. Wymagała też dodatkowego lusterka peryskopu montowanego do lusterka wstecznego. Gdy chodzi o Dowda, to po wgapianiu się w zdjęcia skłaniam się do brytyjskiego celownika Mk.II (nie mylić z Mk.II*; to wtręt w temacie nomenklatury, tę gwiazdkę łatwo zgubić, mnie też się zdarzało). Nie mam pewności, ale chyba jakiś farfocel w kabinie zmylił mnie sugerując, że to wysięgnik do lusterka peryskopu. Problem polega na tym, że oba rodzaje rozważanych tu celowników były używane w 325th FG. Ale co da się odczytać z kształtów na zdjęciach takich, jakie są sprawia, że postawiłbym nawet 5 zyli na Mk.II.
  5. greatgonzo

    A6M2 Zero (Eduard 1/48)

    Model prezentuje się całkiem całkiem. Dobra robota. Zainteresował mnie wstępniak historyczny, moim zdaniem wypełniony co najmniej kontrowersyjnymi tezami. Twój? Bo jeśli tylko skopiowany, to trudno od Ciebie oczekiwać obrony.
  6. Formalnie to się chyba nazywało N-3C z głowicą A-1, ale mogło mi się pomieszać, ta terminologia mnie dobija. W każdym razie N-3 z głowicą z lusterkiem do peryskopu do celowania bombami. Widać go nawet trochę na fotkach po kraksie, które tu zamieszczałem.
  7. Powiedziałbym, że jednak, chyba, raczej miały. Ale materiał zdjęciowy jest taki, że to trochę wróżby są. W ogóle praktyka pokazuje, że w takich sytuacjach (przemalowywanie) działania w temacie napisów i oznaczeń eksploatacyjnych były różne i niekoniecznie powtarzalne. Odtwarzanie kompletu oznaczeń to też raczej wyjątek.
  8. Tematu nie pamiętam :). Żółta limuzyna Łanowskiego to osobiste dziecko Kolachy. Nigel Julian opowiadał mi jak z Peterem Randallem mieli problemy, gdy ilustrował ich książkę. Musieli tłumaczyć ilustratorowi, że to nie on jest autorem. Z tą żółtą limuzyną też musieli się zmagać. Zresztą Nigel wielokrotnie krytycznie się o takiej interpretacji wyrażał. Kolacha ma tendencję do stawiania hipotezy i analizowania dokumentacji pod nią. Przy tym nie zaznacza jednoznacznie granicy między wiedzą, a spekulacją, albo nawet sztucznie ją przesuwa. Metoda nie jest miarodajna, ale do zapoznania się z jego argumentacją, oczywiście, zachęcam. Kiedyś miałem go w znajomych na FB, ale wywaliłem, bo ciągle wyświetlały mi się jego posty z jakimiś kompletnie absurdalnymi teoriami spiskowymi z różnych dziedzin. Z limuzyną nie ma to nic wspólnego, ale z metodologią, dziwnym trafem, szło w parze.
  9. Właśnie te dolne powierzchnie mnie zainteresowały. Generalnie malowanie spodu w jednostkach 8 AF było raczej wyjątkiem niż regułą. To jednak robota i czas, a w sumie fanaberia. Materiał zdjęciowy z 356th nie jest może bardzo obfity, ale da się znaleźć foty Bubbletopów ze spodem NMF. Lonesome Lee też sugeruje taką wersję, ale zdjęcie, które znam jest marne i w żądnym razie decydujące. Jednak malowanie spodów to w praktyce raczej rzecz typowa dla jednostki, nie pojedynczych samolotów. Tak się zainteresowałem, czy malowanie jest jakoś uzasadnione, ale też nic nie przesądzam. Do książek nie zaglądałem. Ale to Twoje Kagero przypomniało mi jedną rzecz. Jakbyś w planie miał tez Łanowskiego to uważaj na przedstawienia z żółtą limuzyną.
  10. Kto jest autorem? Mówisz, że jest tam kilka rzutów z góry tego egzemplarza?
  11. Co jest źródłem dla kolorystyki modelu?
  12. Nie ma czego się bać. Kolejny model Albatrosa nie będzie przecież wędrówką w nanoświat, ani też miniaturowy samolot nie odleci. Ten pierwszy model nie jest też świadectwem, że autor aspiruje do miejsca w składzie Avengersów. To przykład pokazujący co się może wydarzyć, gdy dorosły modelarz świadomie podejmie decyzję by zrobić świetny model i racjonalnie zaplanuje rzeczy, które należy zrobić, by plan się powiódł. Zwróćcie uwagę na kroki takie, jak zapisanie się na warsztaty, by zapoznać się dziedziną, o której ma się mgliste pojęcie. To przykład na to gdzie szukać istotnych rzeczy, stojących za powstawaniem dobrych modeli. Nie w modelarskim skillu technicznym, bo tu modelarstwo jest mało wymagające i nie w legendach kompletnie pozbawionych znaczenia, jak np. ta o za grubych palcach. Pewnie, że spodziewamy się czegoś nowego w kolejnych modelach Albatrosa. Może nowych wyzwań co do prezentacji, może większego rozbudowania sfery detali, może interesującego pomysłu na jakieś szczegóły itd. Ale nie kolejnych milowych kroków przesuwających modelarstwo w świat supernaturalny. A tak musiałoby być, bo MiG jest na tym, umownym najwyższym poziomie, który niekoniecznie oznacza, że musimy mieć do czynienia z najlepszym modelem ever, ale za to oznacza, że modelarz ma potencjał do wykonywania tego rodzaju modeli. Model podoba mi się bardzo, nie tylko sam w sobie, ale też jako żywe potwierdzenie tezy, że dobry model jest kwestią wyboru autora - nie kumulacją umiejętności nabywanych wraz z tworzeniem kolejnych prac, co jest fikcją, Wystarczy chcieć i rozumieć co owo chcenie znaczy. Nie trzeba, bo nie ma przymusu robienia dobrych modeli, ale wystarczy. Z jednym wyjątkiem. Swoboda i skuteczność, jaką Albatros przedstawia na polu kreowania realistycznego wrażenia obcowania z różnymi materiałami jest znakomita. I to materiałami nie tylko różnymi, ale też będącymi w różnym stanie. To zdradza, że nie jest to pierwszy kontakt autora z działaniami na polu artystycznym. I to jest rzecz, której nie da się załatwić krótkim kursem, a na pewno nie w modelarni. Można się tego nauczyć, ale to jest jednak inna droga. Można to też wypracować modelarsko, ale jednak raczej nie w pierwszym podejściu. Teoretycznie może się zdarzyć, że takie efekty są wynikiem korzystnych zdjęć, ale tu efekt jest zbyt powtarzalny i materiał zbyt różny, bo tak podejrzewać. Przy takim zacięciu do prezentacji rzeczywistości nie dziwi chęć realizowania przedstawień o charakterze dioramy. Model staje się wtedy bardziej malarski w charakterze i chodzi mi o dziedzinę sztuki, nie o modelarską manierę malowania. Dla mnie to szkoda, bo moja dziedzina modelarska leży gdzie indziej. Ale z drugiej strony znam modelarza, który nawet gwałcąc zasady modelarskiego rzemiosła, potrafił tworzyć scenki znakomite pod każdym względem, to może teraz będę znał drugiego :).
  13. Brak to brak. Każdemu modelowi czegoś brakuje. A problem z limuzyną mógłby ewentualnie wynikać z limuzynii. Ale takiej francy jeszcze nie znam. Wiatrochronia: modelarska przypadłość polegająca na doczepianiu do modelu wiatrochronu jak leci, bez refleksji nad tym jak się to ma do realizmu prezentacji. Objawy: łączenie wiatrochronu z kadłubem wyraźnie odbiegające jakością od standardu wykonania reszty modelu, tworzące efekt zgniłej wisienki na torcie. Uwaga: łatwo rozprzestrzeniająca się, nieleczona nie ustępuje samoistnie.
  14. To jest niuans i w modelu na żywo pewnie niedostrzegalny. Zdjęcia pokazują, że lotki nie stanowią przedłużenia profilu skrzydła, tylko są zadarte do góry. Minimalnie, ale dostrzegalnie. Ponieważ obie tak samo - wrażenie jest nienaturalne. Specyfika internetowej galerii. Nie sądzę, by było o co kruszyć kopie. W oczy bardziej kłuje przypadek modelarskiej wiatrochronii. Nawet gdyby z lotkami było rzeczywiście coś nie tak, to ta skutecznie odwróci od nich uwagę.
  15. Lufy Browningów w P-47 schowane były w osłonach blast tubes. Te były wykonane ze stali nierdzewnej, nie chromowane, choć w kontekście modelu - jeden pies. Blast tubes najczęściej pozostawały NMF, ale czasem je malowano. Lepiej zerknąć do dokumentacji.
  16. Może, choć w Atenach byłem chyba jeden dzień. Akurat, żeby rozczarować się Akropolem. Wtedy już zaczęli o niego dbać i wprowadzili ograniczenia co do turystycznej penetracji obiektu. Kiedy byliśmy tu kilka lat wcześniej na wakacjach z rodzicami, ganialiśmy się z siostrą po Partenonie. O Grecji wspominałem w wątku hobbystyczno - turystycznym. W czasie wyjazdu popracowaliśmy z przyjacielem jedno popołudnie przy pomidorach i mieliśmy parę drachm na zbyciu. Tylko naszym wyborem nie był ateński sklep modelarski, lecz taki z płytami. Zakupy skromne, bo drachm niewiele, a miejsca na płyty chyba jeszcze mniej. Moim pierwszym i oczywistym wyborem był krążek Brothers in Arms. Ale studencka praktyka w Grecji brzmi jak nietuzinkowe wydarzenie.
  17. Można by to zrzucać na karb przekłamania obiektywu, ale efekt widoczny jest na wszystkich. Niewielki, ale dostrzegalny.
  18. Między 85, a 89 byłem w Grecji i trzy razy w Niemcach. Kumple też jeździli, do Norwegii, Niemiec, Holandii... . Nie było z tym szczególnego problemu, poza koniecznością wypełnienia kryteriów związanych z uzyskaniem paszportu i wizy. Tylko przed pierwszym wyjazdem do Niemiec, przed wydaniem paszportu, zaproszono mnie na komisariat MO, gdzie taki jeden po cywilu wygłosił pogadankę o zagrożeniach czyhających na młodych ludzi na zachodzie. Sprowadzało się to do tego, by nie dać się zwerbować wrogim służbom, ale głównie by nie robić rzeczy, które mogłyby naszym służbom dać pretekst do wkroczenia. Szczęśliwie udało mi się studiować na tyle niekonwencjonalnie, że uniknąłem i szkolenia wojskowego w szkole i służby po niej. W wojsku byłem kilka razy, ale tylko na wycieczkach, jak ostatnio w Inowrocławiu, w ogólniaku w ramach PO, albo za dzieciaka na poligonie czołgowym koło Orzysza, gdzie tatowie mieli po znajomości okazję poprowadzić T-55, a my z kumplem powozić się w wieży. Tego typu sprawy. W sumie mój najbliższy kontakt ze służeniem w wojsku wspominam całkiem miło. Kumpli miałem głównie na Budowie Maszyn, Ja byłem na jakiejś dziekance, a oni właśnie mieli szkolenie wojskowe - co tydzień w piątek. We czwartki robiliśmy imprezę pożegnalną, bo koledzy szli do woja. W piątki imprezę powitalną, bo wracali :). A która to była płyta? Bo Brothers in Arms to 85 rok, a następnej jeszcze wtedy nie było. Knopfler absolutny Mega Gość. Widziałem go dwa razy. Oba koncerty znakomite!
  19. O, proszę, dobrze pamiętałem. W momencie zakupu zestawy wydawały mi się znakomite. Gdy je oddawałem miały już tylko wartość sentymentalną. Alternatywą dla Mustanga była Tamiya, a FW w ogóle mnie już nie interesował. Jeśli mowa o wątku, w którym piszemy, to gdy kupowałem ten zestaw PRL jeszcze był. Gdy przywoziłem go do domu - już nie bardzo :).
  20. Spisek kawaleryjski! Przy okazji, banalne malowanie rzecz względna. Ale Thunderbolty z SEAC to jest całkiem ciekawy temat do malarskich eksperymentów i niestandardowych prezentacji.
  21. Przemyśli, przemyśl! Francuza - pfff... . W modelu z galerii poprawić obecność wyimaginowanych zawiasów pokrywy przedziału uzbrojenia nie będzie raczej trudno. Ale kolor wnętrz to już pewnie gorzej.
  22. Wygląda, że nieprzypadkowo napisałeś dzięki :). Edukację z rosyjskiego zakończyłem w LO. Maturę chciałem koniecznie z angielskiego, bo było powiedziane, że na studia można zdawać tylko język, z którego ma się stopień na świadectwie maturalnym. U nas w ogólniaku angielskiego nie było i trzeba było zdawać co innego, ale nie rosyjski przecież! A na egzamin komisyjny z anglika trzeba było pojechać do Suwałk, żeby dopisać ten stopień do świadectwa. Na pierwszym roku studiów rosyjski był niby obowiązkowy, ale ludzie znaleźli jakieś kruczki programowe i zorganizowali grupę konwersacyjną z angielskiego, co pozwoliło uniknąć kontynuacji nauki języka ówczesnych wschodnich sąsiadów. Kilka lat później byłem w Niemczech. Mój pryncypał (mega człowiek i w ogóle mega środowisko, ale to inna historia) przygruchał sobie wtedy do pomocy człowieka z Rosji. Pomyślałem sobie, że może i człek stosował bierny bojkot na lekcjach rosyjskiego, ale jednak osiem lat na te lekcje chodził i chyba będzie w stanie dogadać się z rosyjskim człowiekiem w jego rodzimym języku. Nie dało rady. Przypominanie sobie słów było syzyfowym toczeniem kamienia za każdym razem. Dodatkowo trzeba było jeszcze przebijać się przez słówka angielskie i niemieckie, które same cisnęły się na usta. Ale gdyby wrzucić nas w rosyjskojęzyczne środowisko, myślę że i Ty i ja szybko przypomnielibyśmy sobie język tak by porozumiewać się bez wielkiego problemu. Gdyby się okazało, że ta P-39 była Airfixa, czy innego Froga też bym się nie zdziwił. Monogram nawet dobrze się wpasowuje, jako firma wówczas dość enigmatyczna. Z jednego z pobytów w Niemczech przywiozłem sobie pierwszy zestaw 1/48 - duopack z P-51 i FW-190. I to był chyba właśnie Monogram. To była moja wymarzona skala i w niej chciałem się odtąd poruszać. Ale okazało się, że to był ten moment, gdy o modelarstwie jeszcze myślałem, ale robić to już niekoniecznie. Rozpoczęła się klasyczna wieloletnia przerwa. Gdy się skończyła - zestaw nie był już atrakcyjny. Jak cały zachowany magazyn skończył jako podarek dla jakiejś modelarni.
  23. Moje miasto było za małe na takie bazarki. Ale pod koniec szkoły nastał dla mnie piękny czas. Raz w miesiącu jeździłem do Gdańska na lekcje rysunku. Zajęcia były w poniedziałek, co oznaczało zwolnienie ze szkoły. Wyjeżdżałem w piątek do siostry i szwagra, którzy studiowali na Polibudzie. Rodzice zaopatrywali mnie w kasę na wyjazd, żeby nie obciążać siostry. Suma była zupełnie z innej bajki niż kieszonkowe i mimo weekendu w wielkim mieście można było sporo wygospodarować. Zwłaszcza, że książki rodzice też zwykli refundować w granicach rozsądku. No to: studenckie klimaty, kino, jakaś knajpa, a w sobotę rano obowiązkowa wizyta na bazarku na Przymorzu, do którego miałem rzut beretem. Interesował mnie oczywiście pchli targ, gdzie na ogół można było tylko popatrzeć, ale czasem udawało się znaleźć jakąś płytę, książkę, czy coś modelarskiego do kupienia. Ale właśnie tam spotkałem się z modelem, który chyba ukształtował mnie modelarsko. Koleżka sprzedawał Airacobrę w 1/48. To był bodaj Revell, z pudełkową możliwością prezentacji silnika i uzbrojenia, z otwartymi drzwiami do kabiny. Bez widocznych łączeń elementów, pomalowany bez wyraźnych smug, matowymi farbami. O cenę nawet nie pytałem, bo po co? Ale koło stoiska stało kilka osób i koleżka opowiadał o samolocie sypiąc technicznymi detalami i anegdotami historycznymi. Nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać. To był modelarski ideał na żywo. Doskonały model prezentujący konstrukcję samolotu i autor wiedzący o tym wszystko. Model, gdyby pokazać go dzisiaj na forum przeszedłby pewnie zupełnie bez echa, opowieści autora brzmiałyby raczej jak naiwne przechwałki. Ale ja nawet nie jestem w stanie urealnić swojego wspomnienia. Zachwyt i zazdrość w nim zawarte są zbyt dominujące. W poniedziałek po południu pozostawało odbębnić dwie godziny rysowania i powoli można się było zbierać na pociąg do domu.Z bagażem wspomnień wspaniałego weekendu i z wizją min kolegów, gdy będę o nim opowiadał. Efekt gwarantowany, jak co trzy tygodnie :). Słówko o Tytusach, ale tu trzeba się cofnąć w czasie dużo dalej. Pierwsze kilka ksiąg znałem właściwie na wyrywki i kiedy gdzieś jechaliśmy z rodzicami, a droga się dłużyła, czasem czytałem siostrze komiks z pamięci. Poza pierwszą księgą. Pozostałe mieli wszyscy, ale to był jakiś pierdzielony biały kruk i tylko jeden kolega miał ją w posiadaniu. I nieprzypadkowo używam tego słowa, bo to było POSIADANIE. Co najmniej. Szło to od niego pożyczyć, ale typ przy tym zachowywał się jak udzielny cesarz. Nie, żeby pobierał jakieś gratyfikacje. Wystarczyła mu satysfakcja wynikająca z poczucia władzy, gdy mógł pławić się w szacunku jaki należało okazać, gdy chciało się mieć szansę na uzyskanie możliwości obcowania z początkiem przygód trójki harcerzy. Zresztą, akurat okazywanie tego szacunku nie było szczególnie trudne, bo przecież ktoś, kto miał w domu TAKĄ książkę miał też oczywiste do tego prawo. Okazywanie przychodziło całkiem naturalnie. Tomik pożyczany był rzadko, kolejka długa. Święto, gdy człowiek się w końcu doczekał było tak wielkie, że nie można się było nadziwić, iż zdarzeniu nie towarzyszą oficjalne obchody z pochodami i defiladą. Kiedy po latach stanąłem przed możliwością kupienia tego zeszytu - nie zdecydowałem się. Bo jak to? Mieć pierwszą księgę Tytusa w domu? To przecież nie uchodzi! I jakoś tak... nienaturalnie.
  24. greatgonzo

    Frajdolarzerka

  25. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Paletka do testowania rzeźbienia linii podziałowych w materiałach wypełniających szczelinę. Jest tu szpachlówka płynna Gunze mieszana z CA, pręcik z rozciągniętej ramki, trójkątna w przekroju sztanga z hipsu i masa z kleju Revella mieszanego z wiórami z ramki wypraski. Sprawdzaniu podlegały różne rzeczy i wygląd paletki nie był w żadnym razie celem. Ale jej istnienie uznano za warte pokazania: Różnice nie są wielkie. Do modelu trafi sztanga z hipsu, 4 Potem zwykłe szlifowanie. Z małym utrudnieniem w miejscu, gdzie na wyprasce odtworzone jest przestrzennie oprofilowanie skrzydło - gondola. Tu trzeba się postarać, by tego nie zatrzeć. Przy okazji okazało się, że z tyłu wnęki linia cięcia rozmija się z linią podziałową. To, oczywiście korzystna sytuacja, ale Gonzo to przegapił (bo nie ja przecież) i w tym miejscu też wykonał krawędziowanie łączenia. Tu rowek wypełni mieszanka szpachlówki i CA. Nakładana partiami, bo jak widać na próbkach, nakładanie na raz kończy się spektakularnym spękaniem. Szlifowanie i poprawki jeszcze potrwają. W międzyczasie warto zająć się innymi miejscami w gondoli, gdzie konieczne będą agresywne fizycznie działania. Tu zajmujemy się kawałkiem wręgi z tyłu wnęki podwozia. Trzeba wyciąć kawałek wypraski, by stworzyć przestrzeń do montażu elementu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.