-
Liczba zawartości
4 491 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
A sprawdzałeś, czy wyłączne używanie języka polskiego jest zgodne z regulaminem i założeniami forum? Bo może nie jest i wtedy niepotrzebnie się martwisz.
-
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
greatgonzo odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Można też zadać sobie pytanie, czy to sprawia przyjemność. Warto, bo pozytywna odpowiedź załatwi sprawę. A negatywna pokaże że już czas poszukać pomocy specjalisty :). -
Pewnie dostaniesz jakąś odpowiedź na to pytanie, ale po prawdzie to nie ma ono sensu. W modelarstwie istnieją takie mocno zdefiniowane terminy rozumiany jako etapy prac malarskich nad modelem. Z jednej strony takie uproszczenie jest zrozumiałe, ale z drugiej nieuchronnie prowadzi do sztampy, która ostatecznie tworzy coś, co można określić jako realizm modelarski, zrozumiały jedynie w środowisku i nie mający wiele wspólnego z realizmem realnym :). Filtr lepiej traktować jako barwny laserunek zmieniający wygląd modelu w danym miejscu i w danym celu. Takie laserunki mogą być różne w różnych miejscach tego samego modelu. W niektórych miejscach mogą być po prostu zbędne. Mogą być też nakładane różnym sposobem. Jeżeli gdzieś będziesz miał ten hipotetyczny kolor, to położysz przejrzystą warstwę pomarańczowego, gdy będziesz chciał go ocieplić, coś zielonkawego, by ochłodzić, jakiś błotnisty odcień by przybrudzić, coś biało szarego, bu postarzyć itd. Możesz użyć też gotowych chemikaliów, jak np. patyny, by uzyskać jakiś efekt. Ogólnie laserunki z zasady raczej trzymają się gamy kolorystycznej podkładu. Kontrastowy kolor będzie tu bardziej ryzykowny. Ale też nie ma tak, że nie może dać pożądanego efektu, choć powinien dać fajny efekt estetyczny. Pożądanego, bo wszystkie tego typu działania powinny być podporządkowane efektowi, jaki planujemy osiągnąć. Najpierw mamy cel, a potem dopasowujemy technikę. Nie, że mamy instrukcję i patrzymy co wyjdzie. To, oczywiście, wymaga zaznajomienia się z oddziaływaniem kolorów na siebie nawzajem. I to można osiągnąć jedynie przez próby i eksperymenty - czyli jednak robimy i patrzymy co wyjdzie :). Jednak to w celu poznania, zrozumienia i nabycia w przyszłości swobody w malowaniu. Ale jeżeli to co napisałem uznasz za nieprzydatne, to może ktoś pojawi się z instrukcją.
-
Może być o slidzikach. Przynajmniej rozmowa się klei :).
-
Szkoda. Spróbuj mnie powstrzymać.
-
Tobie niezręcznie innemu radość. Empatycznym być należy. Ale na objawy uwielbienia też jestem otwarty.
-
Nieco nachalnie zaafiszuję się i tu. Ktoś w ogóle planuje być, czy temat zbyt wydumany? W Olsztynie będę podpisany na koszulce, także jeśli ktoś chciałby wytłumaczyć mi, jakim to jestem burakiem - zapraszam :).
-
Szkiełko nie w tym kształcie i nie w tym miejscu.
-
Projekt "Bałałajka" czyli MiG 21, Revell, Zvezda, Kp, Eduard, Modelsvit; 1/72
greatgonzo odpowiedział abtb → na temat → [L]Warsztat
Blaski i cienie kolekcji... . -
Projekt "Bałałajka" czyli MiG 21, Revell, Zvezda, Kp, Eduard, Modelsvit; 1/72
greatgonzo odpowiedział abtb → na temat → [L]Warsztat
Wodzu, co wódz! Producenci dodatków modelarskich nie przestają mnie zadziwiać. Ta niezbędna inwestycja to jaki jest piniądz? -
Z jednej strony masz rację. Z drugiej to jest kwestia przywiązania do tematyki. Przy płacie i skrzydle też bym zaciskał pięści. Przy czcionce mi tak nie zależy. Inni nakichają na płat i skrzydło. ktoś, kiedyś ceniąc sobie wiszące, sznurkowe ozdoby ubrań, draperii, czy rzędów końskich nie klaskał, gdy słowo kutas zaczęło ograniczać się tylko do jednego znaczenia. Ale zająć stanowiska w dylemacie skrzydło/płat nie miał nawet jak i musiał na to długo poczekać. W ogólnym sensie język ewoluuje na wszystkich polach i dostosowuje się do zmieniającego się świata. Zubożeje w jednych dziedzinach, rozrośnie się w innych. Czasem masowo, czasem lokalnie. Zakładając ciągłe istnienie forum - będziemy tutaj rozróżniać płat i skrzydło długo po tym, jak cała reszta zapomni o tej różnicy. I będziemy przeżywać nasze lokalne dramaty, gdy owiewka stanie się już ostatecznie słowem wytrychem zastępującym nazwy wszystkich aerodynamicznych osłon od czubka kołpaka (znaczy się owiewki z przodu :) po trymer steru kierunku. Takie subiektywizmy w dowolnej skali, od jednego typa po duże grupy typów są naturalnym elementem kształtującym język, który nie jest nigdy określonym, zdefiniowanym, pozbawionym sprzeczności tworem. Czcionka, krój, font. Brak rozróżnienia - język zubożał. Trzy słowa zamiast dwóch - wzbogacił się. Dla jednego strata, dla innego zysk. Tu biedniej, tam bogato. Oto język.
-
Dlaczego niesłusznymi? Język jest jak rzeka. Sam meandruje i kijem nie zatrzymasz. Te trzy słowa w języku polskim są wymienne i moim zdaniem zupełnie bezboleśnie. Zupełnie zrozumiałe i czytelne w zależności od kontekstu.
-
Z tym, że font i czcionka w tym żywym języku są teraz wymienne. Ale czym był krój liter na PWSie, bo przecież zecer nic tam nie składał?
-
Wróciłem do tej galerii pod wpływem modelu odrzutowca Heinkla. Fryc prezentuje się bardzo fajnie i chciałem sprawdzić, czy po czasie B-26 wciąż mi się też podoba. Specjalnie nic tu nie pisałem zaraz po prezentacji, bo forumowa rzeczywistość jest taka, że nawet najwspanialszy warsztat trwający bardzo długo kończy się galerią, w której, jak dobrze pójdzie, to ludzie wpisują się przez trzy dni i galeria idzie w zapomnienie. Są modele, w przypadku których to jest nie fair. Biegu świata nie odwrócę, ale pomyślałem sobie, że choć w tym jednym w przypadku modelu Maraudera mogę nagrodzić autora wpisem po długim czasie. Zakładam, że takie przedłużenie życia galerii jest dla autora przyjemnością. Coś jest w tych Twoich modelach, że często prezentują się bardzo przekonująco. Nie są to może przełomowe modelarskie wydarzenia, ale bardzo solidne budowy, z interesującymi szczegółami i pomalowane z wyczuciem tematu. Z dużą przyjemnością się na nie patrzy. Pamiętam frajdę, jaką miałem gdy pierwszy raz otworzyłem tę galerię. Good job!
-
Okazuje się, że to co napisałem może nawet nie jest zlepkiem powszechnie znanych truizmów. Dorzucę zatem jeszcze parę słów o Zero, które być może uzupełnią zgrubnie poruszone wyżej rzeczy. Zalety samolotu są powszechnie znane i na nich opiera się mit Zero. Ale zalety te były okupione istotnymi wadami, które sprawiały, że w praktyce samolot nie zapewniał owej mitycznej przewagi. Zasadniczą wadą był słaby silnik, dodatkowo ograniczający pułap operacyjny. W zasadzie słynna lekkość konstrukcji była tego konsekwencją, bo samolot z wszystkimi dobrodziejstwami ówczesnego świata, gdy chodzi o sferę obrony biernej straciłby swoje zalety zachowując wszystkie wady. Mocy nie oszukasz i prawie półtorej tony cięższy Wildcat, z wyraźnie mniej finezyjną aerodynamiką latał tak samo szybko. Ta finezja konstrukcji też niekoniecznie jest zaletą masowo produkowanego sprzętu wojskowego i skutkuje problemami lepiej znanymi choćby w temacie niemieckiej broni pancernej z okresu i nie tylko. Poświęcenie opancerzenia, czy samouszczelniania zbiorników gdzie indziej zdyskwalifikowałoby samolot, ale w Japonii to był naturalny krok. I nie dlatego, że wpajana od najmłodszych lat pogarda śmierci, czy wręcz jej gloryfikacja sprawiała, że elementy chroniące życie uważano za niehonorowe (taką wersję zdarzało mi się spotkać). Owszem, ta filozofia ułatwiała pilotom akceptować sytuację, Ale u podstaw decyzji dotyczących konstrukcji samolotu stała skrajnie ofensywna doktryna Kido Butai, wpisująca się w japońską doktrynę w ogóle. Jak cały zespół lotniskowców, Zero miał służyć do ataku i jego właściwości obronne miały drugorzędne znaczenie. Oprócz tego samolot wyraźnie gorzej manewrował w prawo niż w lewo, a przy prędkości ponad 300 km/h zaczynały usztywniać się stery. Z założenia, w celu ochrony konstrukcji skrzydeł. W rezultacie w przypadku manewrów na prędkości sytuacja się diametralnie odwracała i to Zero stawał się nieruchawą krową wobec amerykańskiego przeciwnika. Do tego dochodziła jeszcze bardzo niska prędkość nieprzekraczalna. Też mało istotny szczegół w działaniach ofensywnych, ale gdy trzeba się bronić... . W klasycznej walce manewrowej, gdzie prędkości są relatywnie niskie japoński myśliwiec był poważnym problemem. Ale gdy problem rozpoznano sytuacja wróciła do standardowego stanu, gdzie o wyniku starcia decyduje to, kto pierwszy zobaczy przeciwnika i uzyska wyjściową przewagę taktyczną. Pamiętajmy, że rozmawiamy tu o konfrontacji myśliwce na myśliwce, co jest tylko fragmentem zespołu działań grupy uderzeniowej lotniskowców. Gdy spojrzymy na problem w takiej skali, to jakie Zero by nie było, nie sposób będzie dyskutować z faktem, że do końca 1942 roku nie było na świecie konkurencji dla potencjału jaki reprezentował sobą Kido Butai.
-
Zadajemy pytania... Dostajemy odpowiedzi i pomoc...
greatgonzo odpowiedział krzychu-onisk → na temat → [L]Warsztat
Cellon to tak. Ale to chyba jednak potocznie, bo cellon, to rzecz stała na bazie której tworzy się lakiery ( bo u nas chyba tak się to nazywa). A jak się pojawia lakier to i różne chemikalia wchodzą w skład i amerykański cellulose nitrate sprzed prawie wieku, choć na jednakiej bazie, nie musi być zupełnie identyczny, jak nasz cellon. A i ten nasz pewnie niekoniecznie każdy ma identyczny skład. -
Zadajemy pytania... Dostajemy odpowiedzi i pomoc...
greatgonzo odpowiedział krzychu-onisk → na temat → [L]Warsztat
ZC na płótnie raczej nie miałby sensu. A szastanie deficytowym materiałem mogło się skończyć dopisaniem do raportu Trumana ;). Bezbarwny impregnat nitrocelulozowy, czy jak się tam cellulose nitrate dope tłumaczy. -
Przewożenie sklejonych modeli- prośba o ponysly
greatgonzo odpowiedział Sułtan → na temat → Fotografowanie modeli i wstawianie zdjęć na forum
U Andrzeja Ziobera model i gablota są zintegrowaną, nierozbieralną całością. Plus dedykowane pudło transportowe. Ja tak daleko, z różnych względów, się nie posunąłem. Ale gablota jest szklana - nie rysuje się nie matowieje. Także waży, co mam nadzieję, jest jakimś buforem przed nadmiernym entuzjazmem ewentualnych przestawiaczy :). Organizator niby powinien dołożyć starań, by uchronić wystawione modele przed uszkodzeniem. Ale nie musi, kto mu zabroni to olać? Z drugiej strony trzeba też zrozumieć, że organizator ma różne ograniczenia organizacyjne, a w dodatku zmuszony jest łączyć sprzeczne potrzeby. Ostatecznie, jak modelarz sam nie zadba o swój model, to czego może oczekiwać? -
Przewożenie sklejonych modeli- prośba o ponysly
greatgonzo odpowiedział Sułtan → na temat → Fotografowanie modeli i wstawianie zdjęć na forum
To, nie moja sprawa w sumie. Ostatnio z kumplem patrzyliśmy na stoły konkursowe z modelami i zgodnie nie mogliśmy się nadziwić, że niemal wszystkie prezentowane są tak po prostu. Nam, nawet, gdyby to były zwykłe modele z pudła byłoby szkoda, gdyby coś. Niemal na każdym festiwalu, gdy przychodzi się na drugi dzień można przywitać się ze smutnym obrazkiem leżącego na stole połamanego modelu. To jest statystyka. Ktoś nie dopilnuje dziecka, zapomni, że aparat wisi mu na szyi, potknie się, a o panach wczorajszych wodzących niepewnymi palcami tuż przy modelach to nawet nie wspominam. Co prawda niby zawsze to jest czyjś model, nie mój. Chyba, ze akurat tym razem nie jest. Jak model powstał w dwa tygodnie, to nie wiem, może i nie warto się przejmować. A już tak wycyzelowana miniatura, narażona na łaskę losu, to ... nie daj boże! Ja nie wyobrażam sobie postawienia na stole konkursowym modelu inaczej, niż oddzielonego od świata gablotą. I z wyraźną informacją o tym, że model nie jest przytwierdzony do podstawy. Nawet jeśli model jest związany z podstawą na tyle, że wytrzymuje to delikatny transport samochodem. A o takie związanie dbam, bo nawet jeśli organizatorzy zapewniają, że model postawiony na stole nie będzie już dotykany, to trzeba się liczyć z tym, że w zapewnieniu zabrakło słowa 'raczej'. W większości przypadków można usłyszeć, że nie ma się czym martwić, bo ludzie, którzy będą przestawiać modele wiedzą co robią. Mnie po takim zapewnieniu przechodzi dreszcz i wstają włosy na plecach. Ale mówię, nie mnie decydować, jak ktoś ceni swoje dzieło. -
Przewożenie sklejonych modeli- prośba o ponysly
greatgonzo odpowiedział Sułtan → na temat → Fotografowanie modeli i wstawianie zdjęć na forum
A jak go będziesz prezentował? -
Rożnym sprzętom z okresu towarzyszy sporo mitów. I, przynajmniej gdy chodzi o samoloty , wiele z nich powstało już po zakończeniu wojny. Niektóre rozdmuchiwały media w czasie konfliktu. Jednym z popularniejszych są nośne nazwy, rzekomo nadawane samolotom przez przerażonych ich skutecznością przeciwników. Co drugi samolot szczyci się takim przydomkiem i bodaj zawsze wyssanym z palca. W dodatku niezbyt kreatywnie, bo co rusz pojawia się jakaś gwiżdżąca śmierć. Ale to już się robi zupełnie inny temat.
-
Tak to się nie da, Rozwój celowników szedł swoją własną drogą i w jakimś stopniu celowniki były też zadaniowe. To trochę jak z radiem - nie istnieje coś takiego jak celownik typowy dla danej wersji samolotu. Zmiana celownika mogła nastąpić na linii produkcyjnej, albo już w użytkowaniu. Dla przykładu weźmy takiego garbatego Mustanga. W1944 ze świecą szukać egzemplarza, który miałby fabryczny celownik w Anglii. Na Dalekim Wschodzie wręcz przeciwnie - brak podmianek. A na MTO, jak w tym wątku - różne różności. Mogło się zdarzyć, że ze względu na czas przebywania w służbie taki samolot jak P-35, czy P-43 miał przypisany tylko jeden celownik dla wszystkich istniejących egzemplarzy, ale ja tego z głowy nie wiem. Te typy znajdują się jedynie na peryferiach moich zainteresowań i niekoniecznie powinienem być właściwym adresatem pytania.. Standardem powinno być raczej określenie konkretnego egzemplarza i sprawdzanie jaki celownik, czy po prawdzie, dowolny element wyposażenia towarzyszył mu w danym okresie służby. A w ogóle, jeśli ktoś odniósł wrażenie, że wiem wszystko o celownikach to jest w głębokim mylnym błędzie :). Przy okazji i w ogóle, moim zdaniem, gdy szuka się pomocy w takich sprawach, jest fair gdy zwolni się pomocanta z wykonywania roboty, którą jest się w stanie zrobić samemu. Zebranie i przedstawienie danych wyjściowych nie powinno być dla pytającego większym problemem: Typ, serial, jednostka, pilot, czas. Nie mówię, żeby koniecznie zawsze mieć wszystko. Jak nie wiadomo, to nie wiadomo. Ale zebrać do kupy co się ma chyba nie jest czymś strasznym. A na zdjęciu powyżej są cztery celowniki. Jeden z nich jest w dziesięciu permutacjach czterech elementów osprzętu.
-
Zostawmy zatem na boku wstępniak i zajmijmy się samymi tezami, nie wnikając już w wynikanie. Moje doświadczenia z historią mówią, że sytuacje gdy można stwierdzić z cała pewnością, że coś jest nieprawdziwe są niezwykle rzadkie i zwykle takie twierdzenie jest bardzo ryzykowne. Najwięksi specjaliści tematu potrafią wchodzić ze sobą w spór interpretując historyczne wydarzenia. Pamiętając o tym: - W początkowym okresie wojny (do wprowadzenia przez USA do służby myśliwców II generacji) Zero dominowało w walkach na Dalekim Wschodzie. Nie wiem jak można obronić tę tezę. Wszystkie konfrontacje lotnictwa IJN z lotnictwem wojskowym USA mają charakter wyrównanego starcia. Zwykle zakończonego strategicznym sukcesem Amerykanów. Nie kojarzę żadnego pogromu amerykańskich myśliwców, a w globalnej skali nic takiego nie istniało. Od Pearl Harbour (gdzie starcia lotniczego w zasadzie nie było) po Gudalcanal z bitwami lotniskowców, Nową Gwineę i dalej Salomony trudno wskazać jakąś istotną przewagę konkretnego typu samolotu walczących stron. Poza może P-38, który był jednak przedwczesnym myśliwcem II generacji. Początkowy szok, gdy okazało się, że Japończycy dysponują A6M nie polegał na tym, że trzeba się było strzelać z jakimś supersamolotem, tylko na tym, że amerykańscy piloci nie spodziewali się, iż przyjdzie im mierzyć się z myśliwcem tej klasy. Spodziewano się gorszego samolotu jako przeciwnika. Obstawiam, że znacznie większy udział w problemie niż parametry Zera, miała jakość wyszkolenia pilotów IJN. Coś, czego lotnicy z USA nie zakładali w ogóle i za fakt przyjmowali swoją przewagę w tym aspekcie. F4F nie były gorsze. Były inne. I to działało w dwie strony. Żaden z przeciwników nie był w stanie zniwelować jakością samolotu niekorzystniej sytuacji taktycznej . Myśliwce II generacji też nie pozwoliły Amerykanom wyeliminować tego problemu. Co najwyżej nieco go zmniejszyły. Efekt bicza w lotnictwie myśliwskim przeminął wraz z pierwszowojennym Fokkerem EI. Nie przywróciły go do życia nawet odrzutowce Luftwaffe, a co dopiero skromne Zero. - Zero służyło w IJA ponieważ dominowało osiągami nad samolotami armii. Jeżeli teza dotyczy okresu przed przystąpieniem USA do wojny: Tu nie wiem. Teza jest kontrowersyjna, bo generalnie nie kojarzę sytuacji, gdzie to decydowałoby o wyposażeniu jednostek innej służby. Szczególnie w warunkach Cesarstwa Japońskiego owego okresu, gdzie rywalizacja miedzy armią i marynarką przynosiła kompletnie absurdalne rezultaty. Niedopuszczenie przez ośrodki wpływowe marynarki wykorzystywania myśliwca morskiego przez jednostki armii i jednoczesny stanowczy sprzeciw ośrodków wpływu armii na taką sytuację, byłyby czymś spodziewanym. Także tu byłbym zaskoczony i oczekiwałbym od kogoś, kto głosi tę tezę uzasadnienia jej. Ja nie potrafię zająć wiążącego stanowiska, z braku wiedzy. Jeżeli teza dotyczy także późniejszego okresu: No to nie. Nowe myśliwce armii przewyższały Zero i osiągami i ogólną przydatnością do wykonywanych zadań. Tu chyba trudno się spierać. - Panujący w środowiskach japońskich decydentów mit o niezwyciężonym zero był istotnym czynnikiem w procesie logistycznym tworzenia i wprowadzania do służby nowych myśliwców. Po prawdzie, gdybym musiał wymienić jakieś miejsce, gdzie taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa, to pewnie padłoby na drugowojenną Japonię. Ale to wciąż jest sytuacja tak absurdalna logistycznie, że zrobiłbym to z musu. Już sam mit jest wątpliwy, bo choć Japończycy byli mistrzami świata i Czechosłowacji w przeszacowywaniu sukcesów swoich operacji, to jednak dobrze policzyć swoje własne straty umieli. Nie żeby mieliby to koniecznie zaraz uświadamiać społeczeństwu i żołnierzom, ale ośrodki decyzyjne znały sytuację. Nawet jeśli piloci mogli uwielbiać swoje Zera i żywić przekonanie o ich doskonałości, to pamiętajmy, że piloci już tak mają, że każda pliszka... . Gdy w okolicach Bitwy o Brytanię Luftwaffe dostała do testów zdobycznego Spitfire'a, a RAF mógł potestować Me-109 obie strony doszły do wniosku, że ich myśliwce są w oczywisty sposób lepsze. Dla przykładu Niemcy stwierdzili, że gaźnikowe zasilanie Merlina, powodujące odcięcie dopływu paliwa w locie odwróconym dyskwalifikuje Spitfire jako myśliwiec. Brytyjczycy wspomnieli, że wprawdzie brak takiego odcięcia w silniku z wtryskiem jest fajny, ale w sumie to nieistotny szczegół. Nie przeszkodziło im to wprowadzić do służby symetryczny gaźnik, radzący sobie z tym problemem :). Piloci 4th FG, wywodzący się z Eagle Squadrons latających na Spitach, nigdy nie pogodzili się z koniecznością służby na P-47 i jako wybawienie przyjęli przezbrojenie na Mustangi - też takie Spitfire, tylko własne, amerykańskie. Za to piloci 56th FG nie wyobrażali sobie porzucenia swoich Thunderboltów, towarzyszących im od początku służby na rzecz durnego P-51 i de facto wymusili uruchomienie szczątkowej produkcji myśliwca, w zasadzie już odstrzelonego przez Wright Field i z pozamykanymi kontraktami. Podobnie było w 5th AF, gdy zabrakło Lightningów i piloci jednostek 49th FG musieli przesiąść się z P-38 na P-47. Dopóki Lightningi nie powróciły na wyposażenie, przeżywali jakiś koszmar. Za to panowie z z 348th, którzy przywieźli ze sobą Thunderbolty z Zionu, za punkt honoru postawili sobie udowodnić światu, że ich ukochane samoloty sprawują się znakomicie i że w Lightningach nie ma żadnej magii. Saburo Sakai, już dużo po wojnie twierdził, że Zero był myśliwcem znakomitym, bo o jakości takiego samolotu decyduje zasięg. Najlepszy samolot bez benzyny jest nic nie wart, a fenomenalny zasięg Zero dawał pilotom komfort, który miał jakoś przekładać się na skuteczność w walce. Wg niego lotnicy Luftwaffe, gdyby mieli taką możliwość, natychmiast przesiedliby się na A6M ze swoich sto dziewiątek. Ale jakoś wątpię, by byli oni szczególnie zachwyceni, gdyby dowiedzieli się, że za możliwość dłuższego operowania na d Anglią będą musieli zrezygnować z prędkości maksymalnej, pułapu, samouszczelniających się zbiorników i opancerzenia. Nie widzę też żadnego pilota Wildcata przyjmującego taka ofertę. Można zrozumieć Saburo zmuszonego okolicznościami do latania nad bezkresem oceanu bez takich dobrodziejstw jak radar i wyszkolonego w duchu japońskiej doktryny, w którą myśliwiec Mitsubishi wpasowywał się znakomicie i w której nieco inne rzeczy miały znaczenie. Ale w miejscach, gdzie zapadają decyzje o produkcji samolotów takie spory są bez znaczenia. Decyduje oprócz doktryny, statystyka i ekonomia. Sytuacja, gdy można wprowadzić do służby lepsze narzędzie, ale wstrzymuje się towarzyszący temu proces bo stare jest dość dobre pojawia się jedynie w bardzo określonych okolicznościach np. totalnej przewagi nad przeciwnikiem. Nie gdy narzędzie wciąż spada do wody, a przeciwnik wygrywa wszystkie kolejne starcia. Jeśli jednak wJaponii było inaczej, w duchu pierwszego zdania w tym paragrafie, to chętnie się dowiem skąd to wiadomo. - Ze względu na niezdolność do wykonywania klasycznych zadań myśliwskich Zero zostało zdegradowane do wykonywania misji specjalnych (kamikaze). Jak wspomniałem nawet myśliwce II generacji nie dawały przewagi osiągów pozwalających zniwelować przewagę taktyczną przeciwnika. Zero do końca pełnił służbę myśliwską. Nie bardzo mógł działać jako klasyczny myśliwiec marynarki, bo nie bardzo istniała marynarka, w której mógłby służyć i nie za bardzo kto miał taką służbę pełnić, niezależnie od wykorzystywanego samolotu. Misje specjalne, choć cywilizacyjnie nam obce, miały całkiem sensowne uzasadnienie statystyczne. I chociaż Japończycy przeznaczali do nich niemal wszystko co było się w stanie unieść w powietrze ( zresztą nie tylko ), to trzeba przyznać, że taki samolot jak Zero świetnie się do takiego zadania nadawał. Obciążenie bombą nie ograniczało znacząco zasięgu, a myśliwska charakterystyka zwiększała szansę na przedarcie się przez strefy amerykańskiej obrony. Oczywiście, gdy był wybór, to Zero leciało z bombą w samobójczej misji, a lepsze samoloty stanowiły osłonę. Ale to nie znaczy, że już nie było zdolne działać jako myśliwiec. To się wciąż zdarzało. W jakimś sensie teza jest słuszna, ale wg mnie wymaga przynajmniej komentarza. - Pojawienie się w lotnictwie USA taktyki wykorzystującej manewr pionowy było czynnikiem dokładającym się do upadku Zero. Myśliwce są lepsze w jakimś aspekcie, gorsze w innym. Wszystkie. Taktykę działań dostosowuje się do możliwości swoich i przeciwnika. Nikt nie będzie dążył do starcia na warunkach dla przeciwnika korzystnych i każdy będzie starał się doprowadzić do sytuacji, gdy będzie miał przewagę. To jest jak, gdy ja z toporem, a ty z mieczem. Ja będę chciał przywalić ci z zamachem, a ty ustawić się tak, żeby mnie sztychem. Nie odwrotnie przecież! Gdy w międzywojniu doszło do pokazowej walki Hurricane'a z Camelem to starcie zakończyło się spektakularnym zwycięstwem Camela. No pewnie, że tak! Jak miał się skończyć taki pokazowy dogfight.? Gdyby spotkaniu nadać realny charakter, to o żadnym pokazie nie mogłoby być mowy, bo Hurry tylko czaiłby się w górze, żeby zwalić się na dwupłata i w żadne manewry by się nie angażował. Wykorzystanie manewru pionowego to naturalne zastosowanie przewag swojego samolotu i unikanie przewag wroga. W drugą stronę działało to przecież tak samo i Japończycy nie mieli nic przeciwko wciąganiu przeciwnika w pojedynki manewrowe. Twierdzić, że manewr pionowy pojawił się jako specjalna taktyka na zero, to jak mówić, że piloci Luftwaffe wymyślili specjalną taktykę, która przyczyniła się do upadku Defianta, jako myśliwca, a polegającą na zrezygnowaniu z klasycznego atakowania formacji tych samolotów z tyłu z przewyższenia. Przy czym Defianty, w przeciwieństwie do Zero mogą się pochwalić konkretnym sukcesem w starciu z Messerschmittami. Jednym, ale spektakularnym. Jeżeli nie pchanie się pod lufy strzelców Boulton Paulów nazwiemy pojawieniem się taktyki będącej czynnikiem dokładającym się do upadku Defianta, to OK i z tezą dotyczącą Zero się zgodzę. Tylko dodam jeszcze, że taktykę stosowano, gdy się udało. A gdy się nie udało, to strzelano się na warunkach jakie były. A nie zawsze się udawało. Gdy pojawiły się nowe myśliwce udawało się łatwiej. Ale to nowe samoloty sprawiły, że oczywiste od zawsze założenia łatwiej było wprowadzić w życie. Poza tym nie była to jedyna odpowiedź na mierzenie się z Japończykami. Np. słynna przeplatanka Thacha, która z manewrem pionowym nie miała nic wspólnego. No może poza tym, że też celem jej było zniwelowanie przewagi taktycznej przeciwnika. Zero, czy cokolwiek byłoby akurat problemem.
-
Dla takiego celownika warto się udostępnić.
-
To jest kilka lat historii skomasowane w kilku zdaniach i tym samym niemal z definicji możliwa jest różna interpretacja. Mniej więcej na tym polegają owe kontrowersje. Choć wrażeniowy przekaz jest, moim zdaniem, nieco oderwaną od rzeczywistości kliszą, to da się to też rozumieć inaczej. Ale teraz, gdy podałeś źródło, czepiam się już nie Ciebie, tylko źródła. Zakładam, że to nie zredagowanie namieszało ;). Co prawda takie określenia jak radził sobie bardzo dobrze, czy duże sukcesy nie są jednoznaczne. Nie jestem tez pewien jakiego okresu dotyczy uwaga o służbie Zero w IJA, itd. Zatem czy zgadzasz się ze mną, że ze wstępniaka wynika, iż: - W początkowym okresie wojny (do wprowadzenia przez USA do służby myśliwców II generacji) Zero dominowało w walkach na Dalekim Wschodzie. - Zero służyło w IJA ponieważ dominowało osiągami nad samolotami armii. - Panujący w środowiskach japońskich decydentów mit o niezwyciężonym zero był istotnym czynnikiem w procesie logistycznym tworzenia i wprowadzania do służby nowych myśliwców. - Ze względu na niezdolność do wykonywania klasycznych zadań myśliwskich Zero zostało zdegradowane do wykonywania misji specjalnych (kamikaze). - Pojawienie się w lotnictwie USA taktyki wykorzystującej manewr pionowy było czynnikiem dokładającym się do upadku Zero. ? Bo jeśli się nie zgadzasz, to nie wiem czy będę w stanie pomóc :).
