Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 384
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. Być może zirytuje Cię też zbędny iskrownik i brak 'governora'. Łączniki komór krzywek rozrządu też są wrzucone tak, żeby były.
  2. Tak, to lend-leasowy P-47 z malowaniem OD/NG. Ale to nie ma nic wspólnego z cytowaną opinią :).
  3. Założenie wydaje się słuszne. Od 1943 Amerykanie w zasadzie odpowiadali za umundurowanie lotników Wolnych Francuzów (jakby się oni wtedy nie nazywali). Zachowane, czy uszyte przez krawców granatowe mundury służyły raczej tylko oficerom i nie do operacyjnego użytku. Na amerykańskich sortach naszywano wszelkie francuskie oznaki. Jeśli lotnik miał na głowie coś innego niż operacyjną pilotkę, to całkiem prawdopodobna byłaby jakaś francuska czapka, szczególnie jeśli furażerka. Temat znam jedynie bardzo powierzchownie, zatem chętnie poczytam korekty. To wszystko pamiętając, że P-47 w barwach francuskich jest nieco odpychający ;).
  4. Nie wiem, nie znam zestawu.
  5. Cholera, w życiu bym nie zgadł!
  6. To jednak jest trochę nieporozumienie. Pomijając nawet ten nieszczęsny bakelit, kompozytowy fotel nie był jedynym montowanym w Spitfire i jego metalowa odmiana stosowana była przez cała wojnę. Wprawdzie oryginalnie BM 144 był niemal na pewno wyposażony w fotel plastikowy, jako produkt CBAF i nie ma powodu sądzić, by coś się zmieniło gdy latał pod Zumbachem. Zresztą, to chyba widać na fotkach, nie mam pod ręką . Ale nie da się wyodrębnić jednoznacznie wersji Spitfire, w której występowały ekskluzywnie fotele z tworzywa. No, może Mk.II, jeśli pominąć ewentualne zmiany w służbie, ale to też nie na 100%. Większy problem jest z tym modelem fotela widocznym na zdjęciach. Dość niestarannie sklejony i nieobrobiony, ale gdy wyobrazić sobie go w wersji wykończonej to przypomina bardziej fotel metalowy. Przynajmniej na tej jednej fotce. Przypomina, bo idealnie nie jest, ale do plastikowego jeszcze mu dalej. Metalowy fotel powinien być Grey Green. A przykłady od wójka google pokazują obie wersje krzesła.
  7. Ciężko idzie. Ja się tej idei, jaka by ona nie była, nawet domyślam. Pytam się tylko dlaczego użyłeś takiego żółtego koloru? To jest pytanie techniczne na podstawowym poziomie. Nie filozoficzne, nie egzystencjalne. To nawet nie jest trick question.
  8. OK, ale to ne ma nic wspólnego z moim pytaniem.
  9. Ja już się nawet nie pytam jaka karkołomna teoria stoi za tym, że coś co jest zacienioną dziurą, ewentualnie brudną zacienioną dziurą, albo zaszpachlowaną i zamalowaną dziurą ma być jasne. Za to pytam się dlaczego linie podziałowe są żółte?
  10. Zrobiłeś żółte linie podziałowe, żeby pomęczyć się z ukryciem tego? Za mało roboty przy modelu, za łatwo, za nudno? Żadna inna sensowna przyczyna nie przyszła mi do głowy.
  11. greatgonzo

    Mustangi

    A jak chce zbudować model bez malowania to też może. Piszę bez ironii, taka prerogatywa modelarza. Ale co ma do rzeczy kiedy samoloty trafiły do jednostki i kiedy wojna się skończyła? Jeśli ktoś chce pomalować realistycznie model, to nie ma trudniejszego zadania niż samolot czysty i świeży prosto z wytwórni. Na szczęście w modelarskim świecie coś takiego właściwie nie istnieje, ale realistycznie pomalowany czysty samolot, to tylko odrobinę łatwiejszy temat. I opcja nie brudzić nie ma z rozwiązaniem tego problemu nic wspólnego. Ale, oczywiście, opcja mieści się doskonale w treści zawartej w drugim zdaniu postu.
  12. Rzecz nie jest jednoznaczna. Tu masz moje opracowanie przygotowane kiedyś na prośbę jednego z forumowiczów. Wstęp zaznaczyłem italikiem , na wypadek, gdyby kogoś miał znudzić. Łatwiej pominąć. Gdy mowa o malowaniu wnęk podwozia Mustanga najlepsi znawcy nabierają wody w usta. Dzieje się tak dlatego, że chyba w ogóle nie ma dobrych zdjęć pozwalających prześledzić ich wygląd w czasie. Formalnie North American należał do grupy wytwórców, którzy uzyskali z Wright Field zgodę na drastyczne ograniczenia w zabezpieczaniu elementów składowych samolotów w celu zmniejszenia kosztów i przyspieszenia produkcji. Ta praktyka odbiła się czkawką i wkrótce zaczęły napływać z frontu meldunki o problemach z korozją. Szczególnie problematyczne były miejsca łączenia różnych materiałów. Stopy metali o różnych składach mają zwyczaj tworzyć ogniska korozji w miejscach gdzie się dotykają. Wystarczy oprzeć stalowy pręt o blachę nierdzewną i szybko okaże się, jak rdza zaczyna rozchodzić się po nierdzewce od miejsca styku. Dawno temu, kiedy robiłem rzeźby z nierdzewki w Niemczech magnes do testowania obowiązkowo wisiał zawsze na szyi, bo wspawanie nawet najdrobniejszej pierdółki ze stali węglowej oznaczało koniec nierdzewności obiektu . Z tych przyczyn dźwigar skrzydła zawsze był zabezpieczany ZCY. Nawet gdy specyfikacja wykończenia P-51B/C mówiła o wnękach podwozia 'no finish'. Ta sama specyfikacja zawierała też odnośniki, które dodawały informację o tym, że elementy, które wymagają zabezpieczania mają być zabezpieczone. Dość dobrze wiadomo jak przywracano malarskie powłoki zabezpieczające (późniejsze Mustangi D/K), ale gorzej z okresem poprzednim. Być może stopniowo pojawiały się nowe zabezpieczone elementy? Moim zdaniem nie. Sądzę, że gdy pojawiły się problemy po prostu z nimi zawalczono, nie próbując zatrzymać nurtu rzeki wbijaniem pojedynczych pali i patrzeniem czy działają. Tym samym wnęki podwozia wczesnych bubbletopów byłyby kontynuacją praktyk stosowanych w wersjach garbatych. Ale to jest tylko moja spekulacja. Można też spekulować, że działo się to małymi kroczkami. P-51B/C, szczególnie te wcześniejsze to, w takim przypadku, apogeum braku zabezpieczeń i wersja z mniejszą ilością ZCY, byłaby tu prawdopodobna. Restauratorzy Lope's Hope wydają się zgadzać z moją opinią. Co prawda, mimo że jest to jedna z najnowszych restauracji i jako taka, bez porównania staranniejsza pod względem historycznym w stosunku do tego co czyniono dawniej przy takiej okazji, to nie spotkałem się tu z peanami pochwalnymi o precyzji odwzorowania historii . Nie, żeby słychać było jakąś krytykę, ale parę odrestaurowanych ostatnio Mustangów D fachowcy chwalili bezwstydnie. W Lope's Hope jest moim zdaniem, nawet za dużo ZCY. Zatem wg mojej spekulacji, czyli na bazie wyglądu wnęk wczesnych P-51D: Wnęka kółka ogonowego: NMF. Poziome profile wzmacniające - ZCY. Możliwe pojedyncze profile IG. Profile wzmacniające na styku ścianka/sufit NMF. Wnęka podwozia głównego: - sufit wnęki NMF - profile wzmacniające sufit wnęki prostopadłe do osi kadłuba - ZCY, możliwe pojedyncze profile IG - profile jak wyżej na łączeniach ze ścinką przednią i dźwigarem skrzydła - NMF - żebra - NMF - dźwigar skrzydła - ZCY - ścianka rozdzielająca wnęki w osi kadłuba - ZCY - profile pionowe wzmacniające ściankę rozdzielającą IG - ścianka przednia wnęki w części mieszczącej koło (z ukośnymi wzmocnieniami)- ZCY, reszta ścianki przedniej NMF - profile wzmacniające, równoległe do osi kadłuba, w miejscu łączenia wnęki na koło z wnęką na goleń - ZCY, możliwe IG, np. przedni IG, tylny ZCY - blacha wzmacniająca miejsce montażu goleni podwozia (czyli sufit wnęki w przedziale goleni) ZCY, możliwy NMF - 'trójkątna' blacha wzmacniająca przed przedziałem goleni NMF - urządzenia na ściance rozdzielającej wnęki: rozdzielacz hydrauliki NMF, przewody hydrauliczne srebrne, cylindryczny zbiorniczek NMF z pokrywami ZCY i obejmami z gumowymi, czarnymi opaskami Możliwe podmalówki ZCY w różnych miejscach wnęki. Moim zdaniem obecność elementów ZCY i IG wynikała z faktu otrzymywania ich do montażu z różnych warsztatów. Sądzę, że podział kolorystyczny tych elementów nie był rzeczą stałą i mogły tu występować wariacje. Ale to, że oba kolory pojawiały się we wnękach nie budzi wątpliwości. W wersji z mniejszą ilością zabezpieczeń rezygnujemy z elementów ZCY i IG. W wersji ekstremalnej ze wszystkich, pomijając dźwigar skrzydła, choć ścianka rozdzielająca wnęki pozostawiona w NMF to też będzie przesada. Wszystkie pokrywy wnęk podwozia od wewnątrz pozostawiano NMF. Pas ochronny na pokrywach kół podwozia głównego mógł być wykończony różnie, ale tu najbardziej prawdopodobny będzie ZCY.
  13. W klubie 1/72 w skrzydlatej ogłaszali się goście sprzedający zachodnie zestawy. Zainteresowanym przekazywali listę. Miałem taką i czasem pokazywałem ludziom, żeby sobie popatrzyli ile są warte takie zabawki do sklejania. Lanc w 72 kosztował jakieś dwie pensje. Te Matchboxy z 'Orwellowskiego' roku były drogie, ale w porównaniu do spekulanckich cen (w znacznej mierze wynikających z czarnorynkowego, czytaj realnego, kursu walut) wyglądały dość okazyjnie. Tylko trzeba było mieć tę kasę. Mogłem sobie pozwolić na może dwa pudełka, ale to było lato, zbiegło się z jakimiś osiągnięciami w szkole i tato rozsupłał trochę sakiewkę. U nas składnica była już historią, dawno ją zamieniono na sklep RTV, ale akurat byliśmy w Gdańsku i w rezultacie miałem spora kupkę tych Matchboxów. Bardziej znane, drugowojenne samoloty - dla mnie. Te egzotyczne - na sprzedaż lub wymianę. Człowiek nawet nie myślał inaczej, niż że te zestawy znikną z półek sklepowych w jedną chwilę i będą zaraz miały znacznie większą wartość. Przestanie też się bardzo liczyć jaki to typ samolotu, bo każdy zachodni zestaw będzie atrakcyjny. Zawsze tak było, dlaczego miałoby być inaczej? No było nieco inaczej, bo rynek jednak trochę się wypełnił, ale z czasem szło się jakoś wymienić, Nie z pozycji przewagi, ale powiedzmy dwa, trzy pudełka za jedno mogło zadziałać. Albo jakiś zaczęty zestaw, czy coś w tym rodzaju. Albo jakieś publikacje, czy raczej kserówki z nich. Tak zdobyłem rzeczy dla mnie bardzo ciekawe - np. P-40 Airfixa, który ktoś częściowo posklejał. Było trochę stresu, bo stan modeliku niekoniecznie zgadzał się z opisem, a co gorsza brakowało jakiejś kluczowej części, której nie byłem w stanie niczym zastąpić. Na stan machnąłem ręką, bo to mogłem ogarnąć, a brakujący element typek, na szczęście, dosłał. Matchboxy zbiegły się z moimi początkami tego co Merlin zwie świadomym modelarstwem. Wprawdzie żaden z nich raczej nie został zbudowany w takim standardzie. Niektóre w ogóle nie doczekały się budowy i po dobrym ćwierćwieczu stały się elementem pakietu, który trafił w prezencie do jakiejś modelarni. Ale niektóre z zestawów nabytych w drodze wymiany za Matchboxy doczekały się pierwszych prób zmierzenia się z modelarstwem redukcyjnym. Było trochę straszno, trochę śmieszno i tylko czasem ciekawie. I tu rzeczywiście można ponarzekać na klub 1/72 w Skrzydlatej. Bo prawdą jest, że można tam było znaleźć jakieś plany do nieistniejących realnie zestawów, opisy tego co teoretycznie na rynku i reportażowe zdjęcia świetnych modeli i takich zwyczajnie porządnych. Plus cykl 'Modele czytelników'. No i miejsce na ogłoszenia prywatne. Z tego całego klubu konkretnie pamiętam trzy rzeczy. SM-1 Andrzeja Ziobera - wiadomo! Dioramkę z polowym lotniskiem, na którym stały myśliwskie Ławoczkiny - ta zaimponowała mi samą ideą dioramy, jako formą modelarstwa; taka młodzieńcza fascynacja. Model P-51D człowieka z warszawskiej modelarni - tu wrażenie było wielkie. Wprawdzie zdjęcie było jakie było i jakieś drobne błędy techniczne klejenia, czy malowania mogły spokojnie zagubić się w niedoskonałościach fotogramu i publikacji, ale model wyglądał dla mnie idealnie. Dziś - zwykła budowa z pudła, z zupełnie podstawowym malowaniem, ale wtedy nie mogłem się nań napatrzeć. Równiutkie linie łączenia kolorów, czyściutkie klejenie, zero szpar i śladów łączenia elementów. SM-1 mógł być super modelem, ale był tylko jakimś helikopterem i nie mógł w moich oczach rywalizować z zachodnim myśliwcem. Zdjęcie było tylko jedno, pewnie większość dorobiłem sobie oczami wyobraźni. Klub 1/72 niekoniecznie pomagał robić takie modele. Brakowało tam informacji jak radzić sobie z zupełnie podstawowymi problemami związanymi z budową modelu. To jest problem, który spotykamy czasem tu na forum. Coraz rzadziej, jak mi się zdaje. Oto pojawia się ktoś zaczynający budować modele i prosi o pomoc. I te podstawowe problemy wydają się wszystkim tak oczywiste, że nie przychodzi nikomu do głowy, żeby objaśniać szczegółowo co i jak. A dla kogoś, kto np. nigdy niczego nie szpachlował czynność ta może być jak czarna magia. On po prostu nie wie. I obawia się nieznanego. A może są tam zasadzki, o których nie ma pojęcia i rzecz jest straszniejsza niż wygląda? Różnica jest taka, że dzisiaj jest w cholerę filmików, reportażyków i publikacji pokazujących jak to robić. W Skrzydlatej brakowało mi poradnika na takim podstawowym poziomie, który, trzymając się tego szpachlowania, nie tylko mówiłby o tym, że trzeba szpachlować i ewentualnie wspominał coś o rozpuszczaniu ramek w kleju, ale też szczegółowo opowiadałby o procesie tłumacząc młodemu człowiekowi jak się za to zabrać i czego się nie obawiać. Jakby jeszcze uwzględniał realne problemy z zaopatrzeniem i podawał różne wersje rozwiązywania problemów, to pewnie mój pierwszy P-47, byłby wyraźnie lepszy od tego This Is It Masona, a nie tylko doganiał go poziomem. To zdjęcie towarzyszyło fotce modelu Mustanga w Klubie 1/72.
  14. greatgonzo

    B5N2 1:48 Hasegawa

    W tym momencie to jest warsztat, którego aktualizacje najbardziej mnie cieszą. Sprawna robota i , co ważne, przemyślana.
  15. No i dlaczego go lubisz?
  16. Z radością zaobserwuję, jak implementujesz tę zasadę w osobistym warsztacie :). Raczej półpołyskiem. A jeszcze lepiej byłoby odpowiednio podpolerować. Zdjęcia tych silników w służbie nie pokazują już takiego połysku EG, a i to zdjęcie, to nie jest przecież zwykły silnik na linii produkcyjnej. Efekt baza/klar to byłaby jednak przesada.
  17. Pomijając wszystko inne, to ile lat ma ta instrukcja? Trzydzieści?
  18. greatgonzo

    Pruski Dwór

    Mógłbyś rozwinąć temat?
  19. W temacie: Dlaczego też? Wnętrze okapotowania silnika Light Grey.
  20. Na myśli mam skalę 48. Jako ilustrację ogólnej tezy, a zgodność typu samolotu z tematem wątku jest tu przypadkowa. Fakt, że nie szkodziło było wspomnieć, wyjaśnić. Sorki i dzięki.
  21. To dobrze. W rzeczywistości sprężynki i przewody hamulcowe były w zasadzie tej samej średnicy. Sprężyny są za grube, ale dodatkowe podkreślanie tego cienkimi przewodami nie pomaga modelowi. W US Navy stosowano zasadę, że wszystko co może być widoczne, powinno być kamuflowane. Dlatego np. cały mechanizm składania skrzydeł też był malowany zewnętrznym kolorem, bo był widoczny po ich złożeniu. A wnęki klap to w ogóle typowe rozwiązanie dla amerykańskich samolotów, przy tego typu klapach. O kolorze poszczególnych elementów decydują przepisy, konstrukcja samolotu, ale także szczegóły procesu produkcji. Jeżeli do tego dorzucimy wymagania logistyczne, może okazać się, że ostatecznie kolory nie zawsze pokrywają się z intuicją modelarza :).
  22. Białe. Dlaczego też?
  23. Ryzyko, może i tak. Ale to Eduarda. Twój to zwykły byk jest. Tym znaczniejszy, im łatwiejszy do uniknięcia.
  24. I te ciśnienia. Także odległości i kąty prowadzenia.
  25. Zwłaszcza, ze Merlin ma dużo racji. Zdarzają się okoliczności, gdy zestaw uznawany za słabszy, na ogół stary, może okazać się najlepszym wyborem do budowy modelu. Ale to nie jest rzecz przypadkowa. Decydować mogą np. zgodność wymiarowa i zachowanie geometrii. Jeśli modelarz planuje samodzielnie wykonaną, zaawansowaną waloryzację to mała ilość detali będzie zaletą, a ich jakość nieistotna. Usuwanie takich elementów i naprawa tego usuwania skutków mogą być dużo bardziej kłopotliwe przy bardziej bogatych w detale produktach. Zdecydowana większość modelarzy nie myśli i nie działa w ten sposób. W rezultacie powstają modele jak przysłowiowy kożuch udekorowany kwiatkami. Mankamenty zestawu pozostają niepoprawione, a dodatki często doczepione są na sztukę, bo na różne sposoby nie zgrywają się z modelem. A jeśli jeszcze producent zestawu przewidział jakieś niestandardowe rozwiązania to już w ogóle robi się poważny problem, nierzadko skutkujący porzuceniem budowy. Takie coś występuje np. w starszej edycji wczesnego Spita Tamki, gdzie możliwość montażu dwóch wersji wiatrochronu sprawia, że wykrój w kadłubie jest nieodpowiedni dla każdej wersji. Oryginalne części oczywiście to uwzględniają, ale każda zamiana, np. na vacu, oznacza konieczność konkretnej i dość kłopotliwej rzeźby. Zresztą, co tu mówić o zamianach, skoro większość gotowych modeli prezentuje tu zestawową część wklejoną bez żadnej refleksji, wręcz na pałę. Choć producent rozwiązał łączenie tak, by dostosowanie modelu do rzeczywistości było stosunkowo łatwe i także w sposób jakby celowo chciał, by pozostawienie tego miejsca bez korekty od razu rzucało się w oczy jako zupełnie absurdalne, to modelarze i tak nic z tym nie robią. A co tu gadać o doprowadzeniu starego, nieudanego zestawu do dobrej jakości. Jestem wielkim orędownikiem samodzielnej i kreatywnej pracy w modelarskim warsztacie, ale też staram się przypominać na każdym kroku, że u podstaw dobrej modelarskiej roboty leżą przemyślane i świadome konsekwencji wybory.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.