Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 492
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. O wiedzę HKK jestem dziwnie spokojny :).
  2. Ad personam uchroniło przed wspięciem się na tarczę. Szerokiej drogi!
  3. Słowo racjonalność ma swoje znaczenie. I nie da się go zakląć. Ale można próbować zagadać, np powtarzając tę samą spekulację, bez zamiaru nawet jej uzasadnienia.
  4. Nieracjonalne wnioski z definicji nie prowadzą do przewidywalnych skutków.
  5. Bez podania źródeł - czysta spekulacja. Źle, że okraszona wnioskiem.
  6. Słusznie! ***** Spitfire!
  7. Czyli metoda malowania, jak zawsze, zależna jest od docelowego efektu. A to oznacza, że ten efekt trzeba znać. Jeżeli ostateczny efekt będzie udany, to nie ma znaczenia, czym maskowano i czy maskowano w ogóle. Może być tak, że przy malowaniu jednego modelu trzeba użyć kilku sposobów. Przykład: Spitfire RAF. Fabrycznie kamuflaż malowany od masek - ostre krawędzie. Granica góra/dół malowana z ręki - łagodne przejście, ale z regulaminową tolerancją szerokości łączenia. Jeśli przemalowywany/naprawiany w MU to kamuflaż od masek, jeśli dany MU je miał (ostre krawędzie), lub z ręki, jeśli ich nie miał (rozmyte łączenia). Jeśli malowanie odbywało się w ramach stacji, to łączenia kolorów z ręki (rozmyte). Oznacza to, że na jednym samolocie mogły być przejścia ostre, rozmyte, ale bardzo staranne i rozmyte z dużą tolerancją. To przykłady nie wyczerpujące całej puli okoliczności i możliwych efektów. Ta pula rozszerzy się jeszcze bardziej, gdy będziemy chcieli odwzorować lakiernicze niedoskonałości. W praktyce oznacza to, że wato próbować różnych metod maskowania i różnych sposobów pracy bez niego (ciśnienia, rozcieńczanie, odległość od malowanej powierzchni). Do zastosowania na modelu wybierać metodę najlepiej odpowiadającą zamierzonym efektom.
  8. Przyznaję, że do E&M nie chciało mi się już zaglądać. Trochę zbyt tajemniczy jak dla mnie jest samolot, o którym rozmawiamy.
  9. Nie bardzo wiem jak można to zrobić. Celownik to może być indywidualna decyzja pilota, ale można poszlakowo szukać zdjęć innych samolotów z grupy i okresu.
  10. Przydałoby się zerknąć na fotkę. Standardem był montaż brytyjskich MkIII, ale N-9 też można spotkać. Oba pozostałe to K-14 w różnych wariantach. Poprzeczka - nie wiem, Podejrzewam, że to jest współczesna modyfikacja, ewentualnie bazująca na polowych poprawkach. Np są zdjęcia P-51 A bez wzmocnienia i ze wzmocnieniem w formie dwóch ukośnych prętów. Nowe zdjęcia, nie z okresu. Katalog części jest w tym temacie bardzo ogólny. Także nie wiem.
  11. O, faktycznie ordynarne podkładki i śruby. Z zestawami naprawczymi nie ma to nic wspólnego. Przy okazji. te dimple podkładki wyżej, to tylko połowa tej wersji zestawu - ta niewidoczna, za blachą. Trochę to wygląda na prowizorkę odpowiadającą na zapotrzebowanie szybkiego montażu osłon gdyby zaszła potrzeba nocnych startów. W ramach Crossbow, jak sądzę.
  12. Eskortowanie bombowców nigdy nie wymagało latania w nocy. Te podkładki do napraw uszkodzonych otworów nitów to w zasadzie są zwykłe podkładki, tylko przestrzenne, tak by uzyskać efekt płaskiego nita. Ale mają średnicę około 1 cm.
  13. Pozostaje zatem pytanie jak zaślepiono te otwory. Łatki do napraw strukturalnych wydają się być w tym miejscu kłopotliwe i trochę przerost formy nad treścią. Użycie podkładek do napraw uszkodzonych otworów nitów wypada bardziej sensownie, ale te będą raczej za małe na to, co widać na zdjęciu. Nie zdziwiłbym się, gdyby zatkano to właśnie właśnie dżusami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda to jak nowe, niepomalowane dżusy na Amerykanach. Ale nie wiem, czysta spekulacja. Te osłony to nie były czasem przyczepione w ramach prób ganiania V-1 w nocy?
  14. Świecące dżusy pojawiają się na licznych Mustangach, ale ich układ rzeczywiście jest charakterystyczny dla egzemplarza. W takim razie dotyczy to także znacznika na oponach, białych pasów na skrzydłach i usterzeniu oraz pasa Sky na ogonie. Malowano je regulaminowo, ale niekoniecznie przykładając miarkę i ich położenie waha się w granicach tych kilkunastu centymetrów. Różnica w położeniu liter kodowych (wyżej za kokardą) jest powtarzalna nie tylko w 315 dywizjonie. Model jest tak obfotografowany, że wiele rzeczy jest niejednoznacznych. Te pasy na skrzydłach są chyba lekko nie w miejscu i mam wątpliwości, czy pas na pokrywie podwozia zgrywa się z tym na skrzydle. Ale trochę zgaduję. Mocowanie anteny na grzbiecie jest podejrzanie centralne, natarcie klap w NMF jest błędne i źle jest umieszczona kokarda na kadłubie. Takie jej położenie chyba się zdarzało, ale nie w tym egzemplarzu. W ogóle położenie oznaczeń wpływa na siebie nawzajem i zrobienie jednego błędu ciągnie za sobą kolejne. Dodatkowo trzeba jeszcze czasem znaleźć właściwy kompromis, gdy wypraska nie całkiem zgadza się z oryginałem, lub oznaczenia mają błędy wymiarowe. Ułożenie tego wszystkiego tak, by skutecznie udawać, że wszystko jest OK bywa wyzwaniem.
  15. Tommyk, postaraj się! Też jestem ciekawy co takiego wyróżnia akurat FB367 na tym zdjęciu. O ile nie chodzi o szczegółowy przebieg krawędzi plam kamuflażu, to znalazłem jeszcze tylko dwie rzeczy, ale jedna na tyle naciągana, że trudno ją zaliczyć.
  16. Zawsze się da włożyć dużo pracy od siebie w dowolny zestaw. Najwyżej trzeba się skupić na innych rzeczach. A niekonsekwencja w prezentacji modelu na koniec wyłazi. I mimo, że model zawiera w sobie ten nakład własnej pracy, to niestety, ta niekonsekwencja zdominuje odbiór. Dlatego w dyskusji o wartościach modelarskich, przy temacie własnej waloryzacji, zawsze stoi dodatek o zachowaniu jakości budowy. I dlatego też, przy takich waloryzacjach ważne jest zadbanie o plan pracy. Jego stopień uszczegółowienia może być różny, ale bazę trzeba mieć, by realnie spojrzeć na zakres czynności konieczny do uzyskania dobrego efektu. To pomaga też później wprowadzać korekty. Choćby co do tego, co można odpuścić bezboleśnie. W takim P-47 np. można spokojnie zrezygnować z budowy sprężarki (zakładając, że była w planie), bo ze względu na jej umiejscowienie i trudnodostępność dla oka nie wpłynie to na obraz modelu. A odpuszczenie np. podwozia rzuci się w oczy od razu. W przypadku gorszego zestawu taki plan musi uwzględniać jego niedoskonałości z określeniem rzeczy, które poprawione być muszą. I z nich nic nie można wykreślić, o ile nie chce się ryzykować pojawieniem się niespójności w gotowym modelu. A na spontanie bardzo łatwo jest coś przegapić i zajść w budowie na tyle daleko, by nie mieć już siły woli do przerabiania gotowych rzeczy. Dlatego tak podobał mi się warsztat, bo tam ów efekt niekonsekwencji z definicji nie istnieje i własna waloryzacja okazuje się w pełni swej wartości.
  17. Ale przesadą jest branie kasy za możliwość wystawienia, czy za nabijanie licznika ilości modeli, gdy się nie wystawia?
  18. To jest rozmowa tylko o kwalifikacjach sędziów. Dobry sędzia nie będzie miał z tym problemu. Czyli w zasadzie faktycznie, problem. Nawet nie polskich, tylko regionalnych., czy wręcz jednofestiwalowych :). Obecnie, pomijając realne problemy jak wspomniane kwalifikacje sędziów, czy brak czytelnej gradacji wyróżnień, największym dla mnie kuriozum jest forsowanie konkursów punktowych. Tu liczba uczestników zwykle zbliżona jest do ilości kategorii i często modele mogą rywalizować tylko ze swoim lustrzanym odbiciem, o ile autor umieścił lusterko na podstawce.
  19. Zastanawia mnie podwątek oceniania modeli. Przy moim podejściu sprawa jest jednak prosta. Lepszy model to taki, który trudniej zrobić. Odpadają tu wszelkie dywagacje na temat co jest istotą modelarstwa i co jest w nim ważniejsze. Nie jest to też kryterium bardzo trudne w zastosowaniu. Od razu bronię się, przed pojawiającymi się zwykle w takim momencie argumentami tworzącymi abstrakcyjne, lub statystycznie nieprawdopodobne scenariusze. W najgorszym razie możemy mieć wtedy kłopot, którego nie rozwiąże żadne inne podejście do oceny. W realnym świecie i niemal zawsze w przypadku wspomnianych scenariuszy rzecz rozwiązuje przyznawanie ocen równorzędnych. Zarówno całym modelom, jak i poszczególnym, składającym się nań elementom, zadaniom, czynnościom. Organizatorzy konkursów dawno rozpoznali ten problem, wprowadzając wyróżnienia równoważne, zamiast trudzić się w nieskończoność próbując definiować niedefiniowalne. W zasadzie ocena konkursowa nie jest tematem tego zagajenia, ale nie mogę się powstrzymać, by nie wspomnieć, że na naszych konkursach wciąż podejście do oceniania przybiera kuriozalną formę. Jakiś czas temu Best of Show zgarnął model, za, jak to podkreślili sędziowie, wzbudzenie w nich intensywnych uczuć, za wzruszenie. Model, prościutka scenka, rzeczywiście odnosił się do ważnych spraw. Jednak warsztatowo był bardzo przeciętny, z założenia nie wymagający większego wysiłku i zdradzający braki w umiejętnościach, bądź brak zaangażowania autora w tę pracę. Best poszedł za wybór tematu z zupełnym pominięciem wartości modelarskich. Moim zdaniem był to plaskacz w twarz wszystkim autorom, którzy choć trochę przyłożyli się do modelowania przy pracy nad wystawionymi w konkursie eksponatami. Zresztą, przeczytajcie regulaminy festiwali i zobaczcie, czy przy formułowaniu zasad oceny modeli znajdziecie tam punkt: za wywołanie uczucia wzruszenia u sędziego. Chyba, że formułę oceny podoba się/nie podoba się będziemy rozumieć literalnie. Ostatnio organizatorzy jednego z festiwali wprawili mnie w zdumienie, gdy okazało się, że oni tak właśnie rozumieją ten sposób oceny. Nie miejsce tu na przypominanie przyczyn i celu jego wprowadzenia, ale oczywiście nie chodziło tu o to, by modelarz był zdany na personalne widzimisię sędziego. Dowiedziałem się jeszcze, że oczywistym jest, iż rezultat konkursu punktowego musi być inny niż zawodów ocenianych wg podoba się lub nie. W sumie, przy podejściu jak wyżej, trudno, żeby było inaczej. Gorzej, że konkurs punktowy traktuje się jako jakąś automatyczną wyliczankę, z której rezultat sam wychodzi, a sędzia jest jedynie narzędziem, które wprawia w ruch automat. OK, jak na offtop wyszło trochę więcej niż dygresja. Ale mnie jednak najbardziej interesuje tu jakie kryteria oceny przyjmujecie, gdy porównujecie modele. Normalnie, na co dzień. Mnie raczej ciężko wyobrazić sobie by było to coś innego niż trudność wykonania, jeżeli chce się zachować konsekwencję i zrozumiałość wyborów. Ta trudność, w tej, czy innej formie, sprawdza się w niemal wszystkich, podobnych sytuacjach w życiu. Oczywiście można bez trudu znaleźć specyficzne okoliczności, gdy wartość leży gdzie indziej, więc może i w modelarstwie można inaczej. Mam nadzieję, że oszczędzicie nam wszystkim takich uwag, jak ta, którą kiedyś dostałem jako odpowiedź w temacie oceny modeli od organizatora festiwalu: dla mnie wszystkie modele są tak samo piękne.
  20. W tym modelu najbardziej podobał mi się warsztat. Sporo bardzo fajnej, modelarskiej roboty ostrzącej apetyt. Trochę zabrakło konsekwencji, utrzymania zaangażowania. Może w przypadku symultanicznej budowy większej ilości modeli nie powinno to dziwić. Zachęcam do odwiedzenia warsztatu, bo tam jest dużo ciekawiej niż w galerii. Model nie prezentuje się źle, ale cała jego wartość nie eksponuje się w tych zdjęciach.
  21. Ponownie przypominam, że nazwiska piszemy wielką literą. I w dopełniaczu jest Gondola, Jerzego Gondola. Soreczki Barszczo, błąd jak błąd i mnie też się zdarza, Ale akurat ta forma kojarzy mi się z czymś obrzydliwym i mam fizyczny refluks. Takie natręctwo.
  22. Misja!
  23. Środek czego? Nie bardzo widać co tam jest w tym miejscu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.