Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 385
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. Zwłaszcza, ze Merlin ma dużo racji. Zdarzają się okoliczności, gdy zestaw uznawany za słabszy, na ogół stary, może okazać się najlepszym wyborem do budowy modelu. Ale to nie jest rzecz przypadkowa. Decydować mogą np. zgodność wymiarowa i zachowanie geometrii. Jeśli modelarz planuje samodzielnie wykonaną, zaawansowaną waloryzację to mała ilość detali będzie zaletą, a ich jakość nieistotna. Usuwanie takich elementów i naprawa tego usuwania skutków mogą być dużo bardziej kłopotliwe przy bardziej bogatych w detale produktach. Zdecydowana większość modelarzy nie myśli i nie działa w ten sposób. W rezultacie powstają modele jak przysłowiowy kożuch udekorowany kwiatkami. Mankamenty zestawu pozostają niepoprawione, a dodatki często doczepione są na sztukę, bo na różne sposoby nie zgrywają się z modelem. A jeśli jeszcze producent zestawu przewidział jakieś niestandardowe rozwiązania to już w ogóle robi się poważny problem, nierzadko skutkujący porzuceniem budowy. Takie coś występuje np. w starszej edycji wczesnego Spita Tamki, gdzie możliwość montażu dwóch wersji wiatrochronu sprawia, że wykrój w kadłubie jest nieodpowiedni dla każdej wersji. Oryginalne części oczywiście to uwzględniają, ale każda zamiana, np. na vacu, oznacza konieczność konkretnej i dość kłopotliwej rzeźby. Zresztą, co tu mówić o zamianach, skoro większość gotowych modeli prezentuje tu zestawową część wklejoną bez żadnej refleksji, wręcz na pałę. Choć producent rozwiązał łączenie tak, by dostosowanie modelu do rzeczywistości było stosunkowo łatwe i także w sposób jakby celowo chciał, by pozostawienie tego miejsca bez korekty od razu rzucało się w oczy jako zupełnie absurdalne, to modelarze i tak nic z tym nie robią. A co tu gadać o doprowadzeniu starego, nieudanego zestawu do dobrej jakości. Jestem wielkim orędownikiem samodzielnej i kreatywnej pracy w modelarskim warsztacie, ale też staram się przypominać na każdym kroku, że u podstaw dobrej modelarskiej roboty leżą przemyślane i świadome konsekwencji wybory.
  2. ZCY. Fajne te sprężynki. Szkoda tylko, że jedna kończy się w powietrzu. Przyczepione też prawie we właściwym miejscu poprzeczki. Jak wiesz, były one tak ze cztery razy cieńsze. Wspominam o tym, bo to ciekawy modelarski przypadek. Wydaje się, że skręcenie proporcjonalnej sprężyny może być zwyczajnie niemożliwe i można by się zastanawiać, czy to już nie jest miejsce, gdzie warto odejść od pomniejszania oryginału i poszukać jakiegoś oszustwa, iluzji, które pozwoli zachować realistyczne gabaryty i jednocześnie wyjść z twarzą. Za to przewody hamulcowe zrobiłeś wyraźnie za cienkie. Wyglądają jak, stosowane czasem w takich miejscach, elementy metalowe, a tam były jednak grubsze przewody gumowe. Przypomniało mi się, jak pierwszy raz zetknąłem się z fototrawionymi blaszkami imitującymi mechanizm nożycowy goleni. Długo drapałem się w głowę jak powinienem go wykorzystać. Czy odciąć plastikowe nożyce i zastąpić je blaszką, cz naklejać blaszkę na plastik? Niby odciąć, ale przecież to bez sensu, bo mechanizm składał się z trójwymiarowych, przestrzennych elementów. Z kolei naklejenie sprawi, że będzie wyraźnie zbyt trójwymiarowo i zbyt przestrzennie... . Doklejenie wszystkich blaszek do goleni na tym etapie wydaje mi się być nieco ryzykowne, bo one muszą zgrać się z pokrywami podwozia i grozi krzywizną, albo szczelinami. Ale możesz to mieć poprzymierzane zawczasu.
  3. Ty robisz uniki, ja męczę. Nic nie wiem o przecinkach. Nigdy nie spotkałem się z określeniem najazd tablicy Mendelejewa, nie rozumiem go, i odważnie zakładam, że ktoś, kto użył określenia w zdaniu wie co znaczy i mi pomoże.
  4. To jeszcze tylko ten najazd.
  5. Przy takim punkcie widzenia masz rację. Oczywiście, bo zahaczasz o truizm. Nie można zabronić i każdy ma prawo. Choć niektórzy uważają, że każdy ma prawo, dopóki nie zaczyna szkodzić. A moim zdaniem ten ton, o którym pisał wyżej Merlin jest szkodliwy. Czytając forum odnoszę wrażenie, że niektórzy koledzy zapominają, że wypowiadają się w przestrzeni publicznej i traktują to miejsce jak zamkniętą grupę kolegów. Tymczasem po świecie chodzi coraz więcej ludzi, dla których polska ludowa czy pierwsza wojna światowa - jeden pies. Czytając ten wątek mogą bez problemu wyrabiać sobie zupełnie błędną opinię o historii. Moźna mieć to w dupie i owszem, niczego nie można nakazać. Ale wg mnie potrzebne jest przynajmniej słowo komentarza, czy wyjaśnienia. Co jakiś czas robi to Merlin i ja staram się czasem dorzucić trzy grosze. I ja mam przykład: Wiele razy słyszałem opowieści jak to było super w młodości, kiedy wrzucało się do ogniska 20mm pociski. Eee tam, my wrzucaliśmy granaty ręczne. Co tam ręczne, u nas wrzucało się granaty od moździerza, to był huk! I ok, takie były czasy, takie zabawy. Ja jednak wolę, gdy przy takich opowieściach pojawią się też wzmianki o tym, jak na początku każdego roku szkolnego odbywał się apel, na którym przypominano o niebezpieczeństwach takiej zabawy z listą dzieci, którym ostatnio coś urwało, lub rozerwało zupełnie włącznie.
  6. OK, zatem byłeś ogarniętym dzieciakiem. Rzeźbiłeś narzędzia, wykorzystywałeś porady i robiłeś lepsze modele. Brawo Ty! Zupełnie serio. Ja nie byłem. I nie znałem nikogo jak Ty. Problemem nie jest to, że ktoś pokonał jakąś przeszkodę, tylko to, że trzeba było pokonywać piętrzące się przeszkody na każdym kroku i etapie. Nie mające nic wspólnego z samym zajęciem, które się chciało wykonywać. Moim zdaniem to był realny problem tamtych lat i generalnie dzieciaki nie dawały rady się z nim uporać. Pomimo książki Wagnera, która sama w sobie mogła być zupełnie dobrym poradnikiem modelarskim, gdyby nie otaczające realia. Okładka to dygresja, bez szczególnego znaczenia.
  7. Ktoś tu znowu napisał o tym, że możliwości manualne dzisiejszych dzieciaków mają się nijak do mitycznych 'naszych' czasów. Dzisiejsze dzieci może i nie kleją modeli z Misia. Trudno się dziwić, mają dużo ciekawsze atrakcje. Ale to nie znaczy, ze nie są w stanie. W rodzinie mam koleżkę, który zupełnie spontanicznie w szkole swoich dzieci zorganizował zajęcia na których budują różne rzeczy. Nie modele, ale proste urządzenia, które coś robią. Latają,, podnoszą, przerzucają, miotają itd. Znajduje w sieci różne takie szpeje i przynosi na zajęcia. Dzieciaki tną, kleją, malują, skręcają. I jakoś te rączki dają radę! Początkowo robił za swoje, teraz szkoła i rodzice wysupłali jakiś skromny fundusz na materiały i takie tam. Gdy tu, na forum pojawi się czasem jakiś małoletni modelarz nikt nie pieje z zachwytu, że mimo iż z pokolenia nieudaczników, udało mu się zlepić cokolwiek. Raczej pojawiają się uwagi co jest nie tak i jak zrobić lepiej. A modele są zwykle o niebo lepsze niż te wykonywane przez nas w 'naszych' czasach. Nie dlatego, że trafił się jakiś manualny geniusz, tylko dlatego, że młody człowiek ma narzędzia, materiały i informacje. I jeszcze materiał wyjściowy w postaci genialnego wręcz zestawu, jeśli porównać go z wytworem firmy Igruszka. Nie twierdzę, że z książki Wagnera nie da się zupełnie nic zastosować. Ale co mi z tego, że miałem radę jak zastosować igły lekarskie? Może bym i zastosował, ale skąd miałem je wziąć? I jeszcze w różnych rozmiarach. Albo czym miałem zrobić ten rysik z szydełka? To były czasy, kiedy powszechnie zakładało się, że różne rzeczy można, a nawet należy 'zorganizować'. Ale możliwości były różne. Jak ktoś miał w rodzinie pielęgniarkę, to pewnie igły nie byłyby problemem. Ale pielęgniarka nie zrobi rysika. Pamiętajmy, że mówimy o dzieciach, młodzieży. Gdybym poprosił ojca, pewnie zaniósłby to szydełko do zakładowych warsztatów i powiedział panu Zenkowi, żeby wyszlifował z niego rysik. Albo wytłumaczyłby mi, że takich rzeczy się nie robi, że to nie uchodzi. Dzieciak, oprócz wymyślenia jak można zdobyć rysik musiał jeszcze rozstrzygać takie dylematy. Mnie nie przyszło do głowy, by tak zakombinować.
  8. Podejście masz dobre: ludzie żyli, kochali się, bawili się, chorowali, wypoczywali itd. Ale myślę, że mylisz się w kwestii oceny przeszłości. Wspominki czasów PRL co rusz pojawiają się i na ogół w tonie Wtedy to były czasy! Albo: My to byliśmy, a dzisiejsi ludzie umarliby z głodu, gdyby im wyłączyć aplikację. Piszę ogólnie, ale i ten wątek nie jest od tego wolny. Oczywiście, gdyby zadać pytanie czy PRL był fajny, to pewnie nikt by nie potwierdził, ale już pojedyncze zdarzenia - to co innego. Książka Wagnera powraca w tym wątku pewnie co trzy strony. Wiadomo, modelarska biblia tamtych czasów. I pewnie, okładka ze Spitfire'em i Humbrolami, rysunki wyprasek z samolotami zza żelaznej kurtyny, to robiło wrażenie. Ale ciekawy jestem, ilu z piszących o tej książce wówczas rzeczywiście z niej skorzystało. Podejrzewam, że gdzieś się jeszcze wala w piwnicy. Ale przeczytałem ją raz. Jak pisze Merlin - dla dzieciaka z prowincji nie miała żadnej merytorycznej wartości. Może w dużym mieście można było skorzystać z dobrodziejstw jakiejś modelarni ( w skrzydlatej co rusz czytało się o jakimś mitycznym dla mnie klubie przy pałacu w Warszawie). Może były tam dostępne narzędzia, może jakaś chemia, może instruktor coś umiał i podzielił się wiedzą. W małym mieście nie było żadnego klubu i człowiek nawet nie wiedział, czy w ogóle mieszka tu jakiś modelarz. Co najwyżej trafiło się, że w dziale modele czytelników w SP pojawił się model jakiegoś Karola z twojego miasta i to tyle, co mogłeś wiedzieć. Porady z książki Wagnera brzmiały jak z Marsa. Bez narzędzi, materiałów i doświadczenia można było najwyżej powzdychać, jacy to modelarze są na świecie. Aerograf? Tato przywiózł mi ruska ze służbowej wyprawy za wschodnią granicę na początku lat osiemdziesiątych.. Co to była za radość, co za emocja! Dopóki nie okazało się, że problem sprężarki jest nie do przeskoczenia. Nadzieja wróciła po kilku latach, gdy szwagier - student z Gdańska, podarował mi sprężarkę z jakiegoś urządzenia. I weź to teraz odpal! Jakiś prąd, jakaś regulacja, jakieś podłączenia. Raz udało się to gdzieś uruchomić - pryskać za bardzo nie chciało. Sprężareczka leżała w gratach, czekając na lepsze czasy, aerograf na półce tak samo. Ostatecznie udało się go użyć dobrze po roku 2000, gdy wróciłem do modelarstwa. Po prostu kupiłem sprężarkę w sklepie modelarskim. Ilu z nas dzisiaj, z całym tym internetem i poradnikami jest gotowych zrobić lodówkowca? Niby żadna filozofia, ale jednak ledwie pojedynczy modelarze porywają się na to. Raczej jednak dorośli. Modele malowałem porządnym pędzelkiem, farbkami Talensa. Farbki były typu jak Humbrole, jakiś komplet do malowania ceramiki, czy czego, wszystkie błyszczące. Pędzelek w zestawie. Lakieru żadnego nie miałem. Wśród kolegów z tym Talensem byłem Ktoś! To było możliwe tylko dlatego, że szwagier studiował architekturę i dzięki temu miał prawo robić zakupy w sklepie dla plastyków w Gdańsku. W ograniczonym zakresie, bo tylko ograniczony zakres przysługiwał tym z architektury... . Ani mnie czasy nie nauczyły zaradności w modelarstwie, ani znajdowania innych dróg do lepszego rezultatu. Brak narzędzi, materiałów i chemii kończył się jedynie frustracją i modelarską bylejakością. Na studiach poznałem typa, co też robił modele. Też z mniejszego miasta. Nic lepsze od moich. Do samej młodości też średnio tęsknię. Może i nie bolało, ale szczególnie mądry to człowiek też nie był.
  9. W ogóle takie łączenie jest na ogół kłopotliwe i zwykle wymaga sporo uwagi i trochę dodatkowej roboty. Jakby to jakoś wyprzeć, to miżek całkem, całkiem.
  10. Tu nie chodzi o ślady eksploatacji, a o jednoznaczne zaburzenie aerodynamiki.
  11. No właśnie. Ja tego zestawu w ogóle nie znam. Model prezentuje się atrakcyjnie, ale już w zasadzie na pierwszy rzut oka widać to łączenie części ogonowej z głównym kadłubem i wstępny czar pryska. Oczywiście można i należy wyłapywać pozytywne rzeczy, jak te wspomniane wyżej przez kolegów. One są i nikt temu nie zaprzecza. Wciąż jednak to łączenie pozostaje istotnym błędem znacznie wpływającym na odbiór modelu.
  12. Być może, ale jaki jest jej cel?
  13. Ten zestaw do budowy modelu umożliwia zrobienie rozstykówki, prawda?
  14. Uprościłem temat, fakt. Kolektory przewodów zapłonowych niby dzieliły się na ciśnieniowe (w uproszczeniu przekrój prostokątny) i zwykłe (przekrój kołowy), ale istniały różne konfiguracje miejsca, gdzie przewody wychodziły z kolektorów. Znam przypadek, gdy przewody przedniej gwiazdy różniły się od tych od tylnej. Zdarzał się oplot w miedzianym (mosiężnym?) kolorze. Także dodatkowe, gumowe, czarne koszulki nakładane na przewód. Patynowanie na zielonkawo to też przykładowa wersja. Brak patyny, albo film olejowy i brud to też opcje. Na osłony popychaczy nakładano skórzane, sznurowane osłony, których nigdy nie widziałem na zdjęciach ze służby, i które chyba zniknęły także w produkcji. Można tu kombinować szczegółową kwerendę, ale z kontekstu założyłem, że nawet do kwestii, czy silnik był wymieniony, czy nie zamierzasz podejść swobodnie, więc temat uprościłem.
  15. Nie jestem pewien, ale jakby tego Suttona nieco podformować, to nie byłby taki najgorszy. Bo tak prosto z ramki, to trochę jakby walec przejechał. A może blaszka jest po prostu 'umowna'.
  16. Pasy - tak. Jakby tak fotę tego fotela w świetle, hę? A, celownik z okrągłym ekranem. Najprawdopodobniej.
  17. Rączka jest po prostu czerwona i stoi w osi czarnej butli (normalnie, okrągłej w przekroju, niech nikogo nie myli deformacja zdjęcia). To jest pneumatyczny system awaryjnego opuszczania podwozia i przesunięcie rączki w kierunku nosa: emergency only. Pasy to cała opowieść. A bez niej: dolna część mocowana do bocznych ścianek miski fotela, mniej więcej w środku. Na zdjęciu wyżej widać otwór w ściance miski, przez który przewlekany był pas. Pod nim mocowany był metalowy zaczep pasa. Z drugiej strony odpowiednio. Magazynek na flary wątpliwy. A jeśli był to powinien towarzyszyć mu Very pistol mocowany do ścianki fotela w prawym, dolnym rogu, za dźwignią regulującą ustawienie krzesła. A przynajmniej olstro.
  18. A możesz ją z góry wciągnąć? Smoła i ekskrementy są? Blok silnika i pokrywa reduktora śmigła, rozdzielacze - Engine Grey Iskrownik i governor - czarne. Tarcza governora czarna, możliwa srebrna. Kolektor przewodów zapłonowych srebrny, możliwy czarny. Przewody zapłonowe w oplocie metalowym, srebrnym. Z czasem patynowało to na zielonkawy odcień. Możliwe, ale mało prawdopodobne bez oplotu z izolacją czarną, ewentualnie brązową. Cylindry i głowice - srebrne. Zewnętrzne przewody olejowe - srebrne. Rury osłonowe popychaczy - czarne. Deflektory powietrza chłodzącego cylindry - czarne. Pokrywki krzywek zaworowych raczej srebrne, ale możliwe czarne. Jeżeli opowieść o samolocie latającym te wszystkie misje bez wymiany silnika nie jest prawdziwa to: żelowy kolektor przewodów zapłonowych - Engine Grey. I oczywiście, odpowiednie dla tej wersji rozdzielacze, ale wciąż EG. Reszta j.w.
  19. Pytasz o tutorial, czy kolory? Cóż, jest taki film 'Wojna fasolowa'. Występująca tam świnia Lupita stoi u źródeł tego imienia. Może i szarówka. U mnie w cholerę strome, ale jednak schody. Same stopnie wystające ze ściany - zawsze mi się takie marzyły. Lupita popierdziela po nich na pełnym ogniu.
  20. To różowe na prawej burcie jest odlane, czy przyklejałeś? Będziesz wymieniał celownik? Jak nie, to pokaż co tam jest w zestawie. Jeżeli tam są pasy na tym fotelu i są zamontowane, to nie w tym miejscu. Słabo widać, ale poduszka za plecami pilota wygląda podejrzanie. O ile się nie mylę, to ten samolot nie miał podłogi. Za to miał płytę pancerną pod fotelem, zwyczajowo pomijaną przez producentów wszelkich zestawów. Co wspominam na zasadzie ciekawostki, bo w zamkniętym kadłubie jest ona zupełnie niewidoczna.
  21. Czad! Poczułem się swojsko. Tyle, że u nas, to raczej erem Magdy, z którego patrzy sobie na jezioro, głaszcząc rozwaloną na kolanach Lupitę :). Na Korsarza też się zerknie. Co masz na fotach na ścianie?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.