Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 381
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Ale wróćmy do sprężarek. Przydałaby się kopułka chłodzenia. Postanowiłem wykonać ją sposobem, jaki stosowałem dla wydechów w Spitfire. Końcówka ma być metalowa zintegrowana z plastikowymi częściami. Wprawdzie w końcówkę wetknięty będzie koniec przewodu powietrznego, ale metalowy wlot zapewni sztywność przy sensownej grubości ścianek. Ma powstać coś wg szkicu. Sama kopułka (1.) to szpachla w płynie nakapana na wycięty cyrklem krążek z plastiku 0,25mm. Uprzedzając fakty, nie był to dobry pomysł. Szpachla nijak nie chciała zaschnąć. Niby się szlifowała, ale zdumiewająco zmieniała swój kształt pod pilnikiem. W ogóle było śmiesznie, bo trudno to było zauważyć, tylko było jakoś tak dziwnie :). Metalowa końcówka (2.) to odcięty kawałek igły do zastrzyków, zgniecionej w imadle do owalu. Oczywiście obrobiona. Rozszerzający się kanał dolotowy (3.) powstał z płytki plastikowej. Najpierw dwa, przycięte zgrubnie kawałki plastiku zostały sklejone od strony wlotu. Tu jest spory nadmiar, żeby było za co chwycić i żeby klej nie wchodził na docelowy element. W ten sposób mogą powstać dwa kanały na raz. Gotowe kanały zostały wstępnie ukształtowane poprzez wygniecenie na macie narzędziami z półkolistymi końcówkami. Co tam jest pod ręką – obsadki, pędzelki – cokolwiek. Nie zaszkodzi dogiąć palcami tu i tam. Potem jeszcze trzeba to będzie uzupełnić szpachlowaniem. Jak widać niektóre narzędzia były nieco przyrdzewiałe, ale to nie jest powód do przejmowania się :). Można kleić końcówki. Korpusy sprężarek dostały szpachlę w miejscu gdzie były, wspomniane wcześniej, wcięcia. Trzeba tez było przedłużyć kanały dolotowe spalin, bo (uwaga, niespodzianka), były za krótkie. Posłużyła do tego płytka plastiku, z której wybite zostało kółko. Te, podzielone na pół, posłużyło jako przedłużka. Potem szpachlówka i szlif, ale na to jest jeszcze czas. Podobnie jak na doklejenie kołnierza łączącego sprężarkę z przewodem spalinowym. W tym czasie postanowiłem uzupełnić nieco swój modelarski warsztat. Nie miałem już surfacera, a potrzebowałem do formowania kopułki chłodzenia. Przy okazji uznałem, że trzeba pójść z duchem czasu i spróbować się z czarnym klejem CA. Jeszcze się upewniłem u Marcina Witkowskiego, czy wybrałem dobry produkt i zamówienie poszło do realizacji. Korpus sprężarki, kopułki, to etap gdy sporo jest czekania na wyschnięcie nałożonej szpachlówki. W tym czasie można szlifować coś innego. Przy okazji wyszło, że dołączona do mosiężnych rurek, jako zabezpieczenie transportowe, kantóweczka drewniana świetnie nada się na modelarski klocek do papieru ściernego. W końcu, tak czy inaczej, kopułki udało się wyszlifować. Podobnie kanały dolotowe, wyprofilowane także z użyciem szpachlówki. Można było połączyć jedno z drugim. I wkleić żeberko pod końcówką kanału (5.). Teraz można się było zabrać za spawy łączące kanał z kopułką (6.). To cieniutki pasek plastiku 0,1mm naklejony na kopułkę, zwilżony obficie cienkim klejem Tamiya dla zmiękczenia i podziabany nożykiem. Zdaje się, że przy tym utraciło się nieco szpachli tworzącej kopułkę,ale przy tych wszystkich łukach wyrysowanych przez gotowe elementy nie będzie to problemem. Wklejenie wirnika w korpus okazało się zadaniem nieco trudniejszym, niż się spodziewałem. Jasne, bez przesady, ale trzeba było ten pierścień wpasować na oko w krzywizny korpusu tak, by się odpowiednio prezentował . W sensie, że jego wystawanie musiało być dobrze odbierane przez oko i powtarzalne w dwóch sprężarkach. To że wirniki zeszlifowały się trochę cienkawo nie pomagało w procesie. Dlatego korpus umocowałem na podłożu plasteliną, a pod wirniki podkleiłem plastikowe płytki, by te siedziały wstępnie na odpowiedniej wysokości. Punktowe kapnięcie klejem i sprawdzenie, czy gdzieś nie trzeba docisnąć, czy wręcz przeciwnie i można sypać klej po okręgu. W praktyce oznacza to wielokrotne poprawianie, podciąganie, dociskanie, kolejne klejenie, przyglądanie się z różnych perspektyw itd. Ot konsekwencja ręcznej roboty, gdzie trzeba uniknąć nałożenia się drobnych błędów. Dla czystej frajdy położyłem sobie kopułkę chłodzenia na wirniku. No dobra, także dla sprawdzenia, czy nie odstaje gdzieś czasem. Klejenie od góry jest jednak niepewne. Nie chciałem zalewać łączenia intensywnie od tej strony, a szczeliny między wirnikiem, a korpusem są różne. Owszem, zalewać, żeby nie zniwelować nierówności, ale tylko trochę. Dlatego konstrukcyjne klejenie jest od spodu. Jak widać jeden wirnik wszedł z całkiem sporym dystansem i potrzebne były mostki montażowe. Później jeszcze musiałem to klejenie uzupełniać, bo okazało się, że pozostały szczeliny, przez które przebijało się światło. Pal licho światło, ale wolę nie martwić się, że mi wirnik wypadnie, jak niechcący gdzieś bardziej nacisnę.
  2. Ile to ja czasu spędziłem wpatrując się w zdjęcia dużej Katany w katalogu Motorrada. Ile razy powtarzałem sobie dane techniczne. Niewątpliwie było to moje największe katalogowe marzenie ever. Tylko częściowo spełnione - moim pierwszym 'prawdziwym' moto była Katana 550, niestety bez tej wspaniałej półowiewki. Może i dobrze, bo to był kloc straszliwy z dość skromną mocą. A duża Katana to jednak 100 koni, dalej kloc i na, typowym dla czasów, rachitycznym podwoziu. Mogłoby się to źle skończyć. Dla mnie podróż sentymentalna i patrząc na model nawet nie próbuję wyjść poza ten sentyment. Galerię obejrzałem z wielką przyjemnością.
  3. Jak nie wybaczam, jak wybaczam! O sposób myślenia się dopytuję. Filozoficznie.
  4. Przyznam, że to jest rzecz, której z gruntu nie rozumiem. Narobić się przy drucikach, wykonać ich gniazda, z zachowaniem różnej geometrii dla przedniej i tylnej gwiazdy, a zostawić widocznego na pierwszy rzut oka grzmota, który jest technologicznym absurdem. Mój szacunek dla technologii nie potrafi tego znieść. I to , śmiem twierdzić, dotyczy nie tylko mnie. Ignorancję rozumiem, nikt nie wie wszystkiego i gdy nie jest świadom błędu, to mamy zupełnie inną sytuację. Ale gdy już wiadomo, że ten iskrownik to bzdura, to niczym się to nie różni od przyklejenia w kabinie dodatkowego drążka sterowego, takiego do niczego nie podłączonego, ale sterczącego z podłogi bez sensu. Trudno mi sobie wyobrazić modelarza, który bezstresowo by taki drążek zostawił w kabinie. Czy się jednak mylę? Bo jak nie, to nie wiem o co tu chodzi. System sterowania samolotem jest istotny, a napęd samolotu od macochy?
  5. Zrobiłeś trudniejsze rzeczy niż odcięcie kawałka plastiku i przyklejenie prostokątnej płytki. Ale wybaczam.
  6. Toteż mówię o tej pozostałej części :). Najbardziej rzuca się w oczy ten nieszczęsny iskrownik.
  7. Przymierzałeś rozdzielacze? Bo może być, że te przerwy są właśnie ze względu na nie i teraz, gdy są tam gniazda przewodów to już nie wejdą... . Gniazda do najniższego cylindra masz nieprawidłowo. Jeżeli planujesz dołożyć elementy instalacji olejowej, to może to się ukryć, choć z drugiej strony trudno będzie przeciągnąć przewody. A jak tej instalacji nie będzie, to prawidłowe pociągnięcie przewodów będzie wyglądało nienaturalnie. Zachowanie ich przebiegu jak wszędzie indziej będzie optycznie naturalne, ale nieprawidłowe historycznie. Tak to bywa, jeden błąd generuje kolejne :).
  8. Teraz stoisz przed wyzwaniem co zrobić z uproszczeniami i błędami producenta zestawu. Co przerobić, co ukryć, a co oszukać. Przy skraczu na bazie części z zestawu niemal zawsze tak to wygląda. Producent przerwał pierścień przewodów w miejscach, gdzie mają być rozdzielacze, choć w oryginale była tu ciągłość. Tego nie będzie widać, więc pewnie spokojnie sobie poradzisz ciągnąc przewody znikąd. Ale do usunięcia jest iskrownik, którego tu w ogóle nie było i nie wiem co dzieje się za nim. No i nie widzimy spodu, a tam, na samym dole, ze względu na elementy instalacji olejowej, gniazda przewodów na pierścieniu tracą swoją regularność. Bardzo fajnie to wygląda. W ogóle inna liga niż płaskie przewody z blaszki. Super! Sklejenie przewodów po dwa wydaje mi się ryzykownym rozwiązaniem - rodzi obawy co do ich osiowości w gniazdach, ale możliwe, że niesłuszne.
  9. Popularne, modelarskie hasło, żeby nie ufać instrukcjom nie wzięło się znikąd. W ogóle lepiej mieć nawyk, by zerkać na samolot przy budowie modelu i sprawdzać różne rzeczy. Kwestia konwencji, niekoniecznie wszystko, ale po prawdzie im więcej tym lepiej. Oprócz instrukcji zagrożeniem jest rutyna. Ostatnio widziałem przypadek, gdzie koleżka przykleił limuzynę Spitfire'a tak, jakby otwierała się na bok, jak w Me-109. Sam kiedyś zamontowałem pokrywy podwozia w Mustangu odwrotnie, bo mi się to lepiej wpasowywało w intuicyjną sylwetkę samolotu. A geometria układu podwozie - wnęka jest tu akurat odwrotna. A jak się nam nałoży nieszczęście z instrukcji i z rutyny, to i narody mogą klęknąć ;).
  10. Nieśmiałość? Po prawdzie to jest brak sprawdzenia ze strony modelarza. Przewody zapłonowe wychodziły z kolektora przewodów, nie z jakiegoś dysku za nim. Rozumiem, że to jest przybliżenie, na jakie zdecydował się i producent, i które zaakceptował modelarz. Ale gdyby to sprawdzić, to okazałoby się, że po przyłożeniu kolektora, dysk z przewodami zupełnie się z nim nie zgadza. Producent nie przyłożył i słoneczko przewodowe wziął sobie prosto z dupy.. W rezultacie sensowne przyczepienie tych przewodów do cylindrów jest fizycznie niemożliwe. Jak dołożysz kolektor, to będziesz miał przewody wychodzące znikąd. Co prawda nie było przy tym obowiązku przeinaczyć w instrukcji systemu połączenia kolektor - cylindry i można było ograniczyć problem do tych paru kabli znikąd. Ale też nic nie szkodziłoby gdybyś spojrzał na jakąś fotę silnika przed montażem.
  11. Racja, racja. Dlatego byłoby Ci łatwiej gdybyś układał te przewody wg rzeczywistego R-2800, a nie wg siebie ;).
  12. Ugello di tutti ugelli!
  13. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Dobrze wiedzieć. Te moje to na oko są 0,3 mm, ale nie sprawdzałem. Chodziło o to, że były na oko akurat :). Wspomniałem wcześniej, że przy eksponowaniu tylko górnych części sprężarek jest wystarczająco dużo roboty. Jest tak dlatego, że producent zestawu wykonał ten element w dość specyficzny sposób. Co nie znaczy niezrozumiały, bo przecież musiał operować w ramach technologii wtrysku. W rzeczywistości sprężarka obudowana jest dość zgrubnie. Na korpus komory powietrza, która jest widoczna w belce ogonowej zachodzą blachy okapotowania. Tego nie było jak wtrysnąć i Hasegawa zasugerowała te blachy poprzez ordynarne wycięcie kawałka komory powietrznej. Niby wklejenie jej w kanał tak, by była nieco niżej niż poszycie mogłoby udawać to zachodzenie blachy, ale na serio jest to siermiężne rozwiązanie. Szczególnie, że sam kanał w postaci wanny o pionowych ścianach też realizmu nie dodaje. Dlatego ubytki w sprężarce trzeba będzie podszpachlować, ale też zupełnie zmienić strukturę poszycia w tym miejscu. Planuje się podrzeźbić co trzeba i nałożyć na belkę arkusze poszycia z cienkiego plastiku. Te sąsiadujące ze sprężarką. Przy okazji można zadbać o szczegóły, np. uzupełnić powierzchnię o szczeliny/wentylacje, czy zająć się wymianą przysprężarkowej ostrogi. To, żeby nie była tak gruba i by zlikwidować efekt jej stopienia z poszyciem. Na wyprasce leżą papierowe szablony na element poszycia za sprężarką, a na kolejnych zdjęciach zespolone, doszlifowywane elementy z plastiku. Zespolenie pozwala wykonać dwa elementy na raz, ale tez zwiększa sztywność plastikowej płytki 0,1 mm, która bez tego byłaby w zasadzie nieszlifowalna.
  14. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Po sadze wirnikowej dalsze prace przy sprężarkach wydają się iść jak burza. To taki bonus po żmudnym etapie - wszystko wydaję się zmieniać w oczach. Z zestawowej sprężarki zostanie się jedynie korpus komory spalin. Kopułka chłodzenia wraz z wirnikiem idzie w niebyt, a jej wyrezywanie to sama frajda :). Znika też zespół rury wydechowej. Ten wydech dostanie formę bardziej zbliżoną do oryginału, z kołnierzem montażowym i końcówką rury wydechowej. By tak się stało, potrzebne jest zamontowanie gniazda wydechu na korpusie. Gniazdo będzie z plastikowej rurki. By zachować kąt zrobiłem sobie przymiar: I już, z wykorzystaniem plasteliny modelarskiej można ustawiać rurkę i potem bezstresowo ją przyklejać. Przyklejoną rurkę przyciąć do wymiaru. W wybijaku można dostrzec krążek z plastiku 0,1mm, z którego powstanie kołnierz. Teraz wybijakiem z igły lekarskiej można usunąć środek kołnierza. Kilka prób i można wybrać sobie taki, w miarę wycentrowany. A raczej kilka, bo na jednym wydechu kołnierze będą dwa, od rury i od sprężarki. Sama rura dopiłowana z igły do zastrzyków i sklejona z kołnierzami (do pozycjonowania przed aplikacją CA znów posłużyła plastelina). Odpowiednio dobrany wybijak pomógł utworzyć przepustnicę, która po sklejeniu z ośką trafiła do rury. Od zewnątrz przykleiły się pozostałe części ośki. Jest nadzieja, że widoczny na powiększeniu brak osiowości w modelu zniknie. Szczególnie, że to i owo się nagnie :). Dotyczy to też falującego kołnierza. W międzyczasie korpus został nawiercony na wylot tak, by można było wetknąć w otwory kawałki igły lekarskiej, które imitować będą gniazda do montażu pierścienia opancerzenia. W Lightningach taki pierścień pojawił się w późniejszych wersjach, ale charakterystyczne gniazda zdobiły komorę spalin także i w moim P-38. Potrzebne były mega cienkie igły, ale już dawno temu zabezpieczyłem sobie zapas strzykawek, które wcześniej służyły mi do wstrzykiwania sobie w brzuch środka przeciwzakrzepowego, stosowanego po zabiegach operacyjnych. Postanowiłem sobie, że moje cierpienie nie pójdzie na marne i teraz mam spory zapas takich super cienkich igieł. Pokazana wcześniej końcówka rury z kołnierzami ostatecznie zakończyła żywot w koszu. Okazało się, że odcinek pełnej rury zrobił się za krótki , a w dodatku rura nr 2 gibała się w bok, bo jej podstawa nie była prostopadła do rurowej osi. Trzeba było uciąć nowe, staranniej. Zresztą, z czasem do towarzystwa rurze poleciało przyklejone wcześniej gniazdo na korpusie, ale to jeszcze nie teraz i z innych powodów. Czyli większość tego, co tu pokazałem wywaliłem w cholerę. Jednak technologia dla nowych wersji zostaje.
  15. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Słusznie. Żaden modelarz nie zagwarantuje, że ukończy model. Ale szansa na to, że zrobi to, powiedzmy Pan abtb jest duuużo większa niż w przypadku Gonza. Im bardziej zaawansowany projekt, tym szansa mniejsza, co zresztą dotyczy wszystkiego w modelarstwie i poza nim. No nie wiem, czy odważyłbym się tak powiedzieć. Bo to jest rzecz określająca całokształt człowieka i sugerująca, że nie przekroczył bariery nigdy w życiu, w żadnej dziedzinie. To się bez trudu przekłada z dziedziny na dziedzinę. Moim zdaniem spokojnie jest możliwe, że ktoś wie jak smakuje przekroczenie bariery, ale nie chce mierzyć się z kosztami przekraczania w modelarstwie. I to jest spoko. Jedyne co mnie przy tym kłuje, to zaklinanie rzeczywistości, polegające na tym, że taki modelarz nie chce zrezygnować z aureoli wartości jakie można znaleźć w modelarstwie. Wtedy faktycznie mogą się pojawić wypowiedzi deprecjonujące zaawansowane budowy, ale wtedy też nie są one skierowane do nikogo innego niż samego siebie. I to się jednak nie zdarza często. Modelarze czują drabinkę modelarskiej jakości i raczej nie szarżują ze swoim miejscem na niej, Co najwyżej mają problem z dostrzeżeniem jej w całości, ale o tym już mówiłem. Multitechnologie w modelarstwie to dobra rzecz . Zresztą obecna nieodwracalnie. Modelarz może sobie wybrać jaką wykorzysta w swojej pracy, a z jakiej zrezygnuje. Wciąż jednak warto pamiętać, że oceniając model, o ile chcemy pozostać w zgodzie z tradycyjnymi modelarskimi wartościami, uznajemy, że lepszy to ten, który trudniej zrobić. Nowe technologie, po pierwszym okresie zachłyśnięcia się nimi, ustawiają się na swoim miejscu w ciągu trudności wykonania. W przypadku zaawansowanych projektów znaczenie tego robi się marginalne. Modelarz niezależnie od wybranych, czy odrzuconych technologii i tak wkłada w model tyle serca i tyle pracy, że wskazówka trudności drga w czerwonym polu, gdzie nie ma już większego znaczenia co jest trudniejsze. Wojtek, o ile wiem, poszedł w latanie i budowa modeli chyba przestała być wystarczająco atrakcyjna. Swoje latanie mam już raczej za sobą, toteż optymistycznie patrzę na Lightninga :).
  16. Zdefiniuj opłaca się.
  17. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    I dlatego nawet tego nie komentowałem :). Tu dotykasz istotnej kwestii. Co prawda nie wiem, czy łatwo, ale na pewno niebezpieczeństwo istnieje. Jest coś takiego (znane z życia przecież) jak zapierająca dech w piersiach budowa modelu, gdzie widzimy, że autor osiąga fantastyczne rezultaty. Ale założenie projektu (tu to słowo akurat dobrze pasuje) jest tak karkołomne, że powstaje obawa , czy rzecz dotrze do końca. I takie porzucone, lub odłożone na nie wiadomo kiedy budowy są znane. Jest rzeczą naturalną, że po wykonaniu jakiegoś skomplikowanego elementu, czy etapu budowy autor zbiera doświadczenie i ma bazę by podejść do niego jeszcze raz, z jeszcze lepszym wynikiem. Tu akurat jest moment, gdzie można popaść w tę spiralę nienawiści, o której wspominasz, ale wątpię by było to łatwe. Pojawia się efekt Uffff, jak na rysunku w relacji i raczej ciężko jest zmusić się by jeszcze raz przez to przechodzić. A jak jeszcze modelarze, których zdanie sobie cenisz ( dzięki wyrażą się pozytywnie, o tym co zrobiłeś, to już na prawdę trzeba mieć psychikę jak Jarek Psikutas, żeby cisnąć jeszcze raz. Większe niebezpieczeństwo tkwi w nadmiernie ambitnych założeniach projektu i przeszacowaniu swoich możliwości. Różnych; psychicznych, albo np. życiowych z dostępem do czasu na modelarstwo włącznie. Pojawiają się też nieco inne przeszkody, jak np. uznawanie, że na godzinę to nie ma co siadać do modelu, bo przy takim nawale roboty to nic się nie zrobi itd. Ostatecznie dostosowanie zaawansowania projektu do życiowych realiów jest istotnym elementem. Mój Lightning nie jest projektem, bo jestem zbyt leniwy, by zrobić konkretny plan budowy modelu. Ale na bieżąco rozstrzygam dylematy w kontekście tego co wyżej. Np. przy sprężarkach pojawiła się pokusa, by odsłonić poszycie i pokazać jedną w całości. Albo zrobić jedną belkę z wybudowaną sprężarką. Zrezygnowałem z tego. Uznałem, że ekspozycja samej góry sprężarek to już jest wystarczające wyzwanie, a do tego samolot oferuje tyle różnych elementów w klasycznych przedziałach: kabina, wnęki podwozia, silnik, uzbrojenie, że taki element nie jest modelowi potrzebny. Nakład pracy stricte modelarskiej plus nieprzewidywalne w tym momencie wyzwanie gdy chodzi o zdobycie odpowiedniej dokumentacji przeważył. Podobnie jest z ideą chłodnic skrzydłowych. Tu jeszcze nie podjąłem decyzji, bo jest to bardzo charakterystyczny element konstrukcji samolotu i zupełnie niewidoczny gdy poszycie nie jest zdjęte. Ale gdy przyjdzie do ostatecznych decyzji trzeba to będzie rozważyć także pod kątem ryzyka nieskończenia modelu. W moim swobodnym podejściu zaletą jest to, że mogę z czasem na bieżąco wprowadzać do równania współczynnik zmęczenia modelem :). Zatem tak, zaawansowana budowa wymaga brania pod uwagę problemu możliwości jej zakończenia. Trzeba zgrać skomplikowanie założeń, swoje możliwości i wybrany temat z dopuszczalnym dla siebie, ale i realistycznym czasem zakończenia. Dla przykładu pierwszowojenny szmatopłat będzie zawsze prostszym do ogarnięcia tematem, niż drugowojenny samolot, o ile założony stopień odwzorowania konstrukcji będzie ten sam. A wcale nie jest tak, że trudniejsze zadanie przyniesie koniecznie większą chwałę :). Jeszcze innym elementem problemu jest wybór tematu. Nie ze względu na skomplikowanie, a potrzebę duszy. Wielu modelarzy ma swój temat Nr1, swojego Graala. I jest rzeczą powszechną, że mając oczywisty plan zbudowania super modelu tego tematu, jednak nie podejmują go i odkładają na później. Już to dlatego, że zbierają doświadczenie, by godnie wykonać swoją gwiazdę, już to ulegając nieśmiałości i podświadomej obawie zmierzenia się z nią. Czas jednak leci i lepiej nie przegapić momentu, by zacząć budowę. I zwykle trzeba coś poświęcić. Zrezygnować z innych tematów, które chciałoby się wykonać, pogodzić się z tym, że spoczywające w pudełkach na półce zestawy już nimi pozostaną i nigdy nie zamienią się w modele, odpuścić zaczęte kiedyś, a porzucone projekty. Powiedzenie sobie: OK, do tego już nigdy nie wrócę, zamiast: Nie, no, jeszcze to zrobię, nie teraz, ale kiedyś, robi wielką różnicę.
  18. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Ja tak mówię :). Chyba widzę to troszkę inaczej niż Albatros, bo w ogóle nie kojarzę by owa pejoratywna forma komentarzy do zaawansowanych poczynań modelarskich miała inne znaczenie niż wyraz najwyższego uznania. I jeżeli ktoś mówi, że nie robi w modelarstwie trudniejszych rzeczy, bo nie jest wariatem, czy masochistą, to w tym też nie widzę nic innego, jak uznanie dla takich prac. Określenia takie jak liczynit są negatywne nie wobec filozofii budowy modelu, a raczej wobec postaw w ocenianiu innych. Negatywny liczynit to ten co się zna i przywala się do innych modelarzy o rzeczy, na których tym modelarzom nie zależy. Mnie bardziej zastanawia inne zjawisko, które polega na odchodzeniu modelarzy od samodzielnego działania przy budowie modeli. Nie chodzi tu o to, że maleje liczba ludzi dziergających w scratchu. Tych jak moja pamięć modelarska sięga, zawsze było niewielu. I śmiem twierdzić, że w czasach, gdy nie było innego modelarstwa, bo nie było zestawów, to wciąż tak samo nieliczni przejmowali się szczegółowym odwzorowaniem detali modelu w skali. Problem (o modelarstwie rozmawiamy, nie światowych problemach ludzkości) jest w tym, że jeszcze niedawno wszyscy modelarze redukcyjni rozumieli i przyjmowali za oczywiste, że samodzielna budowa modelu to jest najwyższa liga modelarska. Układ odniesienia, który choć oczywiście pomijany, jako absurdalny, niefajny, nieprzyjemny - cokolwiek, to jednak był zawsze obecny w świadomości. Tymczasem ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że ta świadomość zanika. Że jest już spora grupa modelarzy, która samodzielną budowę traktuje jak jakąś legendę. Jak Artura Pendragona, co do którego można się spierać, czy istniał jakiś jego pierwowzór, ale wiadomo, że król Artur to mit, nieprawda. Może to używanie negatywnych określeń dla trudniejszych budów też coś dodaje do tematu, może przyczynia się do zjawiska - nie wiem. Moim zdaniem zjawisko źle robi modelarstwu, ale też widzę, że świetnie wpisuje się w szeroki model zmieniającego się świata, który stawia już na inne wartości niż te, które ja pamiętam i uznaję. Oczywiście, wiem, że jakby co, to parafrazując Sonny Curtisa (albo podążając za Robem Potylo) : I fought the world and world won. Także krucjatę raczej pomijam, ale zmieniać wartości też nie planuję.
  19. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Ale jak to? Chcesz mi obrzydzić hobby? Wszyscy mówią, że hobby ma być przyjemne.
  20. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Przy tej wielkości nawet minimalna nierównoległość krawędzi paska, skutkuje różnicami wysokości. Czasem płytka przyklei się z jakimś skosem w różnych kierunkach, Klej też potrafi się jakoś nawarstwić. Dłuższe paski wg mnie nic nie dadzą. Będą się giąć jak dzikie. Promieniste układanie na oko wystarcza, tyle, że czasem nie udaje się tego utrzymać i potem trzeba żyć z dwiema krzywymi łopatkami.
  21. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Kiedy składałem ostateczne wersje wirników sprężarki miałem gdzieś w tyle głowy wrażenie, że gdy przyjdzie do zamieszczenia tego etapu budowy w formie relacji na forum, będzie to co najmniej kilka odcinków. To wrażenie było raczej uzasadnione, bo jak nie mieć takiego, kiedy siedzisz sobie przy warsztacie i kleisz łopatkę za łopatką, a na świecie czas toczy swoje koła tak, że zmieniają się pory roku, śniegi topnieją dając przyrodzie szansę, do odrodzenia się, bucha pełną zielenią wiosna i przychodzą letnie upały. Ale ostatecznie to tylko dwa wirniczki, dwie części do zamontowania. Cała historia, jak długo by nie trwała, spokojnie mieści się w jednym poście. Ale chociaż słowem można próbować oddać co działo się w tym czasie, Stwierdziłem, że potrzebuję jednak solidną bazę wirnika i sprowadziłem z chińskiego kraju mosiężną rurkę o odpowiednim przekroju. Wybór średnic jest naprawdę spory i nie ma problemu z dobraniem odpowiedniej. Wybrałem możliwie cienkościenną, choć oczywiście to pojęcie nabiera innego znaczenia, gdy spojrzymy na element w skali. Powiedzmy zatem, że akceptowalnie cienkościenną :). Z rurki przyciąłem pierścienie, które miały być zewnętrzną ścianą wirnika. Ciąłem używając do stabilizacji jedynie szkiełka, oka i ramienia. Pokazane wcześniej urządzenie pojawiło się później , albowiem, urodziny mam w kwietniu. Ale te cięcia miały niewątpliwie wpływ na wybór prezentu i jego modyfikację. Docinane ręcznie pierścienie wymagały obróbki ścieraniem, by usunąć krzywizny i uzyskać odpowiednią wysokość części. Mniej więcej w tym czasie, jak piorun z jasnego nieba, objawił się Marcin Witkowski, który zasugerował by wirnik wykonać metodą wyciskania. Marcin w dziesięć minut przygotował taki zgrubny wirnik i o mało szlag mnie nie trafił! No bo jak to, ja tu bohatersko kleję jakieś mikroelemenciki, a tu niby można wycisnąć wirniczek w kilka minut?! Szlag, szlagiem, a ciekawy pomysł trzeba przetestować. Z noża przyszlifowałem sobie odpowiednie narzędzie i może nie w parę minut, ale w godzinkę zrobiłem sobie taki element. Na kiju kopułka systemu chłodzenia, uzyskana przez uciskanie krążka o grubości 0,1mm narzędziem z półkolistą końcówką. Krążek tak cienki, bo w założeniu ma ułożyć się na nierównościach pierścienia łopatek. Wyszedł właściwie stożek, ale przy skali, i dodatkowym ustrojstwie, które ma się na tej kopułce pojawić, to zupełnie bez znaczenia. Co nie zmienia faktu, że pomysł okazał się być zupełnie z dupy. Marcinowa metoda świetna! Gdyby popracować nad nią, zrobić kilka podejść by dojść do wprawy (w kilka godzin, nie miesięcy!), można uzyskać bardzo atrakcyjny element. Jasne, z wadami, bo znów będziemy mieli łopatki ułożone po skosie, ale za to ich ilość może być przeogromna, dając całkowicie zadowalający efekt w piździec. Jednak Marcin w luźnym komentarzu dorzucił od niechcenia uwagę, że przy tej metodzie nie byłoby efektu otworów na przestrzał. I ten durny przestrzał nie dawał mi spokoju. Postanowiłem, że jednak będę kontynuował sprawdzenie swojej nowej metody. Ta polegała na naklejeniu mosiężnego krążka, na cieką, ale sztywną płytkę hipsu i układanie po obwodzie łopatek z plastyku 0,1mm, przedzielonych dystansem 0,25 mm. Dystans miał być wyraźnie niższy niż łopatka, by w gotowym elemencie dać efekt dziury na przestrzał. Na zapałce leżą łopatka i przekładka. Elemenciki przenosiłem pincetą, pozycjonowałem w pierścieniu i podlewałem mikroilością cienkiego kleju Tamiya. Ta mikroilość to rzecz umowna, ale istotna. Kleju ma być jak najmniej, ale minimalna ilość oznacza, że po prostu nie da się zobaczyć, że coś się w ogóle zaaplikowało. Zatem trzeba trochę więcej niż minimum. Trzykrotne ocieranie pędzelka o krawędź klejowego słoiczka dawało mniej więcej dobry rezultat, ale tutaj mniej więcej oznaczało tolerancję, która sprawiała, że można było nic nie przykleić, albo zalać pół pierścienia. I to był problem, bo nadmiar tego kleju zwyczajnie topił elementy. Dlatego zrezygnowałem z uzyskania efektu ilościowego w piździec. A próbowałem. Niestety, przy przekładkach ciętych z arkusza 0,1mm nie byłem w stanie zachować odpowiedniej dawki i klej topił całość w bezkształtną masę: Musiałem zważyć swoje priorytety i ostatecznie uznałem, że eksperyment będzie kontynuowany. Efekt na przestrzał jest dla mnie ważniejszy niż efekt w piździec i ten ostatni zostanie zastąpiony efektem dużo, dużo. Na początku rzecz była dość przerażająca. Ta koncepcja sprężarki to coś akurat dla modelarzy, którzy lubią podliczać ilość części w elemencie, bo w tych wirnikach to szło już w setki. Przy przekładkach można było być odrobinę mniej starannym, ale naprawdę odrobinę. Przy łopatkach, trzeba było dbać o to, by kontrolować promienistość ich ułożenia. Elemenciki są tak drobne, że grawitacja przestaje mieć znaczenie, a zastępują ją upierdliwe na każdym kroku zjawiska, jak sądzę, elektrostatyczne, sprawiające, że łopatki i przekładki chcą żyć własnym życiem. Aplikowany klej niemal zawsze przesunie przyłożony element, którego nie ma jak przyblokować i konieczne jest poklejowe pozycjonowanie. Dlatego niezbędne jest użycie kleju, który na to pozwoli, a z innych względów, lepiej by był to klej, który znika i nie tworzy gluta. Co jakiś czas uda się przytopić jakąś płytkę i trzeba ją usuwać. W sumie podczas jednej sesji nijak jest przykleić więcej niż kilka zestawów łopatka – przekładka. Gdy pojawia się znużenie, lepiej odpuścić, bo błędy się nawarstwiają i można narobić dużych szkód. Z tego powodu nie sposób też przeciągać sesji ponad tę godzinę, dwie. No i trzeba się pogodzić z różnymi przygodami. Np. Kichnięcie, westchnienie, czy nawet lekkie uderzenie w stół może sprawić, że gdy sięgamy do pojemniczka (u mnie blister po lekach) po kolejny element, to okazuje się, że wszystkie przycięte płyteczki rozbiegły się wesoło po całym stole. Zapewniam, że przy tej pracy powodów do głębokich westchnień nie brakuje, a jak tu zawsze pamiętać, by wzdychać w odpowiednią stronę? Wypracowałem sobie procedurę, gdzie kleiłem kilka łopatek, po czym przycinałem kolejne. Procent strat przy cięciu też jest znaczny. Elementy wychodzą nie w wymiarze, albo gubią się nagminnie przy przenoszeniu i cholera wie jak jeszcze. Przenoszenie, to też proces, bo de facto trzeba pojedynczo, jako że ta nieszczęsna grawitacja nagle jest na urlopie! Mimo tych wszystkich przeszkód w pewnym momencie stwierdziłem ze zdziwieniem, że nawet polubiłem tę robotę. Człowiek sobie siedział, popijał miętę, kleił plastikowe mikropłytki, muzyczka se grała – fajnie było. W pewnym momencie złapałem się nawet na tym, że obawiam się, że to się kiedyś skończy i będzie trzeba robić jakieś inne, nieznane jeszcze rzeczy :). Tych wirniczków wykleiłem ze cztery, czy pięć. Pierwszy wiadomo, że na straty, dla nauki i wprawy. Kolejne mogłyby już być do użycia, ale niestety, pojawiły się słabości do pokonania. Sama idea konstrukcji modelu wirnika była wyzwaniem dla mnie na tyle dużym, że nie byłem w stanie dorzucić sobie czegoś górką. Z perspektywy czasu rzecz wydaje się być oczywista, czy wręcz głupia, ale na bieżąco myślenie w stylu: i tak robię jakąś syzyfową robotę, więc mogę sobie coś odpuścić jest kuszące jak diabli. Sprawa dotyczyła dyscypliny przy docinaniu i dobieraniu elementów. Na początek zakładałem, że mniej więcej wystarczy. Że pierścień wystający nad łopatki, co jest niezbędne, by ukrywać ich zmienną wysokość, ujdzie mimo, że nierealistyczny, że kopułka się na tym jakoś ułoży, a system chłodzenia na niej odciągnie wzrok, wreszcie, że skala wszystko ukryje, albo usprawiedliwi. Z każdym kolejnym podejściem podnosiłem te standardy. Coś co w kupie mnie przerastało, aplikowane stopniowo było do przyjęcia. I pamiętajmy, że polubiłem te łopatki ;). Cała ta saga skończyła się znienacka, zupełnie bez ostrzeżenia. Wersja z wyśrubowanymi, na moje możliwości, standardami wcale nie była taka całkiem idealna. Łopatki wstawały nieco ponad pierścień, a falowanie ich wysokości było trochę większe niż bym wolał. Nie pozostawało nic innego, jak sprawdzić, czy uda się to przyszlifować. Bałem się tego jak cholera, bo nie wiedziałem, czy tarcie narzędziem nie spowoduje wyginania się, czy wręcz łamania się mikropłytek 0,1 mm. Wzmocniłem jeszcze konstrukcję, podlewając łopatki przy podstawie, od wewnątrz klejem CA. Z duszą na ramieniu zacząłem szlifowanie. Na szczęście konstrukcja okazała się być zupełnie stabilna i szlifowanie przebiegło bez problemu. Pozostała druga cześć zagadki. Szlifowanie tak cienkich płytek może utworzyć na ich końcówkach rodzaj grzybka, optycznie wyraźnie zwiększając ich grubość. Tak też się i stało w tym przypadku. Czy uda się to jakoś zlikwidować? Z pomocą przyszła mi sprawdzona wiele razy wełna metalowa. Zrolowany kawałek tego materiału w kształt wydłużonej kropli wetknięty w patyczek po lizaku poradził sobie i tym razem. To jeden z ważniejszych game changerów w moim warsztacie, podrzucony mi dawno temu przez Gienka. W tym momencie pomyślałem sobie, że skoro udało się z wystającymi łopatkami, to można pójść za ciosem i zeszlifować wszystko jak leci we wcześniej wykonanych wirnikach, z metalowym pierścieniem włącznie. I tak, właśnie znienacka, miałem trzy gotowe wirniki, z których mogłem wybrać dwa, a trzeci pozostawić na majaczącą się gdzieś w wyobraźni budowę modelu P-47. Uzyskane w ten sposób dodatkowe wirniki miały małą wadę. Otóż były cieńsze niż zakładałem , a to oznaczało, że ich montaż w sprężarkach może być nieco kłopotliwy. To jednak był pomijalny kłopot, wobec konieczności klecenia kolejnego wirnika. Gotowe wirniki saute' nie prezentują się zbyt okazale. Zbliżenie wyciąga niedoskonałości, a złe wrażenie potęgowane jest przez niechlujstwo w miejscach, które widoczne nie będą. Wystarczy jednak przykryć wirniczek docelową podstawą kopułki chłodzenia, by uczyniła się modelarska magia. Co złego pozostało po magii kroku pierwszym, będzie się dalej maskować przy kroku kolejnym, który niebawem nastąpi. A tymczasem wirniki można już odcinać od plastikowego podłoża.
  22. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Ach, jeszcze to się schowało: Przez długi czas używałem lupy nagłownej, gdy trzeba było robić coś precyzyjnego i nagich oczu do reszty. Ale to się skończyło i nie wróci. Wciąż lupa nagłowna służyła mi do precyzyjnych prac, ale reszta wymaga już założenia okularów. A że tych pierwszych jest naprawdę sporo, to lupa na głowie siedziała niemal cały czas. Okulary też bo jednak co chwila trzeba zerkać na coś normalnie. Moja lupa była mega ciężka, więc zmieniłem ją na lżejsza, ale na dłuższą metę opaska na głowie wkurzała i choć lżejsze, ustrojstwo jednak ważyło. Poza tym okular lupy zajmował sporą część pola widzenia i normalne zerkanie wiązało się z dziwnymi wygibasami szyją i próbami wysunięcia oczu na szypułkach. Stąd pomysł na lupkę doczepianą do okularów. Chwilę trzeba było przyzwyczajać się do małego rozmiaru lupki, ale po tym usprawnienie jest znaczące. Uciążliwości stały się co najmniej akceptowalne. Dla mnie - całkowicie Si! Biało czarne okulary powiększają tak bardzo, że do pracy w zasadzie się nie nadają, bo ostrzą jakiś centymetr od okulara. Ale świetnie sprawdzają się do kontroli efektów pracy. Pewnie jakaś stacjonarna lupa też by się tu nadała, ale wymaga przestrzeni warsztatowej. Utrzymanie takiego porządku na biurku, by można było korzystać z czegoś takiego w czasie pracy przerasta mnie nieskończenie. Okulary można pizgnąć byle gdzie i nie trzeba tworzyć przestrzeni użytkowej, gdy się chce z nich skorzystać. Co prawda nie da się przy nich skorzystać ze znakomitego argumentu o tym, że niedoróbkę dostrzegło się dopiero na zdjęciu :). Ale też nie trzeba czekać na zdjęcie... . Ale wróćmy może do modelu. Budowa tej sprężarki, wentylatora konkretnie, postawiła mnie w sytuacji, w której musiałem stanąć tam, gdzie moja gęba. Wielokrotnie pisałem o kłopotliwych rzeczach towarzyszących budowie w stylu scratch, polegających na konieczności wykonywania prób, sprawdzania nowych metod, czy znużeniu powtarzającymi się w nieskończoność czynnościami. I tak, z tym wszystkim się zetknąłem, ale jednak w uproszczonym zakresie. Tym razem sprawa wyglądała na dużo poważniejszą, ogarnięcie tematu oznaczało utknięcie w nim na miesiące. A to oznaczało, że będę miał okazję przekonać się czy jestem w stanie sprostać takiemu wyzwaniu. Przyznam się, że wcale nie byłem tego pewien. Ostatecznie sprężarki są już niemal gotowe, ale fakt, że pokonałem jakoś te wentylatory trochę mnie też przeraża, bo jednak chciałbym kiedyś ukończyć ten model :). Przy okazji zmagań z wirnikiem dostałem w różnych miejscach sporo porad i propozycji. Czasami miałem wrażenie, że ich autorzy niekoniecznie mieli okazję sprawdzić swoje pomysły w praktyce, ale nic w tym złego, Pomysł wciąż przecież może być dobry. Z tego pakietu przydały mi się różne idee, które może nie w całości, ale we fragmentach zaadaptowałem do swoich zmagań. Za wszystkie dziękuję. Oto zatem co działo się przez ostatnie miesiące. Kolejne wersje teoretycznie można by robić w części i po takiej części ocenić efekt, skracając czas prób. Być może. Jednak wyłożenie całego okręgu to nie to samo co ułożenie kilku płytek, gdzie łatwiej zachować koncentrację i staranność. Chciałem sprawdzić, czy nie pojawią się jakieś niekontrolowane fuck-upy, a przede wszystkim, jak wyjdzie domknięcie ostatnia płytką. Tego już nijak nie da się sprawdzić, bez zrobienia całości. A w zasadzie nawet dwóch, żeby sprawdzić, czy pierwszy wynik jest powtarzalny. Zatem do dzieła. Wersja z płytkami kładzionymi po skosie. Pierwsza położona jest poziomo bez kleju, a druga o nią oparta i podklejona na krawędzi styku ze ścianką boczną. Pod koniec klejenia płytkę poziomą się usunie, i będzie można wcisnąć się z ostatnią skośną, pod tę pierwszą. Stosowałem też klej na styku płytka/płytka – obawiałem się, że spoina tylko przy zewnętrznej ściance będzie zbyt słaba i część może rozpaść się później przy obróbce. Do układania płytek przydawały się różne narzędzia, ale najczęściej podchodziła wykałaczka. Robota jest dość żmudna, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało :). Ale ostatecznie udało się zrobić taki wirniczek. Po prawdzie, to nawet dwa z bardziej płaskim i bardziej pionowym ustawieniem skośnych łopatek. Nie wyszło to wg mnie źle, ale doskwierała mi nieco grubość zewnętrznego okręgu i trochę jednak mało było tych łopatek. Ale chyba najbardziej to skośne ich ustawienie – w dorosłej sprężarce GE optycznie robią one wrażenie ustawionych pionowo. Nie byłem też zupełnie przekonany do drobnej deformacji zewnętrznego okręgu. Pewnie ukryłoby się to po zamontowaniu w kompresorze, uzupełnieniu o inne detale i malowaniu, bo deformacja jest niewielka, ale gryzło draństwo i nie przestawało. Niepokoiło mnie też falowanie wysokości skośnych płytek względem ścianki zewnętrznej. By to ukryć ścianka musiałaby pozostać wyższa niż łopatkowy okrąg, a to kolejne odstępstwo od konstrukcji oryginału. W głowie kiełkowała już myśl o kolejnej wersji. Takich łopatek nie da się kleić w nieskończoność. Przykładanie, wymienianie, pasowanie, układanie – jedna płytka ułoży się od razu, drugą trzeba układać dobrych kilka minut. Przycinanie mikrołopatek też nie robi się samo. A nieuniknione gubienie ich na różne sposoby zupełnie nie pomaga. W żadnym razie to nie jest robota na jedno posiedzenie. Na szczęście, przy modelu zawsze jest coś do zrobienia i gdy już poziom skupienia spadnie poniżej przyzwoitości, można robić inne rzeczy.
  23. Wzajemnie, wzajemnie,.
  24. Dziwne, skoro trzymam, to powinieneś czuć za które... .
  25. Te szare rekiny mają swój nieodparty urok. Jeden z tematów, które budzą trochę żalu, że nie będę miał takiego modelu. Choć takiej szkarady z oczami a'la pająk na pewno bym nie wybrał :).
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.