-
Liczba zawartości
4 492 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
Dzięki :).
-
Im wcześniej w wojnie tym mniejsza szansa na naklejki. Jeśli mamy zbliżenia można przyglądać się szczegółom wykonania zdradzającym technikę. Nadmierna komplikacja sugeruje druk, np malowane japońskie flagi mają no ogół mniej ramion. Najwięcej chyba mówi charakter uszkodzeń. Naklejki obdzierają się dość charakterystycznie. Zwykle i tak zostaje zgadywanie :).
-
W kontekście kilku poprzednich postów nie mogę się powstrzymać , by nie zapytać: Po co?
-
Niby super, ale wciąż przemycasz ideę, że nie można wykonać modelu na bardzo wysokim poziomie i bawić się przy tym przednie. Odpuść element ogólny, pisz indywidualnie, że dla Ciebie budowa takiego modelu to byłyby mordęga, sposób na życie, czy co tam chcesz i będziesz miał spokój od rozbawionych Marków i innych Gonzów.
-
Była powszechna. Co oczywiście nie znaczy, że nie czyniono inaczej. Ogólnie przy amerykańskich samolotach warto zwrócić na to uwagę. Wujek Sam wnosił do wojny bagaż możliwości niespotykany w innych armiach. Wysokie pensje, maszynki do lodów, owoce w puszkach , mobilne oddziały artystyczne do malowania noseartów, naklejki symbolizujące zwycięstwa... . Niektóre się nawet zachowały. Żeby było ciekawiej, to były centralnie kalkomanie. Gabreski wspominał, że Shacki sam gdzieś zamawiał te naklejki, ale piloci niekoniecznie doskonale orientowali się skąd ich obsługa brała różne rzeczy ;).
-
Szczególnie, że jeszcze trzeba by wiedzieć, jaki film, filtry itd. zostały faktycznie użyte.
-
Nawet gdybym go nie widział, to i tak byłoby warto z różnych względów. Ale widzę. I uważam, że warto opowiadać o rzeczach, których na zdjęciach nie widać i o takich, które trudno dostrzec na żywo. Właśnie dlatego, że trudno. Oglądając model, w którym ktoś zawarł różne ciekawostki łatwo jest coś przegapić, pominąć. To jest model, to jest malutkie, efekty często są niuansem, właśnie żeby nie przesadzić, a do tego czasem te niuanse wymagają zwyczajnie wiedzy, której nie mamy. Zdecydowanie wolałbym, żeby autor pokazał mi palcem: o tu zrobiłem takie, a tu tak i wtedy zareagować: Ahaaaa..., faktycznie, teraz widzę. Sam bym nie zauważył, ale dobre! Przy zaawansowanych modelach (nie takich jak z tej galerii) właściwie nie ma innej drogi. Nie obronią się same w całej okazałości. Pewnie dlatego zaawansowanym modelom chyba zawsze towarzyszy jakaś dokumentacja, nawet jeśli nie starują w konkursach. No i jeszcze opisałem jak to zrobić, co podobno jest wartością forum ;). A bajki Lorda to jeszcze inna historia :). Dzięki za wpisy.
-
Błąd skali jako element podkreślenia, czy wręcz w ogóle pokazania uszczegółowienia modelu to nieodłączny element tej zabawy. I powszechnie przyjmowany jako właściwa metoda. Choć niewątpliwie jest to balansowanie na krawędzi i różnie się może skończyć. Tyle, że tu w ogóle nie chodzi o grubość i szczerze wątpię, by tę grubość dało się zobaczyć na zdjęciach. Na żywo też nie bardzo. Kalki kładzione by the book, z płynami, wżarły się w powierzchnię malowaną. O fakturę chodzi, o plastikowy film kalkomanii na tle farby kamuflażu. I oczywiście, że celem jest oczarowanie audytorium, choć raczej w nieco innym kontekście.
-
Rzecz się uszczegóławia, ale pozostaje zawsze to samo pytanie i zawsze ta sama odpowiedź. Jaka technika jest najlepsza? Żadna - należy stosować różne sposoby, by ostateczny efekt był właściwy. Jakie narzędzie jest najlepsze? Żadne - należy stosować różne narzędzia, by ostateczny efekt był właściwy. Pędzelek, gąbka, kredka, przycięty pędzelek, przycięty pędzelek z jednym włoskiem, przycięty pędzelek z kilkoma włoskami, plastikowy pręcik, wiązka plastikowych pręcików, kłębek włókniny... co tam chcesz. Tylko popróbuj co wychodzi na boku zanim zabierzesz się za model, bo efekt nie może Cię zaskoczyć. Szczególnie polecam potrenować z precyzyjnym pędzelkiem. Pozwala na uzyskiwanie szerokiego spectrum efektów z najdrobniejszymi na czele i z największą kontrolą.
-
Może i tak... 1, ale wyrwane z kontekstu jednak zupełnie zmieniło znaczenie. Może i tak... 2, ale z drugiej strony, kiedy zabierałem się do rewaloryzacji Thunderbolta i mnie do łba nawet nie przyszło, że mogę się skutecznie porwać na choćby ze dwadzieścia procent tego, co ostatecznie zrobiłem. Po prostu zacząłem i potem: a może jeszcze tu, a może jeszcze to i... jakoś tak samo poszło. Także nie przesądzałbym.
-
Z długiej historii warsztatu postanowiłem przybliżyć jeden element, Paleta oznaczeń zestrzeleń to kalkomania Techmodu. Ogólnie te kalkomanie to merytoryczna katastrofa i te oznaczenia nie są wyjątkiem. Wyraźnie za duże i pozbawione podpisów z typami zestrzelonych samolotów. Ciągle nie wiem, dlaczego zadbałem wtedy by wykonać samemu prawidłową kalkomanię z nazwiskami obsługi (w Techmodzie kompletnie błędna kolorystyka i nazwiska, o ile pamiętam, też nie tak), a nie zrobiłem nowych oznaczeń zestrzeleń. No ale nie zrobiłem. Za to zmierzyłem się z innym problemem. Na zdjęciach rzecz może ginąć. Chodzi o to, że w oryginale były to naklejki. Chciałem podkreślić tę okoliczność tak, by oznaczenia nie zlały się z tłem i odróżniały się od malowanych powierzchni. Zatem zupełnie odwrócić oczekiwania co do naklejonych kalkomanii. Zwykle robimy wszystko by te wtopiły się w otoczenie , a ja właśnie chciałem by wyglądały jak nieudolnie położona kalkomania ;). Tylko co z filmem? Prosta sprawa: flagi zwycięstw trzeba wyciąć i naklejać pojedynczo, sztuka po sztuce. Niestety nie było to takie proste, bo pamiętałem z pierwszego podejścia do modelu, że kalkomanie zwyczajnie prześwitywały. Tu oznaczało to nie tylko utratę nasycenia barw, ale przede wszystkim przebijający się spod spodu rozbudowany rysunek malowania, co wykluczało jakąkolwiek rozmowę o realizmie wyglądu. Zatem po zakończeniu zmagań z nanoszeniem kamuflażu, wyciąłem z taśmy maskującej prostokąciki odpowiadające wielkością oznaczeniom zestrzeleń i paseczki odpowiadające odstępom między tymi oznaczeniami. Następnie naklejałem na model paseczki, potem prostokąciki, potem paseczki i tak do wyczerpania zapasów. Paseczki pełniły rolę wyznaczników miejsca przyklejenia kolejnego prostokącika, kolejny prostokącik był wyznacznikiem miejsca do przyklejenia kolejnego paseczka. Potem należało już tyko usunąć prostokąciki, zamaskować otoczenie i prysnąć tę siateczkę na biało. W ten sposób uzyskałem biały podkład pod oznaczenia zwycięstw, które mogłem ponaklejać, gdy wszystkie prace malarskie były już ukończone. Oczywiście kalkomanie trzeba było położyć porządnie, bez żadnego srebrzenia i odstawania. Wciąż jednak wyróżniały się na tle malowanego kamuflażu.
-
Skoro już zmywasz farbę... . Wg mnie problem jest w tym, że nie próbujesz wykonać określonego zużycia powłok lakierniczych, tylko jakiś chipping. Jeśli zastąpisz go jakimś innym ingiem to efekt będziesz miał nadal problematyczny. Modelarze często idą za odruchem stosowania jakiejś metody, która sama w sobie ma zapewnić udany efekt. Innymi słowy założenie jest takie, że jeśli prawidłowo zastosuje się daną technikę to efekt sam się zrobi. Tak niestety nie jest i w ogóle nie tędy droga. Najpierw trzeba dowiedzieć się, albo chociaż zastanowić się jaki ma być efekt końcowy. I potem dobierać te ingi tak, by zadziałały jak trzeba. Czasem, niestety konstruktywnie. Przykład: Jest taka metoda na sól. Zwykle modelarze sypią po modelu solą jak po pomidorach na kanapce, potem drapią i patrzą co wyszło. Na ogól wychodzi słabo. Niby lepiej, bo są jakieś imitacje zużycia, a wcześniej ich nie było. Ale jednorodność charakteru tych posolonych kropek sprawia, że jeśli chodzi o realizm prezentacji, to nie wiadomo, czy poprawił się, czy wręcz przeciwnie. Choć na ogół jednak wiadomo. Czy można lepiej? Owszem, można pokruszyć tę sól na różne frakcje, może nawet część zmielić, pogrupować te frakcje jak Kopciuszek i układać na modelu z sensem. Raczej jakimiś narzędziami. Efekt na pewno będzie lepszy, ale i tak nie załatwi tematu. Bo uszkodzenia powłok lakierniczych samolotów powstają w różny sposób i różnie przez to wyglądają. Tym samym z definicji jeden modelarski patent nie może przedstawić wszystkiego. Metoda na sól to tylko przykład. Nie polecam, nie zniechęcam, sam nie stosuję ze względu na zbyt umowną kontrolę skutku. Istotne jest to, że trzeba wiedzieć co się chce osiągnąć. W modelarstwie coś takiego jak: tu mi się popsuło, ale wygląda jak naturalne uszkodzenie, więc jest OK - nie występuje. Nie ma innej drogi, niż analiza zdjęć, a jeszcze lepiej także i okoliczności służby, zasad obsługi i konstrukcji. Ale te zdjęcia to minimum. Ułatwieniem będzie, że sporo śladów eksploatacji powstaje uniwersalnie, niezależnie od typu samolotu. Wpływ operowania z wody będzie podobny na Catalinach, Marinerach, Sunderlandach itd. Ślady pozostałe po działaniach mechaników serwisujących silniki będą miały ten sam charakter w przypadku PBY i B-17. Robiąc taką analizę szybko przekonasz się, że twierdzenia takie jak to, że rzadko widać odrapania nie mają sensu jako wyznacznik dla całej powierzchni samolotu w służbie. O ile nie chcesz sportretować konkretnego egzemplarza z określoną historią służby i jej wyjątkowymi okolicznościami, a przedstawić tylko realistycznie wyglądający model w sensie ogólnym, to dość szybko zorientujesz się, gdzie się obijało i odrapywało, gdzie przecierało, gdzie płowiało, a gdzie brudziło. I jeśli zamiast stosować ingi pokombinujesz jak to osiągnąć, to przegrana nie wchodzi w grę. W najgorszym razie model będzie tak samo nierealistycznym jak taki, gdzie olałbyś temat, Ale już przy następnym zdecydowanie będzie różnica in plus. A przecież nie ma powodu, by zakładać, że taka różnica nie pojawi się od razu.
-
Dziękuję Marku. A Ten model to na serio nostalgiczna wycieczka w przeszłość. Nawet nie aż taka ciekawa. Relacja z budowy owszem, była raczej dość zajmująca. Z perspektywy czasu myślę, że to dlatego, że pokazywała wejście kompletnie niedoświadczonego modelarza na pole dość zaawansowanego modelarstwa. A zatem emocjonujące próby i upadki, jakieś tam sukcesy ale i, co ważne, stała obecność świetnych modelarzy służących pomocą i radą. Pamiętajcie, że był to czas, kiedy coś takiego jak próba precyzyjnego odtworzenia kamuflażu danego egzemplarza, nawet takiego o prostym przebiegu, jak np. malowanie RAF, była czymś wyjątkowym. Ba! Wtedy jeszcze, choć już w stadium dogorywania, obecna była dyskusja pędzelek, czy aerograf? Wchodzenie w detale konstrukcji i wyposażenia typowe dla danego podtypu, czy miejsca akcji też było nieszczególnie popularne, że tak sobie pozwolę eufemistycznie. To nie znaczy, że dzisiaj już wszyscy tak robią, ale w jakimś zakresie jest to obecne i nie ma już takiego, wydumanego raczej, nimbu elitarnej niezwykłości. To wszystko odbiło się na modelu, który jest typowym przedstawicielem produktu, którego wartość jest w procesie tworzenia, a nie w nim samym. A jeśli już jest w nim jakaś modelarska wartość, to w zasadzie niedostrzegalna w galerii, czy prezentacji na żywo. Wszystkie przeróbki, poprawki, dodane elementy są centralnie nie do rozpoznania. Po prostu model nie został zaplanowany pod tym kątem i zupełnie nie nadaje się np. do rywalizacji konkursowej. Na oko widać tylko, że to przemalowany P-47 z wymienionym śmigłem i kilkoma detalikami. I oczywiście licznymi błędami, choćby takimi jakie pokazuje Damian. Celna riposta pewnie pojawiłaby się, gdyby było co ripostować. Niedoróbki nie nadają się do jakiejś obrony. Damian, chcę myśleć, że nie jest to kwestia obawy i duszenia w sobie krytyki. Byłoby smutno, gdybym się mylił. Ale może chodzi raczej o to, że koledzy nie widzą sensu w krytykowaniu błędów sprzed dekady zakładając, mam nieśmiałą nadzieję, że dzisiaj jestem już na nieco innym etapie modelarskiej drogi. Ale to bez sensu: model to model, błąd to błąd. Tu akurat mamy świetny przykład pokazujący, jak odpuszczenie sobie w kwestii jakości w jakichś elementach modelarskiego działania koniecznie wylezie na wierzch na skończonym modelu, nawet jeśli ogólnie wykonamy zupełnie dobrą robotę. No i, panowie, pewnie komuś tam, kiedyś tam nadepnąłem na jakiś odcisk - jest szansa przejechać się po mnie bez ryzyka :). Edyta: Ach, Damian, soreczki, zapomniałem. No przecież miała w końcu być ta riposta: To są dzusy, nie nity. Ha!
-
Hmmm..., ale co lub kto miałby współtworzyć ten duet? Wielkie dzięki wszystkim za miłe słowa. Model broni się w paru miejscach, ale ja sam raczej zjechałbym go klasyczną, internetowo modelarską, konstruktywną krytyką.
-
Przewody zapłonowe były brązowe, lub czarne, o ile nie znajdowały się w metalowym oplocie. Wtedy początkowo srebrne, utleniały się na kolor dążący ku zgniłowatej zieleni. Ale oplot mógł też być taki właśnie miedziany. Z tym, że i on szybko się utleniał. A przede wszystkim brudził. Na tym zdjęciu z postu powyżej, przedstawiającym silnik chyba z Floyd Bennett Field, to nawet nie wiem czy jest to motor od Korsarza i nie ma co się sugerować podpisem (tabliczkami) bo tam jest nasadzone bzdur. No, nieścisłości. To w ogóle jest silnik serii C i jeżeli już, to na F4U mógł sie pojawić dopiero przy wersji U-4. Silnik z zestawu jest na tyle uproszczony, że gdy chodzi o osprzęt, może uchodzić za oba warianty Double Wasp montowane na U-1. Ale przynajmniej ma przyzwoite proporcje, czego nie można powiedzieć o tym z innej skali. Ten, jako żywo, przypomina mi prezentowany na Kartonworku drukowany R-2800 serii B, który był, owszem, bardzo ładny, ale miał takie właśnie skoszone proporcje. To jest widoczne na pierwszy rzut oka. Silnik za zdjęcia powyżej jest OK dla wczesnych U-1A, ale wyfasowany po kraksie, nowy Korsarz Kepforda był już z nieco późniejszy i powinien mieć instalację zapłonową z ciśnieniowymi rozdzielaczami oraz żelowym kolektorem przewodów. Do sprawdzenia, nie pamiętam na 100%, ale to jeśli okaże się, że ma jakieś znaczenie.
-
-
-
Właśnie trwająca budowa modelu tego Thunderbolta Krzyśka Kowalika i nostalgiczna relacja turystyczna Michała Janika wprawiły mnie w melancholijno wspomnieniowy nastrój, czego efektem jest niniejsza galeria. Model już ponad dziesięcioletni, ale dla mnie dość istotny, bo przy jego budowie po raz pierwszy spróbowałem na większa skalę zmierzyć się z modelarskim rzemiosłem. W zasadzie to nawet nie budowie, tylko czymś w rodzaju restauracji. To był mój pierwszy dorosły model, powstały po klasycznym powrocie do modelarstwa za dorosłości. Niestety, wykonałem go podle i już następna produkcja sprawiła, że P-47 prezentował się na półce nie tylko jak ubogi, ale nawet nie krewny. Taki stan utrzymał się może z rok i postanowiłem przerwać trwającą wtedy (i dzisiaj ) budowę modelu, żeby na szybko przemalować Gabby'ego. Na szybko zmieniło się w około roczne zmagania z rozcinaniem, wyrywaniem, dorabianiem, poznawaniem aerografu itd. Jak widać model prezentuje liczne niedoróbki techniczne i sporo błędów merytorycznych. Ale cóż, już pozostanie najlepszym P-47-D-25-RE z 61st FS, 56th FG, pilotowanym przez Francisa Gabresky'ego, jaki wyszedł spod moich rąk. Na początek fotka pokazująca co spowodowało całą tę aferę, a potem już galeryja.
-
Tak. Tylko to jest w zasadzie dowód na to, że przynajmniej usterzenie poziome pozostało w NMF. Przy malowaniu pasów na spodzie skrzydeł przyjąłem koncepcję, że podobnie jak na kadłubie, uporządniono je czarną taśmą. Na krawędziach skrajnych, białych pasów. Da się to jakoś dojrzeć na zdjęciu, z którego pochodzi powyższy fragment.
- 75 odpowiedzi
-
- p47
- thunderbolt
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
No i wydało się, że jednak jest coś, czego nie lubię w modelarstwie. Rysowanie rzeczy w komputrze. Może za dużo mam tego na co dzień i nie kojarzy mi się z frajdą. Tym bardziej podziwiam Irka Targonia, że mu się chce przygotowywać do druku model Wilka. Irek, jak to zawsze miał w zwyczaju, robi to świetnie. Ostatnio rozszerzył prezentację swoich dokonań na tym polu z FB, na sąsiednie forum. Polecam! Oczywiście, nie niechęć do piórka i tabletu była przyczyną tak rozwlekłej przerwy w relacji. Cóż, w życiu jak w życiu: raz na babie, raz pod wozem. Jeszcze delikatnie, jeszcze nieśmiało, ale znów poczułem zew modelarskiego warsztatu. Z niechęcią i obrzydzeniem zajrzałem do plików z rysunkami na planach P-38 w skali i ku mojemu, wielkiemu zdziwieniu okazało się, że większość rzeczy potrzebnych na tym etapie została już narysowana. Także trochę od niechcenia, nonszalancko namazałem elementy brakujące do tego, by rozpocząć cięcie, wiercenie i szlifowanie. Ha! Zatem znów wytęż wzrok i znajdź szczegóły różniące ten rysunek od poprzedniej, prezentowanej wyżej wersji: Albo, jeśli wzrok jest zbyt cenny, by go wytężać nadaremno: Średnice otworów na lufy są dobrane na oko. To jedna z tych rzeczy, które trzeba dopasowywać na żywym organizmie i nawet ich umiejscowienie może wymagać korekty. Pozostaje mieć nadzieję, że ponownie umocowałem się w rzeczywistości na tyle, by zawitać przy modelarskim stole z nieco większą częstotliwością. Zobaczymy... .
-
Cessna C-185 Skywagon 1/72 - Kovozavody Prostejov
greatgonzo odpowiedział ArtDeco → na temat → [L]Warsztat
Prawda, ale zaryzykowałem... . -
Cessna C-185 Skywagon 1/72 - Kovozavody Prostejov
greatgonzo odpowiedział ArtDeco → na temat → [L]Warsztat
Kalkomanie mogą go wymusić. -
Tamiya Spitfire Mk.I 1/48 P9386 QV-K 19 Sqn.
greatgonzo odpowiedział kzugaj → na temat → [L]Warsztat
Jeżeli chodzi Ci o ten, konkretny samolot, to tak. A jeśli o Spitfire w ogóle, to już różnie bywało. Z tym, że jeśli już, to linie podziałowe pojawiały się w rzucie prostopadle do osi. -
Wszystkie pokrywy, wszelkiego podwozia.
-
Interior Green gdziekolwiek poza kabiną będzie błędem. Ten samolot na pewno nie widział farby Sky Gray. Golenie podwozia głównego Light Gray. Pokrywy luków podwozia białe.
