Skocz do zawartości

HKK

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    2 438
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    17

Zawartość dodana przez HKK

  1. Więc twój Caudron musiał być kupiony w latach 1973-1975 r. Bo wtedy pojawiły się te modele i były dokładnie w takich cenach - 40 zł za jednosilnikowe i 80-100 zł za wielosilnikowe. Z Hellera oczywiście, bo te z Airfix-a czy Matchbox-a były droższe. Mój pierwszy Heller to był Morane 406 kupiony jesienią 1973 r.
  2. Jest rzeczą znaną, że Pactra dobrze się zachowuje rozcieńczna czystą wódką. Jak większość akryli "wodno-spirytusowych". Dedykowany rozcieńczalnik Revell-a do akryli to 40% roztwór alkoholu etylowego plus chyba niewielki dodatek glikolu. A z innych farb pod pędzel, to niebieska Hataka ma dobre recenzje.
  3. Jeśli używasz wody z kranu, to może jest po prostu zbyt twarda i nie zwilża dobrze powierzchni. Użyj destylowanej i zobacz. "Zmiękczanie" wody przy pomocy płynów do mycia naczyń jest na pewno skuteczne, ale niekoniecznie dobrze musi wpływać na właściwości farby.
  4. Za żadnego eksperta od B-25 się nie uważam. Dysponuję w zasadzie tymi samymi materiałami co Ty. Mam również numer Mini Repliki poświęcony samolotom 305 Dywizjomu. I na żadnym ze zdjęć nie ma wspomnianych pasków. A jak widać (lub raczej nie widać), na egzemplarzu SM-E nie ma ich na pewno. Z podobnych względów odpuściłem sobie naklejanie napisów eksploatacyjnych.
  5. Te zdjęcia na których widać instalacje, to nie są polskie Mitchelle. Z kolei na zdjęciach polskich samolotów ja ich nie widzę. Ostatnim zdjęciem jest SM-Q i tam też tej instalacji nie ma, jedynie ciemniejszy ślad po niej. Pamiętaj, że to był gumowy fartuch. Tego się nie malowało. Więc jak nie widać wyraźnie ciemnej gumy, to fartucha raczej nie ma. Jest kilka znanych mi zdjęć SM-E którego kalki są w zestawie i na żadnym instalacji nie widać. To nie jest zarzut, nie zrozum mnie źle. Żałuję jedynie, że wątek znowu mi umknął i powtórnie zgłaszam wątpliwości do już wykonanej pracy.
  6. Robisz model z 305 Dywizjonu? One nie miały tych fartuchów przeciwoblodzeniowych. Zresztą chyba większość brytyjskich B-25 ich nie miała.
  7. Plastikowe sklejactwo nie było wówczas uważane za godne miana modelarstwa. Poniekąd słusznie. Posmarować klejem i złożyć do kupy kilkanaście części nie było wielkim osiągnięciem.
  8. Po wyborach w 89 i na początku 90 r. to już była wolna amerykanka. Nikt się żadnymi przepisami nie przejmował. Pamiętam, że na pewien czas zniknęły nawet patrole MO (jeszcze nie Policji) z ulic. Jeśli chodzi o problemy z kupnem czegokolwiek, to mówimy o samym gospodarczym dnie "komuny", czyli latach '82-'88.
  9. Pod koniec lat 80-tych, moja koncepcja modelarstwa zaczęła się zmieniać. Zresztą pisałem już o tym. Model z poważnymi błędami, brakami w detalach i z zerowym wnętrzem, zrobiony aby "fajnie wyglądał na półce" to już nie było to. W "Skrzydlatej" pojawiały się zdjęcia modeli konkursowych i robienie kolejnego "gluta" nie dawało satysfakcji. W przypadku uproszczonych zestawów pozostawał scratchbuilding, ale to wymagało posiadania odpowiednich narzędzi i materiałów. W czasach, gdy kupienie papieru ściernego o drobnej gradacji było problemem. HIPS? Nie było czegoś takiego. Miałem jedną plastikową okładkę od jakiegoś notatnika wykonaną z cienkiego polistyrenu. Traktowałem ją jak skarb i oszczędzałem, bo drugiego takiego notatnika nie mogłem nigdzie znaleźć. Drobne wiertła, frezy, ba - zwykłe skalpele wymagały znajomości i poszukiwań. Ludzie nie zdają sobie często sprawy z faktu, że w PRL-u nawet jak coś było w sklepie, to nie zawsze można było to kupić ot tak, "z ulicy". Niektóre towary były dostępne tylko dla firm czy szkół "na fakturę". W sklepach dla plastyków można było kupować jedynie mając legitymację Związku Artystów Plastyków. Oczywiście, wszystko dało się "załatwić", ale to wymagało znajomości, czasu i często łapówek.
  10. Też prawda. Zapominamy jak było. Dragona podziwiałem wtedy na wystawie sklepu modelarskiego ale kupić się nie odważyłem. Nie pamiętam ile kosztował. Ale pamiętam, że mimo relatywnie całkiem niezłych zarobków uznałem, że mnie nie stać. Zresztą żona, dziecko, samochód, mieszkanie. Zmieniły się priorytety. P-61 z Dragona kupiłem dopiero ok 2000 r. przy pierwszym powrocie do modelarstwa. Zrobiłem i mam do dzisiaj.
  11. Żart. Miałem tego P-61 z Novo. Mimo, że byłem strasznie napalony na Black Widow, to nie podjąłęm się robienia tego zestawu. Paskuda jakich mało. Zresztą w 1994 pojawił się P-61 z Dragona.
  12. Ciekawa skala. 1 inch = 20 feet. Czyli 1 cal na modelu = 240 cali na oryginale. 1:240? No i na jeden model przypada średnio 6 części. Ale kolekcja jest.
  13. Nie wiem czy to nowość, ale spotkałem się z tymi farbami dosłownie parę dni temu na YT. Czym prędzej zakupiłem. Dostępne są w wielu markach, odmianach i rozmiarach. To są wodne farby akrylowe a nie tusze! Tak wyglądają po aplikacji na HIPS-ie: Właściwości jak typowa farba a łatwość aplikacji jak pisakiem. Do drobnych szczegółów, np we wnętrzach kabin wręcz idealny. Wady są w zasadzie dwie. Po pierwsze, to farby błyszczące. Ale w sumie drobiazg, bo można przecież prysnąć bezbarwnym matem. Po drugie, dają kryjącą warstwę, a więc dość grubą. Do podmalówek na już pokrytych powierzchniach raczej się nie będą nadawać. W pewnych zastosowaniach to zaleta, bo kropka zrobiona takim pisakiem może mieć wypukłą fakturę. Tak to wygląda w zbliżeniu: Ale o zalewanie szczegółów nie ma się co za bardzo martwić. Nb. pomalowałem ta tablicę czarnym i srebrnym pisakiem w kilka sekund, bez żadnej dbałości o precyzję. Podsumowując. Nie wiem, czy świat modelarski odkrył już na większą skalę ten sprzęt. Dla mnie jest to pewien przełom. Mozliwość bezstresowego i precyzyjnego malowania szczegółów robi sporą różnicę. Na dodatek odpada przygotowanie farby i pędzla, późniejsze mycie pędzelka itp. Otwieram pisak, maluję, zamykam i tyle. Teraz czekam, aż firmy modelarskie np. Tamiya czy AK wprowadzą swoją odmianę takich pisaków z pełną gamą kolorów w wersji błysk i mat.
  14. Ukryta opcja sowiecka! Przyznaj się, skąd masz?
  15. A kto wtedy używał szpachli? W 4 klasie podstawówki. Modeli się nie malowało, to szpachla tylko "pobrudziła" by model. Zresztą jaka szpachla, skąd? No chyba, że w wieku 11 lat szpachlowałeś i malowałeś modele. To chylę czoła. Ja pierwszy model pomalowałem w wieku lat 14. To był Amiot 143 z Hellera. Ale o szpachlowaniu mowy nie było. Jak coś nie chciało pasować, to dawało się więcej kleju na spoinę, żeby zmiękła.
  16. Albo tak pamiętasz Ale też pamiętam te modele jako fajne. Szczególnie "Lenin", pełen szczegółów i zakamarków. Miał jednak podstawową wadę - był nieuzbrojony. Jak już wkroczyliśmy w pozalotnicze rejony, to pamiętacie te sowieckie modele czołgów? Miałem KW-85 i IS-3 i pamiętam, że były dość zdetalowane. Podobno miały wersje zmotoryzowane, z silniczkiem elektrycznym. Ale ja takich nie widziałem. Ciekawe, czy formy były z czegoś skopiowane. Skala dość egzotyczna - podobno 1:30, więc raczej wyrób oryginalny.
  17. To są przewody zapłonowe. Typowo ekranowane stalową(?) plecionką więc "srebrne". Ale po dłuższej eksploatacji taka plecionka zbierała mnóstwo zanieczyszczeń, więc mogła mieć całą gamę odcieni. Mogły być również dodatkowo owinięte taśmą albo mieć koszulki izolacyjne. Wtedy zwykle są czarne.
  18. Tutaj jest niezłe źródło wiedzy o modelach Plasticard: http://www.arnes-modellbauseite.de/History/plast.htm Moim pierwszym modelem z tej serii był Tu-144. Chociaż już skleiłem wcześniej kilka modeli z "Ruch"-u/ZTS to ten był ponad moje możliwości i zbudował go mój ojciec. Pamiętam, że na osiedlu miałem kilku kolegów sklejających te modele. Razem, mieliśmy chyba wszystkie z serii. Mi-10K robił na mnie największe wrażenie. Wielki, wydawał się być szczytem komplikacji i zdetalowania.
  19. Współczesne, kolorowe zdjęcia odremontowanych egzemplarzy, zwykle nie są miarodajne. Na dodatek, kolory wnętrza (BG, DDG, IG, ZCY, ZCG) moga wychodzić na zdjęciach bardzo różnie w zaleznie od ustawień i oświetlenia. Ja się posługiwałem tym: https://www.ipmsstockholm.se/home/interior-colours-of-us-aircraft-1941-45-part-ii/ Całość wnętrza w B-25 rzeczywiście była IG ale dopiero w modelu J.
  20. Kończę właśnie ten model. Z moich badań wynikało, że wnętrze komory bombowej było NMF a tył kadłuba za nią to ZCY. Z kolei wnętrze kabiny to raczej Bronze Green niż Interior Green. Niestety, dopiero teraz odkryłęm ten wątek i pewnie już za późno by coś zmienić. Model składa się nie najgorzej. Ale u mnie wypełnienie drobnym śrutem ołowianym przestrzeni pod podłogą kabiny nie wystarczyło. Musiałem obciążyć jeszcze gondole silników przed podwoziem, a i tak wyszło "na styk" i minimalne podniesienie dziobu sprawia, że model siada na ogonie.
  21. Srebrne tworzywo było jeszcze ok. Te ciemnozielone, z którego często tłoczyli "Czaple" i modele mikro to był prawdziwy dramat. Z jednej strony gumowate, a z drugiej łamliwe. Coś jak wilgotny herbatnik. Beznadziejne do szlifowania i do klejenia.
  22. W sumie cena typowa dla "firmowych" rozcieczalników. Ok 20-25 PLN za 100 ml. Tyle, że nie ma jeszcze większych opakowań więc konkurencja wychodzi na pewno taniej. Oczywiście to nie zmienia faktu, że kupując "modelarski" rozcieńczalnik, płacimy cenę luksusowego alkoholu za pospolitą substancję chemiczną nie objętą akcyzą.
  23. Hermol dobrze się nadawał do kartonów z Małego Modelarza. Plastik słabo rozpuszczał, ciągnął się w nitki, przy schnięciu nabierał gumowatej konsystencji. Zanim nie odkryłem patentu z TRI, pierwsze modele kleiłem pozostałościami kleju z polskich albo NRD-owskich zestawów. Oprócz Hellera któy miał początkowo ten zielony klej w komplecie.
  24. Tutaj moje jedyne vintage jakie sobie zostawiłem. Model z 1977 r. Nówka nie śmigana Cena 85p w 1977 r. odpowiada jakimś 5 GBP dzisiaj. Niezapomniany klej Hellera w zielonym kondoniku. Zawierał trójchloroetylen. Więc w latach 80-tych robiłem sobie własny klej na bazie TRI. Wcześniej, zdarzało mi się kleić modele czystym trójchloroetylenem. W taki sposób odkryłem świat "thin cementu" zupełnie o tym nie wiedząc. Byłem zadowolony z tego wynalazku. Do czasu, gdy koledzy modelarze popukali się w głowę i kazali mi zagęścić rozpuszczalnik plastikiem z ramek. Druga "nówka". Tym razem z 1979 r.
  25. Było różnie. Ich MS-406 czy D-520 z dziurami na wylot we wnękach podwozia to porażka, bo niewielkim kosztem mogły być dużo lepsze. Amiot 143 - model duży i nic poza tym. Ale taki Potez 63-11, a przede wszystkim Karaś czy Jedenastka to naprawdę znakomite modele, które nieżle broniły się jeszcze całkiem niedawno. Największe rozczarowania przynosił mi w tych latach Airfix. Potrafili jednocześnie sprzedawać modele nowo opracowane i stare wypusty z lat 50-tych. Np. Lancaster czy Ju-87. Miałem oba i nawet wówczas nie miałem najmniejszej ochoty tego budować. Kiedyś wujek przywiózł mi "z zagranicy" P-38F z Airfixa. Całkiem przyzwoity model na owe lata. Ku mojej wściekłości w środku były wypraski P-38J pochodzące z 1958 r. Absolutny gniot ledwo przypominający Lightninga
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.