-
Liczba zawartości
4 383 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
Rożnym sprzętom z okresu towarzyszy sporo mitów. I, przynajmniej gdy chodzi o samoloty , wiele z nich powstało już po zakończeniu wojny. Niektóre rozdmuchiwały media w czasie konfliktu. Jednym z popularniejszych są nośne nazwy, rzekomo nadawane samolotom przez przerażonych ich skutecznością przeciwników. Co drugi samolot szczyci się takim przydomkiem i bodaj zawsze wyssanym z palca. W dodatku niezbyt kreatywnie, bo co rusz pojawia się jakaś gwiżdżąca śmierć. Ale to już się robi zupełnie inny temat.
-
Tak to się nie da, Rozwój celowników szedł swoją własną drogą i w jakimś stopniu celowniki były też zadaniowe. To trochę jak z radiem - nie istnieje coś takiego jak celownik typowy dla danej wersji samolotu. Zmiana celownika mogła nastąpić na linii produkcyjnej, albo już w użytkowaniu. Dla przykładu weźmy takiego garbatego Mustanga. W1944 ze świecą szukać egzemplarza, który miałby fabryczny celownik w Anglii. Na Dalekim Wschodzie wręcz przeciwnie - brak podmianek. A na MTO, jak w tym wątku - różne różności. Mogło się zdarzyć, że ze względu na czas przebywania w służbie taki samolot jak P-35, czy P-43 miał przypisany tylko jeden celownik dla wszystkich istniejących egzemplarzy, ale ja tego z głowy nie wiem. Te typy znajdują się jedynie na peryferiach moich zainteresowań i niekoniecznie powinienem być właściwym adresatem pytania.. Standardem powinno być raczej określenie konkretnego egzemplarza i sprawdzanie jaki celownik, czy po prawdzie, dowolny element wyposażenia towarzyszył mu w danym okresie służby. A w ogóle, jeśli ktoś odniósł wrażenie, że wiem wszystko o celownikach to jest w głębokim mylnym błędzie :). Przy okazji i w ogóle, moim zdaniem, gdy szuka się pomocy w takich sprawach, jest fair gdy zwolni się pomocanta z wykonywania roboty, którą jest się w stanie zrobić samemu. Zebranie i przedstawienie danych wyjściowych nie powinno być dla pytającego większym problemem: Typ, serial, jednostka, pilot, czas. Nie mówię, żeby koniecznie zawsze mieć wszystko. Jak nie wiadomo, to nie wiadomo. Ale zebrać do kupy co się ma chyba nie jest czymś strasznym. A na zdjęciu powyżej są cztery celowniki. Jeden z nich jest w dziesięciu permutacjach czterech elementów osprzętu.
-
Zostawmy zatem na boku wstępniak i zajmijmy się samymi tezami, nie wnikając już w wynikanie. Moje doświadczenia z historią mówią, że sytuacje gdy można stwierdzić z cała pewnością, że coś jest nieprawdziwe są niezwykle rzadkie i zwykle takie twierdzenie jest bardzo ryzykowne. Najwięksi specjaliści tematu potrafią wchodzić ze sobą w spór interpretując historyczne wydarzenia. Pamiętając o tym: - W początkowym okresie wojny (do wprowadzenia przez USA do służby myśliwców II generacji) Zero dominowało w walkach na Dalekim Wschodzie. Nie wiem jak można obronić tę tezę. Wszystkie konfrontacje lotnictwa IJN z lotnictwem wojskowym USA mają charakter wyrównanego starcia. Zwykle zakończonego strategicznym sukcesem Amerykanów. Nie kojarzę żadnego pogromu amerykańskich myśliwców, a w globalnej skali nic takiego nie istniało. Od Pearl Harbour (gdzie starcia lotniczego w zasadzie nie było) po Gudalcanal z bitwami lotniskowców, Nową Gwineę i dalej Salomony trudno wskazać jakąś istotną przewagę konkretnego typu samolotu walczących stron. Poza może P-38, który był jednak przedwczesnym myśliwcem II generacji. Początkowy szok, gdy okazało się, że Japończycy dysponują A6M nie polegał na tym, że trzeba się było strzelać z jakimś supersamolotem, tylko na tym, że amerykańscy piloci nie spodziewali się, iż przyjdzie im mierzyć się z myśliwcem tej klasy. Spodziewano się gorszego samolotu jako przeciwnika. Obstawiam, że znacznie większy udział w problemie niż parametry Zera, miała jakość wyszkolenia pilotów IJN. Coś, czego lotnicy z USA nie zakładali w ogóle i za fakt przyjmowali swoją przewagę w tym aspekcie. F4F nie były gorsze. Były inne. I to działało w dwie strony. Żaden z przeciwników nie był w stanie zniwelować jakością samolotu niekorzystniej sytuacji taktycznej . Myśliwce II generacji też nie pozwoliły Amerykanom wyeliminować tego problemu. Co najwyżej nieco go zmniejszyły. Efekt bicza w lotnictwie myśliwskim przeminął wraz z pierwszowojennym Fokkerem EI. Nie przywróciły go do życia nawet odrzutowce Luftwaffe, a co dopiero skromne Zero. - Zero służyło w IJA ponieważ dominowało osiągami nad samolotami armii. Jeżeli teza dotyczy okresu przed przystąpieniem USA do wojny: Tu nie wiem. Teza jest kontrowersyjna, bo generalnie nie kojarzę sytuacji, gdzie to decydowałoby o wyposażeniu jednostek innej służby. Szczególnie w warunkach Cesarstwa Japońskiego owego okresu, gdzie rywalizacja miedzy armią i marynarką przynosiła kompletnie absurdalne rezultaty. Niedopuszczenie przez ośrodki wpływowe marynarki wykorzystywania myśliwca morskiego przez jednostki armii i jednoczesny stanowczy sprzeciw ośrodków wpływu armii na taką sytuację, byłyby czymś spodziewanym. Także tu byłbym zaskoczony i oczekiwałbym od kogoś, kto głosi tę tezę uzasadnienia jej. Ja nie potrafię zająć wiążącego stanowiska, z braku wiedzy. Jeżeli teza dotyczy także późniejszego okresu: No to nie. Nowe myśliwce armii przewyższały Zero i osiągami i ogólną przydatnością do wykonywanych zadań. Tu chyba trudno się spierać. - Panujący w środowiskach japońskich decydentów mit o niezwyciężonym zero był istotnym czynnikiem w procesie logistycznym tworzenia i wprowadzania do służby nowych myśliwców. Po prawdzie, gdybym musiał wymienić jakieś miejsce, gdzie taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa, to pewnie padłoby na drugowojenną Japonię. Ale to wciąż jest sytuacja tak absurdalna logistycznie, że zrobiłbym to z musu. Już sam mit jest wątpliwy, bo choć Japończycy byli mistrzami świata i Czechosłowacji w przeszacowywaniu sukcesów swoich operacji, to jednak dobrze policzyć swoje własne straty umieli. Nie żeby mieliby to koniecznie zaraz uświadamiać społeczeństwu i żołnierzom, ale ośrodki decyzyjne znały sytuację. Nawet jeśli piloci mogli uwielbiać swoje Zera i żywić przekonanie o ich doskonałości, to pamiętajmy, że piloci już tak mają, że każda pliszka... . Gdy w okolicach Bitwy o Brytanię Luftwaffe dostała do testów zdobycznego Spitfire'a, a RAF mógł potestować Me-109 obie strony doszły do wniosku, że ich myśliwce są w oczywisty sposób lepsze. Dla przykładu Niemcy stwierdzili, że gaźnikowe zasilanie Merlina, powodujące odcięcie dopływu paliwa w locie odwróconym dyskwalifikuje Spitfire jako myśliwiec. Brytyjczycy wspomnieli, że wprawdzie brak takiego odcięcia w silniku z wtryskiem jest fajny, ale w sumie to nieistotny szczegół. Nie przeszkodziło im to wprowadzić do służby symetryczny gaźnik, radzący sobie z tym problemem :). Piloci 4th FG, wywodzący się z Eagle Squadrons latających na Spitach, nigdy nie pogodzili się z koniecznością służby na P-47 i jako wybawienie przyjęli przezbrojenie na Mustangi - też takie Spitfire, tylko własne, amerykańskie. Za to piloci 56th FG nie wyobrażali sobie porzucenia swoich Thunderboltów, towarzyszących im od początku służby na rzecz durnego P-51 i de facto wymusili uruchomienie szczątkowej produkcji myśliwca, w zasadzie już odstrzelonego przez Wright Field i z pozamykanymi kontraktami. Podobnie było w 5th AF, gdy zabrakło Lightningów i piloci jednostek 49th FG musieli przesiąść się z P-38 na P-47. Dopóki Lightningi nie powróciły na wyposażenie, przeżywali jakiś koszmar. Za to panowie z z 348th, którzy przywieźli ze sobą Thunderbolty z Zionu, za punkt honoru postawili sobie udowodnić światu, że ich ukochane samoloty sprawują się znakomicie i że w Lightningach nie ma żadnej magii. Saburo Sakai, już dużo po wojnie twierdził, że Zero był myśliwcem znakomitym, bo o jakości takiego samolotu decyduje zasięg. Najlepszy samolot bez benzyny jest nic nie wart, a fenomenalny zasięg Zero dawał pilotom komfort, który miał jakoś przekładać się na skuteczność w walce. Wg niego lotnicy Luftwaffe, gdyby mieli taką możliwość, natychmiast przesiedliby się na A6M ze swoich sto dziewiątek. Ale jakoś wątpię, by byli oni szczególnie zachwyceni, gdyby dowiedzieli się, że za możliwość dłuższego operowania na d Anglią będą musieli zrezygnować z prędkości maksymalnej, pułapu, samouszczelniających się zbiorników i opancerzenia. Nie widzę też żadnego pilota Wildcata przyjmującego taka ofertę. Można zrozumieć Saburo zmuszonego okolicznościami do latania nad bezkresem oceanu bez takich dobrodziejstw jak radar i wyszkolonego w duchu japońskiej doktryny, w którą myśliwiec Mitsubishi wpasowywał się znakomicie i w której nieco inne rzeczy miały znaczenie. Ale w miejscach, gdzie zapadają decyzje o produkcji samolotów takie spory są bez znaczenia. Decyduje oprócz doktryny, statystyka i ekonomia. Sytuacja, gdy można wprowadzić do służby lepsze narzędzie, ale wstrzymuje się towarzyszący temu proces bo stare jest dość dobre pojawia się jedynie w bardzo określonych okolicznościach np. totalnej przewagi nad przeciwnikiem. Nie gdy narzędzie wciąż spada do wody, a przeciwnik wygrywa wszystkie kolejne starcia. Jeśli jednak wJaponii było inaczej, w duchu pierwszego zdania w tym paragrafie, to chętnie się dowiem skąd to wiadomo. - Ze względu na niezdolność do wykonywania klasycznych zadań myśliwskich Zero zostało zdegradowane do wykonywania misji specjalnych (kamikaze). Jak wspomniałem nawet myśliwce II generacji nie dawały przewagi osiągów pozwalających zniwelować przewagę taktyczną przeciwnika. Zero do końca pełnił służbę myśliwską. Nie bardzo mógł działać jako klasyczny myśliwiec marynarki, bo nie bardzo istniała marynarka, w której mógłby służyć i nie za bardzo kto miał taką służbę pełnić, niezależnie od wykorzystywanego samolotu. Misje specjalne, choć cywilizacyjnie nam obce, miały całkiem sensowne uzasadnienie statystyczne. I chociaż Japończycy przeznaczali do nich niemal wszystko co było się w stanie unieść w powietrze ( zresztą nie tylko ), to trzeba przyznać, że taki samolot jak Zero świetnie się do takiego zadania nadawał. Obciążenie bombą nie ograniczało znacząco zasięgu, a myśliwska charakterystyka zwiększała szansę na przedarcie się przez strefy amerykańskiej obrony. Oczywiście, gdy był wybór, to Zero leciało z bombą w samobójczej misji, a lepsze samoloty stanowiły osłonę. Ale to nie znaczy, że już nie było zdolne działać jako myśliwiec. To się wciąż zdarzało. W jakimś sensie teza jest słuszna, ale wg mnie wymaga przynajmniej komentarza. - Pojawienie się w lotnictwie USA taktyki wykorzystującej manewr pionowy było czynnikiem dokładającym się do upadku Zero. Myśliwce są lepsze w jakimś aspekcie, gorsze w innym. Wszystkie. Taktykę działań dostosowuje się do możliwości swoich i przeciwnika. Nikt nie będzie dążył do starcia na warunkach dla przeciwnika korzystnych i każdy będzie starał się doprowadzić do sytuacji, gdy będzie miał przewagę. To jest jak, gdy ja z toporem, a ty z mieczem. Ja będę chciał przywalić ci z zamachem, a ty ustawić się tak, żeby mnie sztychem. Nie odwrotnie przecież! Gdy w międzywojniu doszło do pokazowej walki Hurricane'a z Camelem to starcie zakończyło się spektakularnym zwycięstwem Camela. No pewnie, że tak! Jak miał się skończyć taki pokazowy dogfight.? Gdyby spotkaniu nadać realny charakter, to o żadnym pokazie nie mogłoby być mowy, bo Hurry tylko czaiłby się w górze, żeby zwalić się na dwupłata i w żadne manewry by się nie angażował. Wykorzystanie manewru pionowego to naturalne zastosowanie przewag swojego samolotu i unikanie przewag wroga. W drugą stronę działało to przecież tak samo i Japończycy nie mieli nic przeciwko wciąganiu przeciwnika w pojedynki manewrowe. Twierdzić, że manewr pionowy pojawił się jako specjalna taktyka na zero, to jak mówić, że piloci Luftwaffe wymyślili specjalną taktykę, która przyczyniła się do upadku Defianta, jako myśliwca, a polegającą na zrezygnowaniu z klasycznego atakowania formacji tych samolotów z tyłu z przewyższenia. Przy czym Defianty, w przeciwieństwie do Zero mogą się pochwalić konkretnym sukcesem w starciu z Messerschmittami. Jednym, ale spektakularnym. Jeżeli nie pchanie się pod lufy strzelców Boulton Paulów nazwiemy pojawieniem się taktyki będącej czynnikiem dokładającym się do upadku Defianta, to OK i z tezą dotyczącą Zero się zgodzę. Tylko dodam jeszcze, że taktykę stosowano, gdy się udało. A gdy się nie udało, to strzelano się na warunkach jakie były. A nie zawsze się udawało. Gdy pojawiły się nowe myśliwce udawało się łatwiej. Ale to nowe samoloty sprawiły, że oczywiste od zawsze założenia łatwiej było wprowadzić w życie. Poza tym nie była to jedyna odpowiedź na mierzenie się z Japończykami. Np. słynna przeplatanka Thacha, która z manewrem pionowym nie miała nic wspólnego. No może poza tym, że też celem jej było zniwelowanie przewagi taktycznej przeciwnika. Zero, czy cokolwiek byłoby akurat problemem.
-
Dla takiego celownika warto się udostępnić.
-
To jest kilka lat historii skomasowane w kilku zdaniach i tym samym niemal z definicji możliwa jest różna interpretacja. Mniej więcej na tym polegają owe kontrowersje. Choć wrażeniowy przekaz jest, moim zdaniem, nieco oderwaną od rzeczywistości kliszą, to da się to też rozumieć inaczej. Ale teraz, gdy podałeś źródło, czepiam się już nie Ciebie, tylko źródła. Zakładam, że to nie zredagowanie namieszało ;). Co prawda takie określenia jak radził sobie bardzo dobrze, czy duże sukcesy nie są jednoznaczne. Nie jestem tez pewien jakiego okresu dotyczy uwaga o służbie Zero w IJA, itd. Zatem czy zgadzasz się ze mną, że ze wstępniaka wynika, iż: - W początkowym okresie wojny (do wprowadzenia przez USA do służby myśliwców II generacji) Zero dominowało w walkach na Dalekim Wschodzie. - Zero służyło w IJA ponieważ dominowało osiągami nad samolotami armii. - Panujący w środowiskach japońskich decydentów mit o niezwyciężonym zero był istotnym czynnikiem w procesie logistycznym tworzenia i wprowadzania do służby nowych myśliwców. - Ze względu na niezdolność do wykonywania klasycznych zadań myśliwskich Zero zostało zdegradowane do wykonywania misji specjalnych (kamikaze). - Pojawienie się w lotnictwie USA taktyki wykorzystującej manewr pionowy było czynnikiem dokładającym się do upadku Zero. ? Bo jeśli się nie zgadzasz, to nie wiem czy będę w stanie pomóc :).
-
Kwestia zacięcia modelarza. Mój MkII składał się z jakichś dwudziestu części. OK, licząc z kablem, wtyczką i stelażem. Swoją drogą celowniki, celownikami, ale stelaże w zestawach do budowy modeli i w gotowych modelach to jest temat na który należy spuścić zasłonę milczenia. Na moją autopromocję należy spojrzeć przez pryzmat tego, że jednak mówię o skali 1/48. Ale celowniki będą rozpoznawalne bez problemu i w 1/72. Nie ze względu na części, ale ze względu na charakterystyczne proporcje. Czy warto się w to angażować, to znów kwestia zacięcia modelarza. Na zdjęciu MkII jest z lewej. Z prawej MkII*. Jak się głębiej zastanowić, to te 5 zyli lepiej byłoby chyba postawić na powstały dla US Navy celownik MkVIII, ale różnice w wyglądzie MkVIII i brytyjskiego MkII są pomijalne.
-
Magda oficjalnie oświadcza, że jest supozycją zdegustowana!
-
Nie znam takiego źródła. Ale byłaby to chyba kniga porównywalna z dziełami Lenina. No dobra, z połową twórczości tego autora ;). Tych celowników było milion z pierdyliardem wariantów rozwojowych, a także do różnych zastosowań. Do samolotów myśliwskich, do różnych stanowisk samolotów wielozałogowych, do zastosowania poza lotnictwem. To sprawia, że nomenklatura jest w zasadzie nie do ogarnięcia dla normalnego człowieka. Jakaś zmiana w konstrukcji np. korpusu powodowała korektę nazwy. Taka zmiana mogła być i na ogół była niewidoczna z zewnątrz. Na korpusy nasadzano różne głowice, w zależności od potrzeb. Te głowice też podlegały modernizacjom i korektom nazw. Powstawały różne głowice, mające spełniać te same zadania i funkcja celowania bombami jest tu dobrym przykładem. W literaturze i materiałach (szczególnie modelarskich) pojawia się zatem problem podobny do tego z jakim mamy do czynienia w temacie śmigieł. Czym innym jest nazwa łopaty, czym innym nazwa piasty, a czym innym całego zespołu śmigła. Część oznaczeń danego elementu jest wspólna dla całej serii, część jest typowa tylko dla konkretnego wariantu i to się jeszcze w rożnych modelach zamienia. Ponieważ systematyzacja tematu jest okropnie upierdliwa, to informacje są niepełne i przypadkowe. W rezultacie modelarz dostaje informację, gdzie nazewnictwo jest stosowane niekonsekwentnie, zamiennie, losowo w sposób uproszczony, lub mega szczegółowy w zależności jaki fragment informacji udało się autorowi zdobyć, Mówię o śmigłach, bo to bardziej popularny temat i obrazuje co dzieje się z celownikami. Opracowania takie, jak podrzucił HKK są do znalezienia, ale to są bardziej rzeczy dla ludzi interesujących się konstrukcją i rozwojem celowników. Ciebie, jak pewnie większość modelarzy bardziej interesuje kwestia: jaki celownik montowano w danym samolocie i jak ów celownik wyglądał. Znalezienie materiałów o konkretnym urządzeniu nie powinno być większym problemem. Większy kłopot jest z ustaleniem czego szukać. Takiego opracowania też nie kojarzę. Wiedza na ten temat rozsiana jest fragmentarycznie po różnych publikacjach i wypowiedziach w sieci. Sam nie mam najmniejszego pojęcia o celownikach innych niż te stosowane w anglo amerykańskich myśliwcach. A w tej dziedzinie też pełnej wiedzy nie mam. Ale coś tam jest :). Żywiczne celowniki podrzucone przez HKK to są N-3, ale ze zwykłą głowicą. Głowica z peryskopem do bomb miała też, brakujące tu, pokrętło regulacyjne, które raczej wykluczało poduszkę. Wymagała też dodatkowego lusterka peryskopu montowanego do lusterka wstecznego. Gdy chodzi o Dowda, to po wgapianiu się w zdjęcia skłaniam się do brytyjskiego celownika Mk.II (nie mylić z Mk.II*; to wtręt w temacie nomenklatury, tę gwiazdkę łatwo zgubić, mnie też się zdarzało). Nie mam pewności, ale chyba jakiś farfocel w kabinie zmylił mnie sugerując, że to wysięgnik do lusterka peryskopu. Problem polega na tym, że oba rodzaje rozważanych tu celowników były używane w 325th FG. Ale co da się odczytać z kształtów na zdjęciach takich, jakie są sprawia, że postawiłbym nawet 5 zyli na Mk.II.
-
Model prezentuje się całkiem całkiem. Dobra robota. Zainteresował mnie wstępniak historyczny, moim zdaniem wypełniony co najmniej kontrowersyjnymi tezami. Twój? Bo jeśli tylko skopiowany, to trudno od Ciebie oczekiwać obrony.
-
Formalnie to się chyba nazywało N-3C z głowicą A-1, ale mogło mi się pomieszać, ta terminologia mnie dobija. W każdym razie N-3 z głowicą z lusterkiem do peryskopu do celowania bombami. Widać go nawet trochę na fotkach po kraksie, które tu zamieszczałem.
-
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Powiedziałbym, że jednak, chyba, raczej miały. Ale materiał zdjęciowy jest taki, że to trochę wróżby są. W ogóle praktyka pokazuje, że w takich sytuacjach (przemalowywanie) działania w temacie napisów i oznaczeń eksploatacyjnych były różne i niekoniecznie powtarzalne. Odtwarzanie kompletu oznaczeń to też raczej wyjątek. -
Tematu nie pamiętam :). Żółta limuzyna Łanowskiego to osobiste dziecko Kolachy. Nigel Julian opowiadał mi jak z Peterem Randallem mieli problemy, gdy ilustrował ich książkę. Musieli tłumaczyć ilustratorowi, że to nie on jest autorem. Z tą żółtą limuzyną też musieli się zmagać. Zresztą Nigel wielokrotnie krytycznie się o takiej interpretacji wyrażał. Kolacha ma tendencję do stawiania hipotezy i analizowania dokumentacji pod nią. Przy tym nie zaznacza jednoznacznie granicy między wiedzą, a spekulacją, albo nawet sztucznie ją przesuwa. Metoda nie jest miarodajna, ale do zapoznania się z jego argumentacją, oczywiście, zachęcam. Kiedyś miałem go w znajomych na FB, ale wywaliłem, bo ciągle wyświetlały mi się jego posty z jakimiś kompletnie absurdalnymi teoriami spiskowymi z różnych dziedzin. Z limuzyną nie ma to nic wspólnego, ale z metodologią, dziwnym trafem, szło w parze.
-
Właśnie te dolne powierzchnie mnie zainteresowały. Generalnie malowanie spodu w jednostkach 8 AF było raczej wyjątkiem niż regułą. To jednak robota i czas, a w sumie fanaberia. Materiał zdjęciowy z 356th nie jest może bardzo obfity, ale da się znaleźć foty Bubbletopów ze spodem NMF. Lonesome Lee też sugeruje taką wersję, ale zdjęcie, które znam jest marne i w żądnym razie decydujące. Jednak malowanie spodów to w praktyce raczej rzecz typowa dla jednostki, nie pojedynczych samolotów. Tak się zainteresowałem, czy malowanie jest jakoś uzasadnione, ale też nic nie przesądzam. Do książek nie zaglądałem. Ale to Twoje Kagero przypomniało mi jedną rzecz. Jakbyś w planie miał tez Łanowskiego to uważaj na przedstawienia z żółtą limuzyną.
-
Kto jest autorem? Mówisz, że jest tam kilka rzutów z góry tego egzemplarza?
-
Co jest źródłem dla kolorystyki modelu?
-
PROJEKT „01” - MiG 21 PFM "Aleja MiGów" - Eduard 1/48
greatgonzo odpowiedział Albatros → na temat → [L]Galerie
Nie ma czego się bać. Kolejny model Albatrosa nie będzie przecież wędrówką w nanoświat, ani też miniaturowy samolot nie odleci. Ten pierwszy model nie jest też świadectwem, że autor aspiruje do miejsca w składzie Avengersów. To przykład pokazujący co się może wydarzyć, gdy dorosły modelarz świadomie podejmie decyzję by zrobić świetny model i racjonalnie zaplanuje rzeczy, które należy zrobić, by plan się powiódł. Zwróćcie uwagę na kroki takie, jak zapisanie się na warsztaty, by zapoznać się dziedziną, o której ma się mgliste pojęcie. To przykład na to gdzie szukać istotnych rzeczy, stojących za powstawaniem dobrych modeli. Nie w modelarskim skillu technicznym, bo tu modelarstwo jest mało wymagające i nie w legendach kompletnie pozbawionych znaczenia, jak np. ta o za grubych palcach. Pewnie, że spodziewamy się czegoś nowego w kolejnych modelach Albatrosa. Może nowych wyzwań co do prezentacji, może większego rozbudowania sfery detali, może interesującego pomysłu na jakieś szczegóły itd. Ale nie kolejnych milowych kroków przesuwających modelarstwo w świat supernaturalny. A tak musiałoby być, bo MiG jest na tym, umownym najwyższym poziomie, który niekoniecznie oznacza, że musimy mieć do czynienia z najlepszym modelem ever, ale za to oznacza, że modelarz ma potencjał do wykonywania tego rodzaju modeli. Model podoba mi się bardzo, nie tylko sam w sobie, ale też jako żywe potwierdzenie tezy, że dobry model jest kwestią wyboru autora - nie kumulacją umiejętności nabywanych wraz z tworzeniem kolejnych prac, co jest fikcją, Wystarczy chcieć i rozumieć co owo chcenie znaczy. Nie trzeba, bo nie ma przymusu robienia dobrych modeli, ale wystarczy. Z jednym wyjątkiem. Swoboda i skuteczność, jaką Albatros przedstawia na polu kreowania realistycznego wrażenia obcowania z różnymi materiałami jest znakomita. I to materiałami nie tylko różnymi, ale też będącymi w różnym stanie. To zdradza, że nie jest to pierwszy kontakt autora z działaniami na polu artystycznym. I to jest rzecz, której nie da się załatwić krótkim kursem, a na pewno nie w modelarni. Można się tego nauczyć, ale to jest jednak inna droga. Można to też wypracować modelarsko, ale jednak raczej nie w pierwszym podejściu. Teoretycznie może się zdarzyć, że takie efekty są wynikiem korzystnych zdjęć, ale tu efekt jest zbyt powtarzalny i materiał zbyt różny, bo tak podejrzewać. Przy takim zacięciu do prezentacji rzeczywistości nie dziwi chęć realizowania przedstawień o charakterze dioramy. Model staje się wtedy bardziej malarski w charakterze i chodzi mi o dziedzinę sztuki, nie o modelarską manierę malowania. Dla mnie to szkoda, bo moja dziedzina modelarska leży gdzie indziej. Ale z drugiej strony znam modelarza, który nawet gwałcąc zasady modelarskiego rzemiosła, potrafił tworzyć scenki znakomite pod każdym względem, to może teraz będę znał drugiego :). -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Brak to brak. Każdemu modelowi czegoś brakuje. A problem z limuzyną mógłby ewentualnie wynikać z limuzynii. Ale takiej francy jeszcze nie znam. Wiatrochronia: modelarska przypadłość polegająca na doczepianiu do modelu wiatrochronu jak leci, bez refleksji nad tym jak się to ma do realizmu prezentacji. Objawy: łączenie wiatrochronu z kadłubem wyraźnie odbiegające jakością od standardu wykonania reszty modelu, tworzące efekt zgniłej wisienki na torcie. Uwaga: łatwo rozprzestrzeniająca się, nieleczona nie ustępuje samoistnie. -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
To jest niuans i w modelu na żywo pewnie niedostrzegalny. Zdjęcia pokazują, że lotki nie stanowią przedłużenia profilu skrzydła, tylko są zadarte do góry. Minimalnie, ale dostrzegalnie. Ponieważ obie tak samo - wrażenie jest nienaturalne. Specyfika internetowej galerii. Nie sądzę, by było o co kruszyć kopie. W oczy bardziej kłuje przypadek modelarskiej wiatrochronii. Nawet gdyby z lotkami było rzeczywiście coś nie tak, to ta skutecznie odwróci od nich uwagę. -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Lufy Browningów w P-47 schowane były w osłonach blast tubes. Te były wykonane ze stali nierdzewnej, nie chromowane, choć w kontekście modelu - jeden pies. Blast tubes najczęściej pozostawały NMF, ale czasem je malowano. Lepiej zerknąć do dokumentacji. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
greatgonzo odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Może, choć w Atenach byłem chyba jeden dzień. Akurat, żeby rozczarować się Akropolem. Wtedy już zaczęli o niego dbać i wprowadzili ograniczenia co do turystycznej penetracji obiektu. Kiedy byliśmy tu kilka lat wcześniej na wakacjach z rodzicami, ganialiśmy się z siostrą po Partenonie. O Grecji wspominałem w wątku hobbystyczno - turystycznym. W czasie wyjazdu popracowaliśmy z przyjacielem jedno popołudnie przy pomidorach i mieliśmy parę drachm na zbyciu. Tylko naszym wyborem nie był ateński sklep modelarski, lecz taki z płytami. Zakupy skromne, bo drachm niewiele, a miejsca na płyty chyba jeszcze mniej. Moim pierwszym i oczywistym wyborem był krążek Brothers in Arms. Ale studencka praktyka w Grecji brzmi jak nietuzinkowe wydarzenie. -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Można by to zrzucać na karb przekłamania obiektywu, ale efekt widoczny jest na wszystkich. Niewielki, ale dostrzegalny. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
greatgonzo odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Między 85, a 89 byłem w Grecji i trzy razy w Niemcach. Kumple też jeździli, do Norwegii, Niemiec, Holandii... . Nie było z tym szczególnego problemu, poza koniecznością wypełnienia kryteriów związanych z uzyskaniem paszportu i wizy. Tylko przed pierwszym wyjazdem do Niemiec, przed wydaniem paszportu, zaproszono mnie na komisariat MO, gdzie taki jeden po cywilu wygłosił pogadankę o zagrożeniach czyhających na młodych ludzi na zachodzie. Sprowadzało się to do tego, by nie dać się zwerbować wrogim służbom, ale głównie by nie robić rzeczy, które mogłyby naszym służbom dać pretekst do wkroczenia. Szczęśliwie udało mi się studiować na tyle niekonwencjonalnie, że uniknąłem i szkolenia wojskowego w szkole i służby po niej. W wojsku byłem kilka razy, ale tylko na wycieczkach, jak ostatnio w Inowrocławiu, w ogólniaku w ramach PO, albo za dzieciaka na poligonie czołgowym koło Orzysza, gdzie tatowie mieli po znajomości okazję poprowadzić T-55, a my z kumplem powozić się w wieży. Tego typu sprawy. W sumie mój najbliższy kontakt ze służeniem w wojsku wspominam całkiem miło. Kumpli miałem głównie na Budowie Maszyn, Ja byłem na jakiejś dziekance, a oni właśnie mieli szkolenie wojskowe - co tydzień w piątek. We czwartki robiliśmy imprezę pożegnalną, bo koledzy szli do woja. W piątki imprezę powitalną, bo wracali :). A która to była płyta? Bo Brothers in Arms to 85 rok, a następnej jeszcze wtedy nie było. Knopfler absolutny Mega Gość. Widziałem go dwa razy. Oba koncerty znakomite! -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
greatgonzo odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
O, proszę, dobrze pamiętałem. W momencie zakupu zestawy wydawały mi się znakomite. Gdy je oddawałem miały już tylko wartość sentymentalną. Alternatywą dla Mustanga była Tamiya, a FW w ogóle mnie już nie interesował. Jeśli mowa o wątku, w którym piszemy, to gdy kupowałem ten zestaw PRL jeszcze był. Gdy przywoziłem go do domu - już nie bardzo :). -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Spisek kawaleryjski! Przy okazji, banalne malowanie rzecz względna. Ale Thunderbolty z SEAC to jest całkiem ciekawy temat do malarskich eksperymentów i niestandardowych prezentacji. -
Thunderbolt Mk.II, Miniart 48012 plus dodatki, 1:48
greatgonzo odpowiedział Skaidrus → na temat → [L]Galerie
Przemyśli, przemyśl! Francuza - pfff... . W modelu z galerii poprawić obecność wyimaginowanych zawiasów pokrywy przedziału uzbrojenia nie będzie raczej trudno. Ale kolor wnętrz to już pewnie gorzej.
