HKK
Użytkownicy-
Liczba zawartości
2 438 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
17
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez HKK
-
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Pamiętasz je z przełomu 70 i 80, ale pochodzily z wcześniejszej produkcji. Pod koniec 70 zaczęto usuwać z pudełek "sceny przemocy" - bo to zabawki. Podobnie, skoro w pudełku jest jeden model, na obrazku musi być jeden samolot. Na obrazku leci, to czemu model nie? Skończyło się na nudnych zdjęciach słabo zbudowanych modeli. Z Matchbox-em zgoda, ale Heller wg mnie nie miał tak ładnych (czytaj realistycznych) obrazków. Za to Airfix i wczesny Revell to ta sama liga co Matchbox. Moim zdaniem oczywiście. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Model strasznie g..niany ale wówczas miałem porównanie tylko z modelami Ruch-u i Plasticardu, więc był super. No i miał odsuwaną osłonę kabiny! Ale artwork na pudełku jest super do dziś. Nie wiem czemu, ale współczesnym obrazkom na pudełkach jakoś brakuje dramatyzmu i dynamiki. Są ładne i nudne. Niby jest dramatyzm, coś się pali itd. Ale... -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Notka na dole artykułu, mówiąca o farbach Humbrol potwierdza, że zachodnie modele pojawiły się na większą skalę w CSH na przełomie 74 i 75 roku. W Warszawie chyba nieco wcześniej - połowa 1974. Ale ja z całą pewnością pamiętam dostawę modeli Revella do CSH w lecie 1973 roku. Dostałem wtedy w prezencie swój pierwszy zachodni model. -
PZL-56 Kania to była przyszłościowa wersja Jastrzębia z silnikiem HS. Natomiast pokazywany model przedstawia projekt PZL-55. To zupełnie inny samolot, choć opracowywany pod ten sam silnik.
-
Parę cytatów z książki, które dają pewien obraz: Prauss: Na szczycie (u Westlanda) stał dyrektor techniczny W.E. Petter, młody (...) absolwent Cambridge University, bezwzględnie zdolny i bystry. Co prawda: (...) Teddy miał aspiracje konstruktorskie (i zdolności ku temu) (..) ale wtrącał się do wszystkiego (...) czesto przeszkadzając innym. Glass: (...) tamtejsi pracownicy kształceni byli wg innego schematu: otóż do biura konstrukcyjnego trafiali chłopcy mniej więcej 16 letni, pracujący wcześniej na warsztacie. (...) tam, pod okiem głównego konstruktora, lub któregoś z inżynierów, uczyli się tego, co było im potrzebne. (...) W efekcie pracownik 20-letni znał praktyke konstruowania w danym zakładzie, a ponieważ wcześniej pracował w warsztacie, znał również technologię. Polacy, wg Anglików, byli pod tym względem niedouczeni. Prauss: Przy ówcześnie wykonywanych, stereotypowych pracach inicjatywa własna i znajomość teoretyczna nie były konieczne (...) biuro dysponowało tabelami, wykresami i instrukcjami, co ułatwiało pracę i pozwalało szybko przekazywać informacje do biura konstrukcyjnego. O tym, żeby w biurze ktoś coś sam obliczał - mowy nie było . (...)Lepiej niz w PZL przedstawiała się działalnośc prób w locie (...) także i dlatego, że samoloty wychodziły z warsztatu lepiej skontrolowane i wymagały mniej poprawek. (...)Idealnie funkcjonował dział w którym kopiowano rysunki, (...) nie było dozwolone - jak w PZL - nanoszenie poprawek na kopiach, (...) poprawiany oryginał był z powrotem wydawany w całym nakładzie. (...) był to luksus, ale dawał dużo lepsze rezultaty. Ale jak wspomina Prauss: (...) w warsztacie panował bałagan. Robotnicy byli sumienni i fuchy nie puszczali, ale wszystko trwało bardzo długo(...) I jeszcze jedna istotna uwaga ogólna o konstruowaniu samolotów zarówno za granica jak i w Polsce, którą przekazuje Prauss: (...) taka była kolej rzeczy w samolotowych konstrukcjach. Dobry konstruktor zrzynał od innych 90%, a dodawał swoich 10% i to był jego wkład do rozwoju danego typu na międzynarodowym rynku! Polscy konstruktorzy przed wojną mieli ograniczone możliwości "zrzynania" z zagranicy, a w kraju nie mieli za bardzo od kogo kopiować. Można tylko pomarzyć o tym, jak wyglądałby powojenny przemysł lotniczy w Polsce, gdyby ci ludzie wrócili do kraju i mieli szansę wykorzystać swe doświadczenia uzyskane w zakładach ze światowej czołówki. Oczywiście nie w warunkach zsowietyzowanej gospordarki PRL.
-
Polecam wspomnienia S. Prauss-a (konstruktora "Karasia" i "Suma") wydane niedawno pod tytułem "Z Zakopanego na Stag Lane". Pomagaja one zweryfikować wiele popularnych a nie do końca zgodnych z prawda przekonań o polskim przemyśle lotniczym przed IIWS. Dla mnie niejakim szokiem było dowiedzenie się, w jak prymitywnych warunkach ci ludzie uczyli się studiowali a potem zaczynali pracę w przemyśle. Prauss poświęca nieco miejsca na porównanie przedwojennych zakładów PZL z zakładami De-Havillanda w których pracował w czasie wojny. Konstruktorzy polscy nie znajdowali się w czołówce światowej, bo po prostu nie było takiej możliwości. Nie mogli konkurować ani wykształceniem (choć w sumie nienajgorszym), ani doświadczeniem. Całej masy rzeczy musieli się uczyć metodą prób i błedów. Mieli zdolności, ambicję, zapał i pracowitość, ale to tak jakby oczywiste i wspólne ludziom którzy chcą coś nowego osiągnąć. Tak w Polsce jak i gdzie indziej. Gdyby nie wojna i emigracja zapewne byliby w stanie wychować następne pokolenie konstruktorów, solidniej wykształconych, którym mogliby przekazać wiedzę i doświadczenie. I tacy rzeczywiście rywalizowali by ze światową czołówką. Pod warunkiem odpowiedniej polityki państwa.
-
Nie chodziło o danie rady, ale o stosunek koszt-efekt. Uznano, że opanowywanie nowej technologii po to, aby produkować gorsze silniki, nie ma sensu. Zresztą Gnome Rhone serii K to nie był w końcu lat 30-tych szczyt techniki. Ale nie ma co gdybać. Na początku lat 30-tych podjęto decyzję o licencyjnej produkcji Bristola. Nikt nie przewidział, że Roy Fedden w swojej obsesji rozrządu suwakowego doprowadzi firmę Bristol niemal do bankructwa i nowe Bristol-e dużej mocy będą gotowe dopiero w 1940-tym roku.
-
Polska też mogła kupić licencje od GR. Ale te silniki nie cieszyły sie u nas zbyt dobra opinią. W porównaniu z solidnymi Bristolami uznano je za awaryjne, i skomplikowane w obsłudze. Nie bez znaczenia był fakt, że głowice we francuskich silnikach były odlewane, a w Bristolach skrawane. Odlew był tańszy, ale opanowanie technologii takich odlewów dużo trudniejsze.
-
Najkrótsza odpowiedź brzmi - brak silników. Do P.24 stosowano importowane GR i dlatego te samoloty nigdy nie były brane pod uwagę jako wyposażenie polskiego lotnictwa. Źeby zbudować myśliwiec na miarę końca lat 30-tych trzeba było silnika o mocy 1000 KM (upraszczając). Licencyjne Bristol Mercur-y tego nie zapewniały, a Taurus-y i Hercules-y które miały być produkowane w Polsce, się opóźniły. Próbowano zbudować mały samolot pod słabszego Mercury VIII i powstał niezbyt udany PZL-50.
-
Korozja na elementach fototrawionych.
HKK odpowiedział bsnt3k → na temat → Fototrawienie, lutowanie, druk 3d
Oczywiste jest, że na rdzę (jesli to rdza) nie kładzie sie zabezpieczenia przed oczyszczeniem powierzchni. Ale tutaj nawet nie wiemy czy rzeczywiście chodzi o rdzę (na stali), czy o inny produkt utleniania. Autor wątka mówi o korozji, nie o rdzy. Korozja niejedną ma formę. Jeśli polega na odbarwieniu powierzchni to niekoniecznie wymaga oczyszczenia, bo moze to być trudne lub kłopotliwe. Ale jeśli pojawiły się głębsze wżery, to element może być do wyrzucenia zamiast do zabezpieczenia. Tak jak mówi @Greif, bez zobaczenia co się dzieje, nie sposób sensownie pomóc. -
Korozja na elementach fototrawionych.
HKK odpowiedział bsnt3k → na temat → Fototrawienie, lutowanie, druk 3d
Nie wiem z czego są robione te blaszki, ale jeśli rzeczywiście głęboko korodują, a nie po prostu pokrywają się nalotem, to zabezpiecz je np. za pomoca bezbarwnego lakieru i tyle. -
Korozja na elementach fototrawionych.
HKK odpowiedział bsnt3k → na temat → Fototrawienie, lutowanie, druk 3d
To może powiedz co to za zestaw. Zdarzają się np. lakierowane - jak niektóre starsze blachy Part-a. I w ogóle, nie za bardzo wyobrażam sobie niszczącej korozji na blaszkach mosiężnych. Pokryją się ciemniejszym nalotem i tyle. Chyba, że to jakieś antyczne stalowe jak np. Verlinden. Odtłuścić blaszkę przed przykleeniem i malowaniem zawsze warto. Można też zagruntować lakierem do blaszek. -
2 jest prawdziwe. 1. jest nielogiczne. Przecież pełen przekrój dyszy 0.2 jest dopiero przy maksymalnym otwarciu igły. Jeśli dysza ma śr 0.3 to przy typowych otwarciach będzie dawać otwór mniejszy niż 0.2. Czyli ten przykładowy primer też by "nie przeleciał" przez dyszę 0.3 otwartą np. do połowy, prawda? Gdyby coś mogło zatkać dyszę 0.2, to zatkałoby również 0.3. Typowe rozcieńczenia nie sprawiaja problemu żadnym dyszom. P.S. W praktyce, wartości średnic podawane przez producentów mają się nijak do faktycznych. 0.2, 0.3 itd. należy traktować jako wartości referencyjne - tzn. przez 0.3 przepchniesz więcej materiału niż przez 0.2 w tym samym czasie (przy tym samym otwarciu). Również maksymalna plamka z dyszy 0.3 będzie większa niż z 0.2. Ale to nie jest regułą, bo rozmiar plamki zależy nie tylko od średnicy dyszy ale od jej profilu, ukształtowania strumienia itp. Ten sam aerograf w wersji 0.2 i 0.3 będzie się zachowywał zgodnie z oczekiwaniem. Dwa różne typy juz nie muszą i plamka z dyszy 0.2 w jednym aero może być nawet większa niz plamka z dyszy 0.3 innego aero.
-
Kliszę do plastiku mozesz przykleić czymkolwiek co będzie ją solidnie trzymało - ja bym użył cjanoakrylu. Ja bym tak zrobił. Masz wtedy kompletną, zmontowaną tablicę i przyklejasz ją do modelu na takiej samej zasadzie jak tablice Yahu. Wg. mnie łatwiej spozycjonować blaszkę z kliszą gdzieś na boku niż montować blaszkę do kliszy która ju z siedzi w modelu. No chyba, że montujesz tablicę do osobnego, plastikowego elementu - wtedy chyba bez znaczenia.
-
Okazało się, że manipulowanie całym kadłubem przy detalowaniu przedziału zbiornika jest wbrew pozorom dużo lepsze niż robienie tego samym elementem przed zamontowaniem. Jestem więcej niż pewny, że trzymany delikatnie element wypadałby mi z rąk podczas obróbki ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami. Powyżej stan jedynie po lakierowaniu i washu. Wszystko zbyt się błyszczało moim zdaniem, więc zdecydowałem się stonować matowym lakierem. Przetarłem też nieco suchym pędzlem. Żółta plama ma symulować zaciek porozlanym paliwie. Przy okazji, stestowałem mój nowy obiektyw makro. No i wygląda jak wygląda. Na swoje usprawiedliwienie - żółte przewody mają 0.1 mm. średnicy. Ta buła po lewej, ma symulować puszkę z elektryką, opiętą brezentem (tak jest na niektórych zdjęciach). Poza tym, brak jeszcze jednego elementu - listwy na wrędze po lewej, pod którą ukryje się uszkodzony (otwarty od góry) otwór na przewody paliwowe, widoczne na pierwszym planie.
-
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Oczywiście, że byłoby fajnie. Jestem całym sercem za. Mówiąc, że mam czyjeś negatywne opinie nt. modelarstwa w dupie mam na myśli jedynie fakt, iż nie mają one wpływu na moje postrzeganie tego hobby. Ale zawsze będe modelarstwa bronił i próbował przekonać do swoich poglądów w miarę możliwości. Zreszta nie sądzę, aby modelarstwo (w tym redukcyjne) miało dziś jakiś niski lub ośmieszający status. Uważam, że ogląd modelarstwa jako hobby dla dzieci lub dziwaków należy do przeszłości. I nikt rozsądny ani tego nie ośmiesza ani się juz nie wstydzi. A co do wzrostu popularności i prestiżu cóż... Niewielki mamy na to wpływ. Tacy np. brydżyści i filateliści byli niegdyś prężnym środowiskiem, dziś to cień dawnej potęgi. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Cóż, wydawało mi się, że odczytałem poprawnie Twoją tezę która (ubarwiona nieco sarkazmem) wg. mnie brzmi : Niegdyś (Polska, lata 70-te?) modelarstwo plastikowe siedziało w piwnicy albo w dziecinnym pokoju i wstydziło się, że istnieje. Dopiero dzięki staraniom Wielkich Modelarzy, wyszło na świat i zostało oficjalnie pobłogosławione przez władze i organizacje społeczne typu LOK, APRL itp. Już nie musiało się wstydzić, mogło czuć się równie docenione jak szybownicy, motocrossowcy i filateliści. A potem nastapił regres i dziś znów zamiast Mistrzostw Polski, Świata i Układu Słonecznego oraz Błękitnych Skrzydeł przypiętych do dumnej piersi musimy urządzać festiwale w jakichś Psich Wólkach i przemykać się pod ścianami z modelami za pazuchą, bo nas wyśmieją, Nie kupuję tej filozofii i o tym był mój post. Może jestem dziwny, ale nie mam potrzeby by kłaniano mi się w pas na dzwięk słów "modelarz redukcyjny", jeśli to ma być prestiż. Mam też gdzieś, co myślą o tym hobby inni. Nie uważam, by czyjakolwiek opinia (a tym bardziej oficjalna) decydowała o tym, czy pewna dziedzina działalności jest słuszna, poważna i powinna być popierana. Bo o tym decydują TYLKO i WYŁĄCZNE sami zainteresowani. Jeśli zbudują wokół tego swój świat wypełniony organizacjami, zawodami i popularnością, to ok. Jesli nie są w stanie - to niech nie narzekają. Ale w żadnym przypadku nie stanowi to o "prestiżu" czy "wstydzie" z powodu bycia modelarzem plastikowym, drewnianym lub porcelanowym. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
Są liczne strony i aplikacje które wczytują zdjęcia lub skany tekstu, przetwarzają na faktyczny tekst i tłumaczą. -
Jak hartowała się stal, czyli modelarskie lata PRL
HKK odpowiedział kopernik → na temat → Dyskusje ogólne
A dlaczego jego miejsce było w aeroklubach i czy w ogóle gdziekolwiek indziej miało być przyklejone? To bzdurne realia PRL-u sprawiały, że wszystko musiało być koncesjonowane i odgórnie zatwierdzane. I tylko stąd wynikały te starania. W normalnym świecie nie ma znaczenia, czy ktoś uznaje modelarstwo plastikowe za sport, sztukę, czy dziecinną zabawę. Jeśli sa ludzie którzy się tym zajmują, chcą się zrzeszyć i hobby promować to proszę bardzo i nikomu nic do tego. Nie potrzeba żadnego oficjalnego "uznania". No i co z tego? Czy modelarzy, gołebiarzy, miłośników pieców kaflowytch lub grania na ukulele powinno obchodzić co myślą o nich inni? Czy opinia innych uniemożliwia zrzeszanie się, promowanie, organizowanie zawodów, rankingów itd? Znowu - jeśli czyjekolwiek złośliwości miały moc pozbawiania modelarstwa plastikowego prestiżu, to nienajlepiej świadczyło o modelarzach. Widać sami nie wierzyli w to, co robią. Mówię o czasach w których można już było dowolnie się zrzeszać i działać wedle życzenia. -
Dziękuję. Konkretne uwagi i zastrzeżenia. są zawsze mile widziane. Ale oczywiście mam również prawo je zignorować Czasem ze względu na zbyt wysoki (w moim odczuciu) stosunek kosztu do zysku z jakiejś operacji, czasem ze względu na inny poziom wrażliwości na pewne niedociągnięcia niż krytykujący. Masz rację, że model nie jest przyjazny. Zreszta spodziewałem się tego, więc nie narzekam. Swoja drogą, jeśli zaczniemy przyglądać się gotowym modelom z bliska przez lupę, to starsze lub mniej składalne zestawy zawsze będą ustępować tym nowym z najwyższej półki. Bez względu na ilość pracy włożonej w detalowanie przez modelarza. Np. tak chętnie stosowane nitowanie. przy odpowiednim zbliżeniu wygląda słabo w porównaniu do fabrycznych, wklęsłych nitów widocznych w zestawach Eduarda czy AH. Przykłady można mnożyć. Oczywiście pomijam tu dzieła modelarskich mistrzów gotowych spędzić nad projektem kilka lat intensywnej pracy. Jeśli ktoś, jak np. A. Ziober jest gotowy do wykonywania każdego z tysięcy nitów osobno, przez precyzyjne nakłucie, to tylko chylić czoła.
-
Edit. Nie potrafię dostrzec ich wężykowania na żywo, choć może mam nie tak ostre kryteria wężykowania. Druga linia od lewej nie była dotykana i nie pokrywa się w zestawie. Machnąłem ręką, bo w szczelinę przyjdzie antena która to optycznie ukryje. Przesunięcie wynosi mniej niż 0.2 mm.
-
Ale z wybrzeży znajdujących się pod kontrolą Ukrainy do Sewastopola jest 300 km. Chyba żaden Harpoon nie ma takiego zasięgu. A ten duński to Block I z zasięgiem bodajże niecałych 100 km.
-
Ocenianie takich szczegółów na zdjęciach bywa zawodne. Tym bardziej, że robię zdjęcia bez obiektywu makro, bez odpowiednio rozproszonego oświetlenia itd. Zapewniam CIę, że linie które zanikają na zdjęciach, w rzeczywistości są bardzo wyraźne. Natomiast tam gdzie są wyraźne, to akurat mogłyby być płytsze Niesety, nacinanie dłuższych linii podziału w uprzednio szpachlowanych miejscach to jest sztuka, której jeszcze nie opanowałem do końca. Jednolitą szerokość linii jeszcze jakoś ogarniam. Ale głębokość niestety potrafi się wahnąć. Tam, gdzie jest tylko samo tworzywo, to wielkiego problemu nie ma. Ale na granicach cjanoakryu i tworzywa - to inna sprawa. P.S. Przy czym, oczywiście mówimy o problemach które bez lupy lub w odległości 40 cm od modelu są niedostrzegalne. Co nie znaczy, że nie należy z nimi walczyć.
-
Powiedz gdzie. Może czegoś nie dostrzegłem.
