Irek-M1 Napisano 22 Lipca Share Napisano 22 Lipca A gdzie takie daja? Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano 22 Lipca Autor Share Napisano 22 Lipca No, za wielkim murem, na Aliexpresie. Tylko konfigurację trzeba już samemu... . Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano Sobota o 00:29 Autor Share Napisano Sobota o 00:29 (edytowane) Ach, jeszcze to się schowało: Przez długi czas używałem lupy nagłownej, gdy trzeba było robić coś precyzyjnego i nagich oczu do reszty. Ale to się skończyło i nie wróci. Wciąż lupa nagłowna służyła mi do precyzyjnych prac, ale reszta wymaga już założenia okularów. A że tych pierwszych jest naprawdę sporo, to lupa na głowie siedziała niemal cały czas. Okulary też bo jednak co chwila trzeba zerkać na coś normalnie. Moja lupa była mega ciężka, więc zmieniłem ją na lżejsza, ale na dłuższą metę opaska na głowie wkurzała i choć lżejsze, ustrojstwo jednak ważyło. Poza tym okular lupy zajmował sporą część pola widzenia i normalne zerkanie wiązało się z dziwnymi wygibasami szyją i próbami wysunięcia oczu na szypułkach. Stąd pomysł na lupkę doczepianą do okularów. Chwilę trzeba było przyzwyczajać się do małego rozmiaru lupki, ale po tym usprawnienie jest znaczące. Uciążliwości stały się co najmniej akceptowalne. Dla mnie - całkowicie Si! Biało czarne okulary powiększają tak bardzo, że do pracy w zasadzie się nie nadają, bo ostrzą jakiś centymetr od okulara. Ale świetnie sprawdzają się do kontroli efektów pracy. Pewnie jakaś stacjonarna lupa też by się tu nadała, ale wymaga przestrzeni warsztatowej. Utrzymanie takiego porządku na biurku, by można było korzystać z czegoś takiego w czasie pracy przerasta mnie nieskończenie. Okulary można pizgnąć byle gdzie i nie trzeba tworzyć przestrzeni użytkowej, gdy się chce z nich skorzystać. Co prawda nie da się przy nich skorzystać ze znakomitego argumentu o tym, że niedoróbkę dostrzegło się dopiero na zdjęciu :). Ale też nie trzeba czekać na zdjęcie... . Ale wróćmy może do modelu. Budowa tej sprężarki, wentylatora konkretnie, postawiła mnie w sytuacji, w której musiałem stanąć tam, gdzie moja gęba. Wielokrotnie pisałem o kłopotliwych rzeczach towarzyszących budowie w stylu scratch, polegających na konieczności wykonywania prób, sprawdzania nowych metod, czy znużeniu powtarzającymi się w nieskończoność czynnościami. I tak, z tym wszystkim się zetknąłem, ale jednak w uproszczonym zakresie. Tym razem sprawa wyglądała na dużo poważniejszą, ogarnięcie tematu oznaczało utknięcie w nim na miesiące. A to oznaczało, że będę miał okazję przekonać się czy jestem w stanie sprostać takiemu wyzwaniu. Przyznam się, że wcale nie byłem tego pewien. Ostatecznie sprężarki są już niemal gotowe, ale fakt, że pokonałem jakoś te wentylatory trochę mnie też przeraża, bo jednak chciałbym kiedyś ukończyć ten model :). Przy okazji zmagań z wirnikiem dostałem w różnych miejscach sporo porad i propozycji. Czasami miałem wrażenie, że ich autorzy niekoniecznie mieli okazję sprawdzić swoje pomysły w praktyce, ale nic w tym złego, Pomysł wciąż przecież może być dobry. Z tego pakietu przydały mi się różne idee, które może nie w całości, ale we fragmentach zaadaptowałem do swoich zmagań. Za wszystkie dziękuję. Oto zatem co działo się przez ostatnie miesiące. Kolejne wersje teoretycznie można by robić w części i po takiej części ocenić efekt, skracając czas prób. Być może. Jednak wyłożenie całego okręgu to nie to samo co ułożenie kilku płytek, gdzie łatwiej zachować koncentrację i staranność. Chciałem sprawdzić, czy nie pojawią się jakieś niekontrolowane fuck-upy, a przede wszystkim, jak wyjdzie domknięcie ostatnia płytką. Tego już nijak nie da się sprawdzić, bez zrobienia całości. A w zasadzie nawet dwóch, żeby sprawdzić, czy pierwszy wynik jest powtarzalny. Zatem do dzieła. Wersja z płytkami kładzionymi po skosie. Pierwsza położona jest poziomo bez kleju, a druga o nią oparta i podklejona na krawędzi styku ze ścianką boczną. Pod koniec klejenia płytkę poziomą się usunie, i będzie można wcisnąć się z ostatnią skośną, pod tę pierwszą. Stosowałem też klej na styku płytka/płytka – obawiałem się, że spoina tylko przy zewnętrznej ściance będzie zbyt słaba i część może rozpaść się później przy obróbce. Do układania płytek przydawały się różne narzędzia, ale najczęściej podchodziła wykałaczka. Robota jest dość żmudna, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało :). Ale ostatecznie udało się zrobić taki wirniczek. Po prawdzie, to nawet dwa z bardziej płaskim i bardziej pionowym ustawieniem skośnych łopatek. Nie wyszło to wg mnie źle, ale doskwierała mi nieco grubość zewnętrznego okręgu i trochę jednak mało było tych łopatek. Ale chyba najbardziej to skośne ich ustawienie – w dorosłej sprężarce GE optycznie robią one wrażenie ustawionych pionowo. Nie byłem też zupełnie przekonany do drobnej deformacji zewnętrznego okręgu. Pewnie ukryłoby się to po zamontowaniu w kompresorze, uzupełnieniu o inne detale i malowaniu, bo deformacja jest niewielka, ale gryzło draństwo i nie przestawało. Niepokoiło mnie też falowanie wysokości skośnych płytek względem ścianki zewnętrznej. By to ukryć ścianka musiałaby pozostać wyższa niż łopatkowy okrąg, a to kolejne odstępstwo od konstrukcji oryginału. W głowie kiełkowała już myśl o kolejnej wersji. Takich łopatek nie da się kleić w nieskończoność. Przykładanie, wymienianie, pasowanie, układanie – jedna płytka ułoży się od razu, drugą trzeba układać dobrych kilka minut. Przycinanie mikrołopatek też nie robi się samo. A nieuniknione gubienie ich na różne sposoby zupełnie nie pomaga. W żadnym razie to nie jest robota na jedno posiedzenie. Na szczęście, przy modelu zawsze jest coś do zrobienia i gdy już poziom skupienia spadnie poniżej przyzwoitości, można robić inne rzeczy. Edytowane Sobota o 00:32 przez greatgonzo 2 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano Poniedziałek o 14:48 Autor Share Napisano Poniedziałek o 14:48 (edytowane) Kiedy składałem ostateczne wersje wirników sprężarki miałem gdzieś w tyle głowy wrażenie, że gdy przyjdzie do zamieszczenia tego etapu budowy w formie relacji na forum, będzie to co najmniej kilka odcinków. To wrażenie było raczej uzasadnione, bo jak nie mieć takiego, kiedy siedzisz sobie przy warsztacie i kleisz łopatkę za łopatką, a na świecie czas toczy swoje koła tak, że zmieniają się pory roku, śniegi topnieją dając przyrodzie szansę, do odrodzenia się, bucha pełną zielenią wiosna i przychodzą letnie upały. Ale ostatecznie to tylko dwa wirniczki, dwie części do zamontowania. Cała historia, jak długo by nie trwała, spokojnie mieści się w jednym poście. Ale chociaż słowem można próbować oddać co działo się w tym czasie, Stwierdziłem, że potrzebuję jednak solidną bazę wirnika i sprowadziłem z chińskiego kraju mosiężną rurkę o odpowiednim przekroju. Wybór średnic jest naprawdę spory i nie ma problemu z dobraniem odpowiedniej. Wybrałem możliwie cienkościenną, choć oczywiście to pojęcie nabiera innego znaczenia, gdy spojrzymy na element w skali. Powiedzmy zatem, że akceptowalnie cienkościenną :). Z rurki przyciąłem pierścienie, które miały być zewnętrzną ścianą wirnika. Ciąłem używając do stabilizacji jedynie szkiełka, oka i ramienia. Pokazane wcześniej urządzenie pojawiło się później , albowiem, urodziny mam w kwietniu. Ale te cięcia miały niewątpliwie wpływ na wybór prezentu i jego modyfikację. Docinane ręcznie pierścienie wymagały obróbki ścieraniem, by usunąć krzywizny i uzyskać odpowiednią wysokość części. Mniej więcej w tym czasie, jak piorun z jasnego nieba, objawił się Marcin Witkowski, który zasugerował by wirnik wykonać metodą wyciskania. Marcin w dziesięć minut przygotował taki zgrubny wirnik i o mało szlag mnie nie trafił! No bo jak to, ja tu bohatersko kleję jakieś mikroelemenciki, a tu niby można wycisnąć wirniczek w kilka minut?! Szlag, szlagiem, a ciekawy pomysł trzeba przetestować. Z noża przyszlifowałem sobie odpowiednie narzędzie i może nie w parę minut, ale w godzinkę zrobiłem sobie taki element. Na kiju kopułka systemu chłodzenia, uzyskana przez uciskanie krążka o grubości 0,1mm narzędziem z półkolistą końcówką. Krążek tak cienki, bo w założeniu ma ułożyć się na nierównościach pierścienia łopatek. Wyszedł właściwie stożek, ale przy skali, i dodatkowym ustrojstwie, które ma się na tej kopułce pojawić, to zupełnie bez znaczenia. Co nie zmienia faktu, że pomysł okazał się być zupełnie z dupy. Marcinowa metoda świetna! Gdyby popracować nad nią, zrobić kilka podejść by dojść do wprawy (w kilka godzin, nie miesięcy!), można uzyskać bardzo atrakcyjny element. Jasne, z wadami, bo znów będziemy mieli łopatki ułożone po skosie, ale za to ich ilość może być przeogromna, dając całkowicie zadowalający efekt w piździec. Jednak Marcin w luźnym komentarzu dorzucił od niechcenia uwagę, że przy tej metodzie nie byłoby efektu otworów na przestrzał. I ten durny przestrzał nie dawał mi spokoju. Postanowiłem, że jednak będę kontynuował sprawdzenie swojej nowej metody. Ta polegała na naklejeniu mosiężnego krążka, na cieką, ale sztywną płytkę hipsu i układanie po obwodzie łopatek z plastyku 0,1mm, przedzielonych dystansem 0,25 mm. Dystans miał być wyraźnie niższy niż łopatka, by w gotowym elemencie dać efekt dziury na przestrzał. Na zapałce leżą łopatka i przekładka. Elemenciki przenosiłem pincetą, pozycjonowałem w pierścieniu i podlewałem mikroilością cienkiego kleju Tamiya. Ta mikroilość to rzecz umowna, ale istotna. Kleju ma być jak najmniej, ale minimalna ilość oznacza, że po prostu nie da się zobaczyć, że coś się w ogóle zaaplikowało. Zatem trzeba trochę więcej niż minimum. Trzykrotne ocieranie pędzelka o krawędź klejowego słoiczka dawało mniej więcej dobry rezultat, ale tutaj mniej więcej oznaczało tolerancję, która sprawiała, że można było nic nie przykleić, albo zalać pół pierścienia. I to był problem, bo nadmiar tego kleju zwyczajnie topił elementy. Dlatego zrezygnowałem z uzyskania efektu ilościowego w piździec. A próbowałem. Niestety, przy przekładkach ciętych z arkusza 0,1mm nie byłem w stanie zachować odpowiedniej dawki i klej topił całość w bezkształtną masę: Musiałem zważyć swoje priorytety i ostatecznie uznałem, że eksperyment będzie kontynuowany. Efekt na przestrzał jest dla mnie ważniejszy niż efekt w piździec i ten ostatni zostanie zastąpiony efektem dużo, dużo. Na początku rzecz była dość przerażająca. Ta koncepcja sprężarki to coś akurat dla modelarzy, którzy lubią podliczać ilość części w elemencie, bo w tych wirnikach to szło już w setki. Przy przekładkach można było być odrobinę mniej starannym, ale naprawdę odrobinę. Przy łopatkach, trzeba było dbać o to, by kontrolować promienistość ich ułożenia. Elemenciki są tak drobne, że grawitacja przestaje mieć znaczenie, a zastępują ją upierdliwe na każdym kroku zjawiska, jak sądzę, elektrostatyczne, sprawiające, że łopatki i przekładki chcą żyć własnym życiem. Aplikowany klej niemal zawsze przesunie przyłożony element, którego nie ma jak przyblokować i konieczne jest poklejowe pozycjonowanie. Dlatego niezbędne jest użycie kleju, który na to pozwoli, a z innych względów, lepiej by był to klej, który znika i nie tworzy gluta. Co jakiś czas uda się przytopić jakąś płytkę i trzeba ją usuwać. W sumie podczas jednej sesji nijak jest przykleić więcej niż kilka zestawów łopatka – przekładka. Gdy pojawia się znużenie, lepiej odpuścić, bo błędy się nawarstwiają i można narobić dużych szkód. Z tego powodu nie sposób też przeciągać sesji ponad tę godzinę, dwie. No i trzeba się pogodzić z różnymi przygodami. Np. Kichnięcie, westchnienie, czy nawet lekkie uderzenie w stół może sprawić, że gdy sięgamy do pojemniczka (u mnie blister po lekach) po kolejny element, to okazuje się, że wszystkie przycięte płyteczki rozbiegły się wesoło po całym stole. Zapewniam, że przy tej pracy powodów do głębokich westchnień nie brakuje, a jak tu zawsze pamiętać, by wzdychać w odpowiednią stronę? Wypracowałem sobie procedurę, gdzie kleiłem kilka łopatek, po czym przycinałem kolejne. Procent strat przy cięciu też jest znaczny. Elementy wychodzą nie w wymiarze, albo gubią się nagminnie przy przenoszeniu i cholera wie jak jeszcze. Przenoszenie, to też proces, bo de facto trzeba pojedynczo, jako że ta nieszczęsna grawitacja nagle jest na urlopie! Mimo tych wszystkich przeszkód w pewnym momencie stwierdziłem ze zdziwieniem, że nawet polubiłem tę robotę. Człowiek sobie siedział, popijał miętę, kleił plastikowe mikropłytki, muzyczka se grała – fajnie było. W pewnym momencie złapałem się nawet na tym, że obawiam się, że to się kiedyś skończy i będzie trzeba robić jakieś inne, nieznane jeszcze rzeczy :). Tych wirniczków wykleiłem ze cztery, czy pięć. Pierwszy wiadomo, że na straty, dla nauki i wprawy. Kolejne mogłyby już być do użycia, ale niestety, pojawiły się słabości do pokonania. Sama idea konstrukcji modelu wirnika była wyzwaniem dla mnie na tyle dużym, że nie byłem w stanie dorzucić sobie czegoś górką. Z perspektywy czasu rzecz wydaje się być oczywista, czy wręcz głupia, ale na bieżąco myślenie w stylu: i tak robię jakąś syzyfową robotę, więc mogę sobie coś odpuścić jest kuszące jak diabli. Sprawa dotyczyła dyscypliny przy docinaniu i dobieraniu elementów. Na początek zakładałem, że mniej więcej wystarczy. Że pierścień wystający nad łopatki, co jest niezbędne, by ukrywać ich zmienną wysokość, ujdzie mimo, że nierealistyczny, że kopułka się na tym jakoś ułoży, a system chłodzenia na niej odciągnie wzrok, wreszcie, że skala wszystko ukryje, albo usprawiedliwi. Z każdym kolejnym podejściem podnosiłem te standardy. Coś co w kupie mnie przerastało, aplikowane stopniowo było do przyjęcia. I pamiętajmy, że polubiłem te łopatki ;). Cała ta saga skończyła się znienacka, zupełnie bez ostrzeżenia. Wersja z wyśrubowanymi, na moje możliwości, standardami wcale nie była taka całkiem idealna. Łopatki wstawały nieco ponad pierścień, a falowanie ich wysokości było trochę większe niż bym wolał. Nie pozostawało nic innego, jak sprawdzić, czy uda się to przyszlifować. Bałem się tego jak cholera, bo nie wiedziałem, czy tarcie narzędziem nie spowoduje wyginania się, czy wręcz łamania się mikropłytek 0,1 mm. Wzmocniłem jeszcze konstrukcję, podlewając łopatki przy podstawie, od wewnątrz klejem CA. Z duszą na ramieniu zacząłem szlifowanie. Na szczęście konstrukcja okazała się być zupełnie stabilna i szlifowanie przebiegło bez problemu. Pozostała druga cześć zagadki. Szlifowanie tak cienkich płytek może utworzyć na ich końcówkach rodzaj grzybka, optycznie wyraźnie zwiększając ich grubość. Tak też się i stało w tym przypadku. Czy uda się to jakoś zlikwidować? Z pomocą przyszła mi sprawdzona wiele razy wełna metalowa. Zrolowany kawałek tego materiału w kształt wydłużonej kropli wetknięty w patyczek po lizaku poradził sobie i tym razem. To jeden z ważniejszych game changerów w moim warsztacie, podrzucony mi dawno temu przez Gienka. W tym momencie pomyślałem sobie, że skoro udało się z wystającymi łopatkami, to można pójść za ciosem i zeszlifować wszystko jak leci we wcześniej wykonanych wirnikach, z metalowym pierścieniem włącznie. I tak, właśnie znienacka, miałem trzy gotowe wirniki, z których mogłem wybrać dwa, a trzeci pozostawić na majaczącą się gdzieś w wyobraźni budowę modelu P-47. Uzyskane w ten sposób dodatkowe wirniki miały małą wadę. Otóż były cieńsze niż zakładałem , a to oznaczało, że ich montaż w sprężarkach może być nieco kłopotliwy. To jednak był pomijalny kłopot, wobec konieczności klecenia kolejnego wirnika. Gotowe wirniki saute' nie prezentują się zbyt okazale. Zbliżenie wyciąga niedoskonałości, a złe wrażenie potęgowane jest przez niechlujstwo w miejscach, które widoczne nie będą. Wystarczy jednak przykryć wirniczek docelową podstawą kopułki chłodzenia, by uczyniła się modelarska magia. Co złego pozostało po magii kroku pierwszym, będzie się dalej maskować przy kroku kolejnym, który niebawem nastąpi. A tymczasem wirniki można już odcinać od plastikowego podłoża. Edytowane Poniedziałek o 14:54 przez greatgonzo 2 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Kalor Napisano Poniedziałek o 20:33 Share Napisano Poniedziałek o 20:33 Na trzecim zdjęciu od dołu dwie łopatki masz krzywo, do wywalenia. Żartuję, ładnie wyszło. Jak ciąłeś te łopatki że miałeś problem z wysokością? Cięcie ich dłuższych i danie jakiejś kropki w środku powinno też ułatwić pozycjonowanie, nie? Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano Poniedziałek o 22:27 Autor Share Napisano Poniedziałek o 22:27 Przy tej wielkości nawet minimalna nierównoległość krawędzi paska, skutkuje różnicami wysokości. Czasem płytka przyklei się z jakimś skosem w różnych kierunkach, Klej też potrafi się jakoś nawarstwić. Dłuższe paski wg mnie nic nie dadzą. Będą się giąć jak dzikie. Promieniste układanie na oko wystarcza, tyle, że czasem nie udaje się tego utrzymać i potem trzeba żyć z dwiema krzywymi łopatkami. 1 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
HKK Napisano Wtorek o 09:10 Share Napisano Wtorek o 09:10 Twoje podejście ma w sobie coś z awangardowej poezji – jest piękne, choć skrajnie nieoczywiste i dla mnie niesłychanie trudne w odbiorze. Znowu powtórzę sentencję która mi tu się uporczywie nasuwa: 'Cel jest niczym, dążenie wszystkim'. Gonzo, ja ci zaprojektuję i wydrukuję te wirniki (dobra, całą sprężarkę) a Ty ruszysz dalej z robotą co? Bo już nie mogę patrzeć na to kopanie rowu srebrną łyżeczką. Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano Wtorek o 10:35 Autor Share Napisano Wtorek o 10:35 Ale jak to? Chcesz mi obrzydzić hobby? Wszyscy mówią, że hobby ma być przyjemne. 2 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Albatros Napisano Wtorek o 11:31 Share Napisano Wtorek o 11:31 (edytowane) Już napisałem na FB, ale powtórzę, mega efekt i rewelacyjna robota, bardzo dobrze to wyszło. Zwłaszcza, że powtarzalne, rytmiczne i symetryczne elementy są chyba w skraczu największym wyzwaniem. Świetna robota Przy okazji ostatniego wpisu dotknąłeś z kolei pewnego zjawiska, które już zauważyłem i przyznam, że obserwuję to z pewnym zaciekawieniem. Dość często pojawiają się komentarze typu: „nie robię waloryzacji/poprawek/nie poprawię błędów etc bo ja kleję dla przyjemności” i z drugiej strony, przy okazji dobrych modeli „to masochizm, wariactwo, to trzeba być chorym żeby takie rzeczy robić” - choć zdaje sobie sprawę, że jest to forma wyrażenia uznania i podziwu. A jednak jest tam pewna nuta o nacechowaniu pejoratywnym. Nie mam pojęcia dlaczego - zwlaszcza wśród modelarzy (osoby postronne do pewnego stopnia usprawiedliwiam, bo dla laika np. biegi ultra czy wspinanie zimowe też może być abstrakcją i wiązać się z kompletnym niezrozumieniem, a co za tym idzie nawet nieraz potępianiem), czyli osób, dla których w sumie ogólnie powinien być to jakiś cel (nawet jeśli nie mogą lub nie chcą go osiągać) taka nuta się pojawia. Nawet chyba pojawia się pewna inwektywa w stosunku do modelarza, który ogromną wagę przywiązuje do szczegółów - „liczynit”. Dla mnie to dziwne i niezrozumiałe, modelarstwo to nie jest raczej droga do sławy, pieniędzy i kobiet, więc logiczne jest, że każdy - czy ten kto buduje prosto z pudła, jak i ten, który wertuje źródła i jeden element wykonuje kilka miesięcy - robią to dla przyjemności. I zaawansowany, wielomiesięczny skracz jest również budową dla przyjemności, raczej nie ma w tym żadnego innego celu. Dłubie, bo lubię, bo sprawia mi to przyjemność i satysfakcję, tak jak niektórym sprawia bieganie 100 km po górach. Więc stwierdzenie, że ja robię dla przyjemności a tamten to liczynit, maniak i masochista jest kompletnie dziwne, niezrozumiałe i nielogiczne. Nikt kto robi zaawansowane modele nie cierpi z tego powodu ani nie robi przecież tego za karę, tylko właśnie dla przyjemności… Edytowane Wtorek o 11:32 przez Albatros Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Kalor Napisano Wtorek o 12:22 Share Napisano Wtorek o 12:22 (edytowane) @Albatros Bo są dwie grupy ludzi dwa podejścia do modelarstwa: takie gdzie najważniejszy jest etap budowania/malowania modelu i drugie skupiające się na posiadaniu modelu. I jest też pewien brak zrozumienia pomiędzy tymi podejsciami co powoduje wyzywanie się od liczynitów czy sklejaczy fantastyki. Edytowane Wtorek o 12:50 przez Kalor 1 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
kozborn Napisano Wtorek o 16:43 Share Napisano Wtorek o 16:43 6 godzin temu, greatgonzo napisał: Wszyscy mówią, że hobby ma być przyjemne. Jak tak nie mówię Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano Wtorek o 20:57 Autor Share Napisano Wtorek o 20:57 Ja tak mówię :). Chyba widzę to troszkę inaczej niż Albatros, bo w ogóle nie kojarzę by owa pejoratywna forma komentarzy do zaawansowanych poczynań modelarskich miała inne znaczenie niż wyraz najwyższego uznania. I jeżeli ktoś mówi, że nie robi w modelarstwie trudniejszych rzeczy, bo nie jest wariatem, czy masochistą, to w tym też nie widzę nic innego, jak uznanie dla takich prac. Określenia takie jak liczynit są negatywne nie wobec filozofii budowy modelu, a raczej wobec postaw w ocenianiu innych. Negatywny liczynit to ten co się zna i przywala się do innych modelarzy o rzeczy, na których tym modelarzom nie zależy. Mnie bardziej zastanawia inne zjawisko, które polega na odchodzeniu modelarzy od samodzielnego działania przy budowie modeli. Nie chodzi tu o to, że maleje liczba ludzi dziergających w scratchu. Tych jak moja pamięć modelarska sięga, zawsze było niewielu. I śmiem twierdzić, że w czasach, gdy nie było innego modelarstwa, bo nie było zestawów, to wciąż tak samo nieliczni przejmowali się szczegółowym odwzorowaniem detali modelu w skali. Problem (o modelarstwie rozmawiamy, nie światowych problemach ludzkości) jest w tym, że jeszcze niedawno wszyscy modelarze redukcyjni rozumieli i przyjmowali za oczywiste, że samodzielna budowa modelu to jest najwyższa liga modelarska. Układ odniesienia, który choć oczywiście pomijany, jako absurdalny, niefajny, nieprzyjemny - cokolwiek, to jednak był zawsze obecny w świadomości. Tymczasem ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że ta świadomość zanika. Że jest już spora grupa modelarzy, która samodzielną budowę traktuje jak jakąś legendę. Jak Artura Pendragona, co do którego można się spierać, czy istniał jakiś jego pierwowzór, ale wiadomo, że król Artur to mit, nieprawda. Może to używanie negatywnych określeń dla trudniejszych budów też coś dodaje do tematu, może przyczynia się do zjawiska - nie wiem. Moim zdaniem zjawisko źle robi modelarstwu, ale też widzę, że świetnie wpisuje się w szeroki model zmieniającego się świata, który stawia już na inne wartości niż te, które ja pamiętam i uznaję. Oczywiście, wiem, że jakby co, to parafrazując Sonny Curtisa (albo podążając za Robem Potylo) : I fought the world and world won. Także krucjatę raczej pomijam, ale zmieniać wartości też nie planuję. Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Marcin Witkowski Napisano 19 godzin temu Share Napisano 19 godzin temu Czuję się nieco wywołany do tablicy i muszę przyznać, że nie pomyślałem, że mój mały eksperyment i szybkie zmaterializowanie pomysłu na to, z czym się zmagałeś, aż tak na Ciebie podziała. Super, że podniosłeś sobie poprzeczkę jeszcze wyżej i udało Ci się ją przeskoczyć. Wirniki wyszły rewelacyjnie! Wydaje mi się, na tyle na ile poznałem Huberta wywiadując Go w InScale podcast., że ta propozycja druku i skrócenia męki, była chyba podszyta nieco sarkazmem i ironią Hubert, naprostuj jeśli się mylę. W kontekście przyjemności, które płyną z modelarstwa, to pewnie jest podobnie jak gustami, czy smakami. Każdy ma jakiś swój, w tym część, podobną do innych. Jedna jest jednak różnica, w kontekście tych, którzy widząc robotę jak ta powyżej, piszą że to masochizm i samobiczowanie, a przyjemność widzą w składaniu zestawu, jego malowaniu, aż do odstawienia na półkę. I trudno tu odmówić racji. Ale prawdą jest też, że większość (o ile ten wspomniany masohistyczny wydźwięk komentarzy, faktycznie nie jest, jak Gonzo pisze, formą uznania) pisząca w ten sposób, przyjemności płynącej z tworzenia czegoś wartościowego od zera, zwyczajnie nie zna. Bo nie przekroczyli bariery, do przeskoczenia której ja często staram się namawiać. Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
HKK Napisano 18 godzin temu Share Napisano 18 godzin temu (edytowane) Godzinę temu, Marcin Witkowski napisał: (...)podszyta nieco sarkazmem i ironią Hubert, naprostuj jeśli się mylę. Ja nie mam wątpliwości, że Gonzo odebrał moją wypowiedź tak, jak była pomyślana. A tak bardziej filozoficzne. Skupianie się na warsztacie i podnoszenie sobie poprzeczki przez kolejne wyzwania jest dla mnie jak najbardziej ok. Sam tak często miałem i mam. I wiem, że to samo w sobie może być głównym źródłem przyjemności w modelarstwie. Ja tylko zwracam uwagę, że łatwo wpaść w pewną pułapkę, kiedy to stawianie sobie poprzeczki w detalowaniu coraz wyżej, może stać się niepostrzeżenie celem samym w sobie, powodując odsunięcie lub utratę tego pierwotnego celu - zbudowania gotowej miniatury. Zrozumcie mnie dobrze, nie krytykuję, bo sam tak często mam. Co więcej, rozumiem, że to przesunięcie celu może być całkiem świadome. Ale warto sobie zadać pytanie, czy właśnie o to mi w moim modelarstwie chodzi. Ja sobie je zadałem i odpowiedź brzmiała - niekoniecznie. Że satysfakcja z ręcznego wykonania jakiegoś absurdalnie miniaturowego detalu nie kompensuje mi żalu, że ten wymarzony model zapewne nigdy nie powstanie. Chociażby dlatego, że nie dam rady wykonać kolejnych kilku tak samo udanych kopii tego elementu. Nie dam rady psychicznie, choć czasem i fizycznie. Jeśli ktoś potrafi taką niemoc przezwyciężyć, to ja się kłaniam do ziemi. Jeśli komuś nie przeszkadza, że od 5 lat nie skończył żadnego modelu, ale ma frajdę z budowy, to też ok i rozumiem. Oszczędzałem sobie wysiłku i nerwów kupując gotowe profile, przymiary, frezareczki, gilotynki i tego typu szpeje do detalowania zamiast robić to całkiem ręcznie. Przy okazji zyskiwała jakość. Poszedłem dalej. Projektuję i drukuję. Traktuję to jako kolejne narzędzie ułątwiające pracę i oszczędzające czas. Umożliwiające szybsze osiągnięcie podstawowego celu, bez utraty efektu detalu (wręcz przeciwnie). A przy okazji również dające nowe wyzwania twórcze i przyjemności. Zresztą mówiłem o tym w wywiadzie dla InScale. I moja uwaga była właśnie spojrzeniem z tej mojej (i tylko mojej) perspektywy. A i z obawy, że być może nigdy tego gotowego Lightninga nie zobaczę... Chociaż nic mi do tego, co Gonzo zamierza i co zrobi. Edytowane 18 godzin temu przez HKK Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
kozborn Napisano 18 godzin temu Share Napisano 18 godzin temu Godzinę temu, Marcin Witkowski napisał: InScale podcast Poszedł sub! Świetna robota! Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano 17 godzin temu Autor Share Napisano 17 godzin temu (edytowane) Godzinę temu, HKK napisał: Ja nie mam wątpliwości, że Gonzo odebrał moją wypowiedź tak, jak była pomyślana. I dlatego nawet tego nie komentowałem :). Godzinę temu, HKK napisał: Ja tylko zwracam uwagę, że łatwo wpaść w pewną pułapkę, kiedy to stawianie sobie poprzeczki w detalowaniu coraz wyżej, może stać się niepostrzeżenie celem samym w sobie, powodując odsunięcie lub utratę tego pierwotnego celu - zbudowania gotowej miniatury. Tu dotykasz istotnej kwestii. Co prawda nie wiem, czy łatwo, ale na pewno niebezpieczeństwo istnieje. Jest coś takiego (znane z życia przecież) jak zapierająca dech w piersiach budowa modelu, gdzie widzimy, że autor osiąga fantastyczne rezultaty. Ale założenie projektu (tu to słowo akurat dobrze pasuje) jest tak karkołomne, że powstaje obawa , czy rzecz dotrze do końca. I takie porzucone, lub odłożone na nie wiadomo kiedy budowy są znane. Jest rzeczą naturalną, że po wykonaniu jakiegoś skomplikowanego elementu, czy etapu budowy autor zbiera doświadczenie i ma bazę by podejść do niego jeszcze raz, z jeszcze lepszym wynikiem. Tu akurat jest moment, gdzie można popaść w tę spiralę nienawiści, o której wspominasz, ale wątpię by było to łatwe. Pojawia się efekt Uffff, jak na rysunku w relacji i raczej ciężko jest zmusić się by jeszcze raz przez to przechodzić. A jak jeszcze modelarze, których zdanie sobie cenisz ( dzięki wyrażą się pozytywnie, o tym co zrobiłeś, to już na prawdę trzeba mieć psychikę jak Jarek Psikutas, żeby cisnąć jeszcze raz. Większe niebezpieczeństwo tkwi w nadmiernie ambitnych założeniach projektu i przeszacowaniu swoich możliwości. Różnych; psychicznych, albo np. życiowych z dostępem do czasu na modelarstwo włącznie. Pojawiają się też nieco inne przeszkody, jak np. uznawanie, że na godzinę to nie ma co siadać do modelu, bo przy takim nawale roboty to nic się nie zrobi itd. Ostatecznie dostosowanie zaawansowania projektu do życiowych realiów jest istotnym elementem. Mój Lightning nie jest projektem, bo jestem zbyt leniwy, by zrobić konkretny plan budowy modelu. Ale na bieżąco rozstrzygam dylematy w kontekście tego co wyżej. Np. przy sprężarkach pojawiła się pokusa, by odsłonić poszycie i pokazać jedną w całości. Albo zrobić jedną belkę z wybudowaną sprężarką. Zrezygnowałem z tego. Uznałem, że ekspozycja samej góry sprężarek to już jest wystarczające wyzwanie, a do tego samolot oferuje tyle różnych elementów w klasycznych przedziałach: kabina, wnęki podwozia, silnik, uzbrojenie, że taki element nie jest modelowi potrzebny. Nakład pracy stricte modelarskiej plus nieprzewidywalne w tym momencie wyzwanie gdy chodzi o zdobycie odpowiedniej dokumentacji przeważył. Podobnie jest z ideą chłodnic skrzydłowych. Tu jeszcze nie podjąłem decyzji, bo jest to bardzo charakterystyczny element konstrukcji samolotu i zupełnie niewidoczny gdy poszycie nie jest zdjęte. Ale gdy przyjdzie do ostatecznych decyzji trzeba to będzie rozważyć także pod kątem ryzyka nieskończenia modelu. W moim swobodnym podejściu zaletą jest to, że mogę z czasem na bieżąco wprowadzać do równania współczynnik zmęczenia modelem :). Zatem tak, zaawansowana budowa wymaga brania pod uwagę problemu możliwości jej zakończenia. Trzeba zgrać skomplikowanie założeń, swoje możliwości i wybrany temat z dopuszczalnym dla siebie, ale i realistycznym czasem zakończenia. Dla przykładu pierwszowojenny szmatopłat będzie zawsze prostszym do ogarnięcia tematem, niż drugowojenny samolot, o ile założony stopień odwzorowania konstrukcji będzie ten sam. A wcale nie jest tak, że trudniejsze zadanie przyniesie koniecznie większą chwałę :). Jeszcze innym elementem problemu jest wybór tematu. Nie ze względu na skomplikowanie, a potrzebę duszy. Wielu modelarzy ma swój temat Nr1, swojego Graala. I jest rzeczą powszechną, że mając oczywisty plan zbudowania super modelu tego tematu, jednak nie podejmują go i odkładają na później. Już to dlatego, że zbierają doświadczenie, by godnie wykonać swoją gwiazdę, już to ulegając nieśmiałości i podświadomej obawie zmierzenia się z nią. Czas jednak leci i lepiej nie przegapić momentu, by zacząć budowę. I zwykle trzeba coś poświęcić. Zrezygnować z innych tematów, które chciałoby się wykonać, pogodzić się z tym, że spoczywające w pudełkach na półce zestawy już nimi pozostaną i nigdy nie zamienią się w modele, odpuścić zaczęte kiedyś, a porzucone projekty. Powiedzenie sobie: OK, do tego już nigdy nie wrócę, zamiast: Nie, no, jeszcze to zrobię, nie teraz, ale kiedyś, robi wielką różnicę. Edytowane 17 godzin temu przez greatgonzo Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Albatros Napisano 16 godzin temu Share Napisano 16 godzin temu 2 godziny temu, Marcin Witkowski napisał: Czuję się nieco wywołany do tablicy i muszę przyznać, że nie pomyślałem, że mój mały eksperyment i szybkie zmaterializowanie pomysłu na to, z czym się zmagałeś, aż tak na Ciebie podziała. Super, że podniosłeś sobie poprzeczkę jeszcze wyżej i udało Ci się ją przeskoczyć. Wirniki wyszły rewelacyjnie! Wydaje mi się, na tyle na ile poznałem Huberta wywiadując Go w InScale podcast., że ta propozycja druku i skrócenia męki, była chyba podszyta nieco sarkazmem i ironią Hubert, naprostuj jeśli się mylę. W kontekście przyjemności, które płyną z modelarstwa, to pewnie jest podobnie jak gustami, czy smakami. Każdy ma jakiś swój, w tym część, podobną do innych. Jedna jest jednak różnica, w kontekście tych, którzy widząc robotę jak ta powyżej, piszą że to masochizm i samobiczowanie, a przyjemność widzą w składaniu zestawu, jego malowaniu, aż do odstawienia na półkę. I trudno tu odmówić racji. Ale prawdą jest też, że większość (o ile ten wspomniany masohistyczny wydźwięk komentarzy, faktycznie nie jest, jak Gonzo pisze, formą uznania) pisząca w ten sposób, przyjemności płynącej z tworzenia czegoś wartościowego od zera, zwyczajnie nie zna. Bo nie przekroczyli bariery, do przeskoczenia której ja często staram się namawiać. Myślę, że trafiłeś w sedno tego zjawiska. Chyba o to właśnie mi chodziło napomykając o moich obserwacjach. Tak jak powiedziałem - w odniesieniu do konkretnych budów, skomplikowanych i ambitnych projektów nie podejrzewam nikogo, kto używa takich stwierdzeń o złe intencje, tutaj wyrażenie podziwu jest czytelne i nie doszukuję się jakichś podtekstów. Wypowiedzi @HKK również nie odczytałbym inaczej, niż tak jak wspomniałeś. Wydaje mi się, że bardziej zauważam to zjawisko w ogólnych dyskusjach, które nie dotyczą konkretnych osób czy konkretnych projektów. Raz uderzyło mnie to najbardziej na jakiejś dyskusji na anglojęzycznej (sic! - a podobno to tam jest tak miło i głaskanie), gdzie był rzucony temat w stylu, co Cię najbardziej wkurza w modelarstwie - i właśnie ze zdziwieniem stwierdziłem, że przeważająca ilośc wypowiedzi dotyczyła właśnie tego "liczynita". Ale być może ja nieco inaczej zinterpretowałem ten termin, bo w przypadku interpretacji Gonzo faktycznie jest to bardziej zrozumiałe. Natomiast faktem jest, że rozumiem ideę wypowiedzi "robię modele dla przyjemności" , ale nie zgadzam się z logiką - ponieważ wynika, że robienie bez ambicji, na luzie, nie dbając o merytorykę jest rzeczą, która sprawia przyjemność, a ambitne, skomplikowane budowy są chyba za karę. A wszyscy modelarze bez wyjątku budują dla przyjemności - taka natura tej działalności. Pieniędzy z takiego modelarstwa za dużych nie będzie, uznania wśród znajomych raczej też nie (a czasem raczej wręcz przeciwnie). Świadomie wyłączam z tej kategorii modelarzy zawodowych, np. w studiach filmowych, bo to jednak nieco inna specyfika. Skomplikowana, ambitna budowa, wertowanie źródeł i poszukiwanie dokumentacji również jest dla wielu przyjemnością. Rzeczy trudne są również przyjemne i przynoszące ogrom satysfakcji, a wysiłek i rozwój także w czasie wolnym, w czasie odpoczynku również jest źródłem przyjemności, a jednocześnie jest bardzo wartościowy. I w punkt: "Ale prawdą jest też, że większość (o ile ten wspomniany masohistyczny wydźwięk komentarzy, faktycznie nie jest, jak Gonzo pisze, formą uznania) pisząca w ten sposób, przyjemności płynącej z tworzenia czegoś wartościowego od zera, zwyczajnie nie zna. Bo nie przekroczyli bariery, do przeskoczenia której ja często staram się namawiać. " Podejście @HKKbardzo mi się podoba, i osobiście mam bardzo podobne - choć niestety jeszcze nie opanowałem projektowania i druku 3d. Ale dążę do tego, na ile czas pozwala. I uważam, że szereg dostępnych dzisiaj technologii ubogaca modelarstwo i świadczy też o szerokich umiejętnościach i kompetencjach modelarza. Tutaj znowu ogranicza nas tylko kwestia osobistego podejścia - czy chcę te kompetencje poszerzać i w ten sposób rozwijać warsztat. Natomiast żadna technologia nie jest remedium na wszystko i rzeczą dobrego modelarza jest decyzja, kiedy i jaką technologię zastosować, i która w danym momencie najlepiej się sprawdzi i zagra w modelu. Dlatego dla mnie osobiście ideałem jest łączenie tych wszystkich technologii i umiejętności i wyciąganie z nich to, co najlepsze i najbardziej optymalne. Dlatego w każdym modelu jest i będzie miejsce na skracz, druk 3d, części PE, plasti, żywicę i metal itd. Im więcej opcji tym więcej możliwości. Aczkolwiek i tak uważam, że jednak punktem wyjścia powinien być skracz, bo on daje bazę do "ogarnięcia" wszystkiego w całość oraz do "przeskoczenia" tych technologii, do których nie mamy dostępu, albo z jakichś względów nie chcemy korzystać. Jak pięknie widać to w tym warsztacie Gonzo czy też w pracach Marcina. 1 Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
HKK Napisano 16 godzin temu Share Napisano 16 godzin temu Nietrudno przyznać rację wszystkiemu co Gonzo rzekł powyżej. Gwoli uzasadnienia mojego podejścia, czy też raczej moich odczuć w tym temacie, przytoczę historię która stała się moją okołomodelarską traumą (z przymrużeniem oka). Chodzi mi o słynny (chyba) projekt Wojtka Fajgi sprzed wielu lat, prowadzony na dawnym PWM. To był PZL P.11 wykonany w zasadzie od podstaw i niemal całkowicie z elementów fototrawionych. Kibicowałem mu wręcz fanatycznie, czekając z niecierpliwością na każdą kolejną odsłonę. Podzielałem wszystkie jak najbardziej słuszne ochy i achy sypiące się obficie z komentarzy. Nie miałem wątpliwości, że kto jak kto ale on dokończy tą fantastyczną budowę i będziemy podziwiać rezultaty. Ultimate P.11c 1/48. I wtedy, bez jednego słowa wyjaśnienia (jak mi się wydaje) projekt utknął i umarł. Sam Autor porzucił zresztą w tym samym czasie modelarskie hobby. Zrobił co zrobił, miał prawo. A ja i reszta publiki w sumie nie mamy prawa tego oceniać. Ale jednak poczułem się... oszukany? Za mocne słowo. Zawiedziony, rozczarowany? Może nawet więcej. Od tego czasu, sceptycznie, choć może nazbyt, podchodzę do modelarskich cudów i wianków w odcinkach. Na zasadzie poczekamy, zobaczymy. Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
greatgonzo Napisano 13 godzin temu Autor Share Napisano 13 godzin temu Słusznie. Żaden modelarz nie zagwarantuje, że ukończy model. Ale szansa na to, że zrobi to, powiedzmy Pan abtb jest duuużo większa niż w przypadku Gonza. Im bardziej zaawansowany projekt, tym szansa mniejsza, co zresztą dotyczy wszystkiego w modelarstwie i poza nim. 2 godziny temu, Albatros napisał: przyjemności płynącej z tworzenia czegoś wartościowego od zera, zwyczajnie nie zna. Bo nie przekroczyli bariery, do przeskoczenia której ja często staram się namawiać. (MW) No nie wiem, czy odważyłbym się tak powiedzieć. Bo to jest rzecz określająca całokształt człowieka i sugerująca, że nie przekroczył bariery nigdy w życiu, w żadnej dziedzinie. To się bez trudu przekłada z dziedziny na dziedzinę. Moim zdaniem spokojnie jest możliwe, że ktoś wie jak smakuje przekroczenie bariery, ale nie chce mierzyć się z kosztami przekraczania w modelarstwie. I to jest spoko. Jedyne co mnie przy tym kłuje, to zaklinanie rzeczywistości, polegające na tym, że taki modelarz nie chce zrezygnować z aureoli wartości jakie można znaleźć w modelarstwie. Wtedy faktycznie mogą się pojawić wypowiedzi deprecjonujące zaawansowane budowy, ale wtedy też nie są one skierowane do nikogo innego niż samego siebie. I to się jednak nie zdarza często. Modelarze czują drabinkę modelarskiej jakości i raczej nie szarżują ze swoim miejscem na niej, Co najwyżej mają problem z dostrzeżeniem jej w całości, ale o tym już mówiłem. Multitechnologie w modelarstwie to dobra rzecz . Zresztą obecna nieodwracalnie. Modelarz może sobie wybrać jaką wykorzysta w swojej pracy, a z jakiej zrezygnuje. Wciąż jednak warto pamiętać, że oceniając model, o ile chcemy pozostać w zgodzie z tradycyjnymi modelarskimi wartościami, uznajemy, że lepszy to ten, który trudniej zrobić. Nowe technologie, po pierwszym okresie zachłyśnięcia się nimi, ustawiają się na swoim miejscu w ciągu trudności wykonania. W przypadku zaawansowanych projektów znaczenie tego robi się marginalne. Modelarz niezależnie od wybranych, czy odrzuconych technologii i tak wkłada w model tyle serca i tyle pracy, że wskazówka trudności drga w czerwonym polu, gdzie nie ma już większego znaczenia co jest trudniejsze. Wojtek, o ile wiem, poszedł w latanie i budowa modeli chyba przestała być wystarczająco atrakcyjna. Swoje latanie mam już raczej za sobą, toteż optymistycznie patrzę na Lightninga :). Cytuj Odnośnik do komentarza Udostępnij na innych stronach More sharing options...
Rekomendowane odpowiedzi
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.