Skocz do zawartości

greatgonzo

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    4 385
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    19

Zawartość dodana przez greatgonzo

  1. Mam nadzieję, że ta wtopa z geometrią faktycznie ginie na żywo, bo na zdjęciach, niestety, koncentruje na sobie uwagę i nie pozwala na cieszenie się widokiem fajnego modelu. Nad czym ubolewam, bo też lubię Mitchelle. To chyba jedyne bombowce, których zdjęcia kolekcjonuję. Głownie te, w zasadzie szturmowe, wersje z SWPTO do mnie gadają. Dla mnie to ikona bitwy na Morzu Bismarcka. Nic nie odbieram Australijczykom, ale z symbolami tak bywa, że ce:bip:e je subiektywizm.
  2. Niekoniecznie cecha szczególna egzemplarza. To standardowy sposób mocowania anteny biczowej w Mustangach z Malcolmem. Nie był to jedyny sposób podejścia do tematu, ale najbardziej popularny. Szczególnie Amerykanom zdarzało się przesuwać standardowy maszt bliżej usterzenia, ale i tu to było rozwiązanie mniejszościowe. Nieosiowe montowanie masztu antenowego też nie było czymś wyjątkowym. To np. standardowa konfiguracja dla P-47, zarówno Razorbacków, jak i Bubbletopów.
  3. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Nie bardzo wyobrażam sobie robienia takich rysunków redisówką. Piórkiem jak najbardziej. Nie mówię, że się nie da, ale byłoby niewygodnie. No i przecież od razu widać w takich przypadkach czy kreska jest analogowa, czy nie. Przynajmniej gdy nie używa się symulatorów naturalnej kreski. A to przecież nie ma tu miejsca. Tu po prostu są zdjęcia koleżki przy robocie.
  4. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Jest, ale po przebudowie Merlina serii 60 na wcześniejszy model, gdy silnik ten siedział już zamontowany w przedziale silnikowym Spitfire, z koniecznością operowania narzędziami między wspornikami konstrukcji do mocowania okapotowania nie wydaje się to już takie straszne. Poza tym będzie jeszcze trochę demolki i dostęp nieco się poprawi. Zaruk - patrz pierwszy post wątku.
  5. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Jest pytanie, jest odpowiedź. Może z czasem nauczę się co warto dopowiedzieć od razu. To jest wyzwanie, ale bardziej na poziomie psyche. W skali założonych działań utrudnienia fizyczne są, jednak niezbyt wielkie. Niemniej trochę wkurzają :).
  6. Choć wnioski są dyskutowalne, to merytorycznie masz rację. Ale język tak nie działa. Takie LWP to wygodny i jednoznacznie rozumiany skrót. W dodatku wraz ze swoim rozwinięciem powszechnie stosowany w okresie. Nie da się tu zarzucić nieprawidłowości dopóki rozmawiamy kolokwialnie. Poza tym, nawet gdy coś: wyrażeni/określenie jest błędne, to bywa, że siła językowa tego czegoś jest tak wielka, że wręcz niezwalczalna i język zwyczajnie musi to zaakceptować. Pisując artykuły do gazety musiałem przyjąć zasady właściwego posługiwania się językiem lotniczym i od tej pory nie uświadczysz u mnie np. słowa kokpit, tylko kabina. Albo dostrzeżesz, respektowanie zasady, że określenie siły powietrzne stosuje się wyłącznie do PSP (PAF) utworzonych przy RAF w okresie II wś. W pozostałych przypadkach mamy do czynienia z lotnictwem wojskowym, co ciekawe z Royal Air Force włącznie. Tak jest prawidłowo, ale powszechnie to w ogóle nie występuje. Można oczywiście walczyć o tę prawidłowość, ale ryzyko, że spędzi się kilkanaście lat na poprawianiu innych po to tylko, by przekonać się, że język w końcu poddał się i zaakceptował tę dotychczasową 'nieprawidłowość' jest ogromne. LWP wciąż jest istniejącym i akceptowanym przez język tworem. Historycznie w pełni uzasadnionym. To nie jest współczesny błąd jak np. używanie słowa 'przyłbica' jako synonimu zasłony hełmu. Wg mnie nie ma powodu by dopisywać używającym skrótu i rozwinięcia jakiekolwiek intencje. Warto za to propagować wiedzę o prawidłowości i jej braku. To zawsze warto.
  7. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Jeszcze jedna rzecz. Budowa została ponownie podjęta również w wyniku motywacyjnych apeli tutejszych forumowiczów, a także nie ma co ukrywać, iż szansa na pogadanie o modelarstwie przy okazji relacji sama w sobie ma, istotny dla mnie, charakter motywacyjny. Przy okazji prowadzonych kiedyś relacji zdarzało się mi usłyszeć zarzut, że towarzyszą jej nadmiernie rozwlekłe opisy, plus uwagi w stylu, że jedno zdjęcie warte jest tysiąca słów. Tu postanowiłem postawić na te zdjęcia z dodatkiem krótkich uwag budowniczego. Założyłem, że ewentualne niejasności ujawnią się w komentarzach i wtedy ewentualnie będzie można coś szerzej. Od czasów, kiedy prowadziłem relacje w sieci minęło parę lat i trudno spodziewać się, by w tej pojawiło się coś odkrywczego, co nie zostało wcześniej pokazane. Zwłaszcza, że moje działania raczej sprowadzają się do, wspomnianego wyżej, sklejenia kilku płytek plastiku i wywiercenia otworków. Zresztą, na potwierdzenie tezy, że poszczególne czynności w modelarstwie nie są jakoś wybitnie trudne i można zbudować przyzwoity model gdy tylko się tego zapragnie. Ale może nie każdy wszystko widział i może nie wszystko jest tak jednoznaczne na zdjęciach. I może nie tysiąc, ale parę, naście, dziesiąt słów będzie czasem przydatne?
  8. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    W dotychczasowej pracy nad modelem (pomijając rzeczy, które powstały po powrocie do budowy) nie podoba mi się bezrefleksyjne poleganie na gotowych dodatkach i elementach zaproponowanych przez producenta zestawu, a także jakość zamierzonych i podjętych prób samodzielnej waloryzacji. Np: - niewłaściwe dla 'mojego' samolotu wyposażenie radiowe (radio na półce i sterowniki w kabinie), - konstrukcja przedniej części kabiny nad tablicą przyrządów, - zupełnie niewłaściwa w formie podłoga kabiny/strop wnęki przedniego koła, - uproszczone/błędne wnęki podwozia, - nadmiernie uproszczona prezentacja zespołu silnikowego, - nadmiernie uproszczona koncepcja wykonania klap skrzydłowych (nawet zachowały się wykonane kiedyś elementy w pudełeczku po, uwaga, filmie fotograficznym), - ogólna koncepcja prezentacji modelu zakładająca pokazanie mniej elementów konstrukcji tego samolotu, - kolory tu i tam do sprawdzenia i poprawki, - oraz inne duperele, które teraz nie przychodzą mi do głowy. Innymi słowy model miał prezentować P-38-G mniej więcej i w oderwaniu od konkretnego egzemplarza, a wolałbym by był to choć w miarę poprawny G-13-LO; określony egzemplarz w konkretnym miejscu i czasie. I może odrobinę staranniej sklecony.
  9. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Trochę znak rozpoznawczy, niestety. Nie tyle zmieniłem koncepcję, co zmieniłem swoje modelarstwo. Budowa została rozpoczęta i przerwana, by na szybko zrobić Spitfire. Szybka budowa Spitfire została przerwana, by jeszcze szybciej przemalować P-47. W trakcie tego przedsięwzięcia zmieniło mi się podejście i oddałem tę zabawę w ręce Wielkiego Gonza. Z nowym podejściem skończył się Thunderbolt, potem Spit i teraz koło się zamyka i wracamy do Lightninga. Tak wyglądał model gdy go porzucałem: Ciekawostką jest porównanie modeli silników Allison. Oba przedstawiają ten sam model w tej samej skali. W dodatku ten większy (Verlinden) ma mniej zaworów wylotowych w jednym cylindrze :). Delikatna krawędź spływu zostanie uzyskana przez wklejenie fragmentu poszycia z cienkiej płytki plastikowej. Tu jest rysunek, jaki zrobiłem jednemu forumowiczowi, gdy zgadało się jak takie rzeczy robić. Doklejone poszycie będzie można zgrać z resztą szpachlowaniem i szlifowaniem, ale robienie tego w miejscu, gdzie występują linie podziałowe to proszenie się o kłopoty. Niby można próbować wklejać elementy wzdłuż linii, tak by od razu wyszło idealnie, jak na pierwszym rysunku ale to w wyjątkowych przypadkach. Tu niemal na pewno to się nie uda. A odtwarzanie linii podziałowych w miejscu łączenia po szpachli to gwarancja wystąpienia czystego zła. Niejednorodna struktura takiego miejsca oznacza odpryski i nierówności. Dlatego gdy wkleja się w powierzchnię modelu jakieś elementy, jak np. światła pozycyjne, reflektory itp, to robi się je z naddatkiem. Wtedy szpachlowanie odbywa się z dala od ramek, obwódek i podziałów towarzyszących tym elementom. Z dala, w modelarskim rozumieniu , oczywiście. Te dwa milimetry to świat, a ludzie! Taka duża wykałaczka. To będzie chyba kijaszek do szaszłyków, czy cóś... . Normalna wykałaczka też się przydaje. Nie za mocno, bo można zdeformować otworek. Przy okazji. W rozmowach o urządzeniach elektrycznych pojawia się wątek ilości obrotów w kontekście przydatności do wiercenia. To nas przerasta i nie wyobrażamy sobie precyzyjnego wiercenia modelarskiego taką obrabiarką bez dedykowanych statywów. A z nimi też sporo zachodu. Gonzo woli mieć pod ręką kilka ręcznych wiertareczek, z zamocowanymi wiertełkami do kolejnego powiększania otworków. Z niezawodnym furkadełkiem na czele. PS: https://www.ciechpress.pl/plonsk/mural-ozdobil-przystanek https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,7791393,skrzydlate-przystanki-trafia-do-rejestru-zabytkow.html
  10. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Jeszcze. Jeszcze podobny. Dzięki za wpisy. Zaczynał mnie już nudzić ten monolog.
  11. greatgonzo

    Frajdolarzerka

    Eeee tam..., przy pierwszym podejściu do relacji ludzie chociaż zajęli się zastanawianiem się co to jest. Teraz już nic z tego.
  12. O, to ja się w ogóle nie przyjrzałem. Kibicowałbym tej pierwszej (chyba) 42-104590: bez zagłówka, z oznaczeniami zestrzeleń i oponami white wall. Ta druga to będzie chyba 42-105128.
  13. Ja się doszukuję, Ty się nie doszukujesz i jakoś razem ciągniemy ten wózek od lat... . Przegapiłem zagłówek, w tej wersji Lulu - doszukałem się źle. Zatem jednak nie whitewalle :(. Fotela też całkowicie nie potrafię wykluczyć. Jest zdjęcie P-40 z 80th FG sugerujące to eksportowe krzesło wbrew innym zdjęciom p-40 z 80th FG. W Lulu Belle nic nie widać. Nie ogarniam Curtissów na tyle, by tu rozstrzygać.
  14. Roland rozwinął.
  15. Trochę dziwna ta Lulu. Z zagłówkiem i eksportowym fotelem. Mam nadzieję, że chociaż będzie z sępem na kołpaku i oponami white wall, a nie zwyklasta z eightballem .
  16. Nie rusz Mosesa! Rzadki przypadek człowieka, który potrafi rozpoznać urodę, gdy się z nią zetknie. Należy docenić!
  17. Może i Merlin źle ubrał to w słowa. Może... Ale okoliczności nie zawsze wyglądają tak, jak opisuje to pmroczko. Z czasem coraz bardziej oczekuję gratyfikacji, gdy zdarzy mi się znaleźć w sytuacji gdzie mogę służyć pomocą. Oczekuję, że padnie słowo proszę i padnie słowo dziękuję. Oczekuję, że będę traktowany z choć bazowym szacunkiem, wynikającym z podstaw kindersztuby. Taki jestem interesowny. Sam staram się trzymać ten standard, gdy proszę o pomoc i większość ludzi jednak też. Brak pomocy nie musi od razu oznaczać szydery. W życiu jest tak, że pierdyliard razy odmawiamy pomocy, już to nie zdając sobie z tego sprawy, już to nawet tego nie zauważając. Nierzadko z pełną świadomością. Uważałbym ze stygmatyzowaniem.
  18. Chamówa, wiem. Ale to nieuleczalne. Gdyby nie te napisy eksploatacyjne i niektóre godła w ogóle zrezygnowałbym z lakieru. A tak minimalizuję ilość warstw. Pod kalkomanie poleruję miejscowo i lakier pojawia się tylko na kalki. Nie zawsze po całości, nie zawsze wszędzie równo. Potem bardzo istotny etap to tworzenie zróżnicowania faktury powierzchni matowaniem i polerowaniem w zależności od sytuacji. To można robić miejscowo i całkiem precyzyjne. Istotne jest też odpowiednie zaplanowanie nanoszenia śladów eksploatacji - niektóre z nich nie mogą być lakierowane.
  19. greatgonzo

    Frajdolarzerka

  20. Ponieważ autor raczej wie, w jakim kontekście patrzę na modele i w dodatku przyzwyczaił się do aroganckiego tonu moich wypowiedzi ;), pozwolę sobie napisać parę uwag. W tej pracy najbardziej podoba mi się próba określenia przyczyn wyglądu konkretnego egzemplarza, a następnie poszukiwanie sposobu, by zaprezentować to na modelu. Takie modelarstwo to ja lubię. Szczególnie w przypadku dość prostych budów z zestawu, gdzie, niejako z definicji, niemal cała para idzie w malowanie. Sam model jako taki też mi się podoba, ponieważ jest bardzo ładny. Tu jednak zachodzi przypadek, o którym wspominał gdzieś Kozborn, że model niekoniecznie ma być ładny, ważniejsze, żeby był realistyczny. Obowiązujące schematy malowania modeli oznaczają wykończenie powierzchni uwzględniające nawarstwiające się powłoki lakierów bezbarwnych. I na koniec, na modelu to widać. Myśliwiec Easterna prezentuje się w istocie ładnie, ale jakby element niezwykle wykwintnej wystawy muzealnej, a nie jak samolot. który zaraz zniknie w falach oceanu zepchnięty z lotniskowca, w anturażu pacyficznej, wojennej zawieruchy. Równomierna, elegancka powłoka lakiernicza dominuje odbiór dzieła ukrywając jednocześnie różne efekty, których powstawanie widzieliśmy w warsztacie. W rezultacie elementy malarskiej kompozycji mające przedstawiać ślady eksploatacji i rezultaty działań obsługi nabierają charakteru bardziej symbolicznego, niż naturalnego. Obśmiano mnie za to nie raz, ale ja i tak wciąż oczekuję od modeli samolotów, że dzięki nim poczuję się jakby rzeczywiście dochodził do mnie swąd spalonego oleju, smród przepalonej benzyny i dymu prochowego. Uzyskanie takiej spójnej, realistycznej prezentacji, to kolejny krok na drodze do budowy klasycznego dobrego modelu, o ile oczywiście chce się tą drogą podążać. Kiedyś w sieci prezentowane były modele powszechnie uznanego modelarza. Niewątpliwie znakomite, pod każdym względem. Ale też brakowało im tej naturalności i kojarzyły się z elegancką wystawą muzealną, czy wręcz artystyczną. Autor nie umiał, czy nie chciał porzucić swej pasji do perfekcji i popsuć wrażenia idealnego dzieła w imię realizmu i zgodności z oryginałem. Niekoniecznie jest to łatwe, czy łatwiejsze, ale jeśli spalony olej ma śmierdzieć to jest to rzecz niezbędna. Szczególnie w sytuacji, gdzie malowanie staje się tak dominującym elementem skończonych modeli. Gdy zapierające dech w piersiach detale konstrukcji odwracają uwagę od innych elementów modelu, jakieś malarskie niedoróbki mogą umknąć uwadze oglądającego. Nie powinny, i pewnie nie umkną, ale gdy sama budowa sprowadza się do poprawnego wdrożenia jedynie zupełnych podstaw plastikowego modelarstwa redukcyjnego, to tym więcej możemy spodziewać się po malarskim wykończeniu, czyż nie? I jeszcze uwaga. Wiadomo, że sesja fotograficzna potrafi wtrącić swoje trzy grosze, do rzeczywistego wyglądu modelu. Ostatecznie, chcemy pokazywać i oglądać dobre zdjęcia i bywa, że efektowny fotogram przekłamuje to co modelarz rzeczywiście udziergał. Być może ten FM też padł ofiarą trudnej sztuki fotografowania. Ale, że wszyscy tu patrzymy jedynie na zdjęcia i rzeczy, o których piszę jak najbardziej występują w realnym świecie, to nie pozostaje nic innego jak tylko odnieść się do tych zdjęć i pamiętać o tym, iż nie muszą być jednoznaczne.
  21. Przy tak sformułowanej dychotomii, zawsze i bez chwili wahania wybiorę tę drugą opcję.
  22. Medal ma dwie strony. Czasem ludzie zdobywają te dane sporym kosztem. Czasu, wysiłku, czy pieniędzy. A potem ktoś przychodzi i mówi daj! Nierzadko z zupełnie roszczeniową postawą. Na ogół nie jest tak, że wie się od razu z głowy i bywa, że trzeba się trochę potrudzić, by wyselekcjonować info. A potem jeszcze te dane fruwają gdzieś po sieci jak stare gazety. Ja rozumiem, że komuś może być szkoda. Nigel Julian opowiadał mi kiedyś, że niektórzy, modelarze, szczególnie z Polski (jego podkreślenie), traktują go jak publiczną encyklopedię w dziedzinie P-47 i oczekują, że na życzenie zapewni im dowolną informację w temacie. Przy czym nie widać nawet śladu chęci popracowania samemu. Też mi się czasem trafia: ani dzień dobry, ani pocałuj w dupę - tylko daj! Ludzie pisują też książki i artykuły. Wtedy, naturalnie, że trzymają karty przy orderach, żeby nie spalić planowanych tematów.
  23. Znalezienie gościa, który wie, rzeczywiście nie jest największym problemem. Znalezienie gościa, który wie i powie to już inna sprawa. Szczególnie z Amerykanami nie jest łatwo. Wiadomo, ludzie wszędzie są różni i kilku gości zza oceanu sporo mi pomogło. Ale często mam wrażenie, że rozmawiamy w zupełnie różnym języku i wcale nie chodzi tu o kwestie lingwistyczne.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.