Kontynuując wątek historyczno warsztatowy kolejna szczypta informacji. W fazie prób okazało się, że „ochy i achy” jakie przesyłał do Tokyo japoński attaché wojskowy w Berlinie opisując osiągi Me-262 nie mają przełożenia na Kikkę. Osiągi odrzutowca tworzonego w zrujnowanym kraju przez inżynierów bez doświadczenia w tej materii i bez pomocy ze strony sojusznika będącego w owym czasie już w nielichych opałach były mizerne. Stawiały go w jednym rzędzie z samolotami napędzanymi silnikami tłokowymi. Dodatkowo proptotyp generował niezliczone usterki. Można nawet film-ik o nim obejrzeć (ostrzegam tylko obejrzeć):
https://www.youtube.com/watch?v=w_yPbV0GFoU
Ponieważ mój zestaw nie posiada żadnych waloryzacji, a oszukiwanej repliki silnika nie udało mi się pozyskać stanąłem na rozdrożu. PZPR (prostu z pudła robiony) lub ZTS Plastik (zrób to sam). Mimo, że jest o mój pierwszy samolot 1:48, a może właśnie dlatego, z pierwszej opcji zrezygnowałem. Skala jest na taka, że powalczyć - jest gdzie.
Konstrukcyjnie samolot miał składane skrzydła, żal nie wykorzystać tego faktu. Stąd odcięta lewa cześć płata. Złożone będzie tylko jedno. Od strony lewej silnik będzie w pełnej obudowie. Od strony ze skrzydłem rozłożonym otworzy się obudowę i wystruga coś na kształt Ne-20 ze…szmelcu.
Tu już kadłub połączony z płatem i widać cześć mechanizmu składania. Na kabinę położyłem (załączone w pudełku) maski Eduarda. Dobrze, że są. Oszczędza to dłubaniny z maskowaniem. Szkoda tylko, że takie sztywne.
W tym jednym miejscu co chwilę odstają. Potrzebna będzie dodatkowa uwaga przy malowaniu pierwsza warstwą – podstawowym kolor wnętrza kokpitu. Potem może zacznie jakoś trzymać i dalej będzie łatwiej. A na razie biorę się za dłubanie silnika.