-
Liczba zawartości
4 381 -
Rejestracja
-
Wygrane w rankingu
19
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez greatgonzo
-
Przy okazji, nieco offtopowo dwa słowa o interpretacji zdjęć. Kiedy zobaczyłem ten kadr z filmu tu w wątku odruchowo przyjąłem, że zaznaczone miejsce to lampa sygnałowa. Odruch, to nie analiza. Gdzieś tam lampa, była, widać coś na zdjęciu, to wystarcza by uznać taką rzeczywistość. Gdy pojawił się temat kokard i powiększenie Sorisa zacząłem się zastanawiać. To nie może być lampa, bo miejsce nie to i koliduje z pokrywą uzbrojenia. Lampę można dostrzec nieco dalej w kierunku końcówki skrzydła jako delikatne, punktowe niemal rozjaśnienie. To nie może być kokarda, bo perspektywa się nie zgadza (dla lampy zresztą też) i ewentualną kokardę widać obok. To nie może być odbicie czupryny mechanika , bo skrzydło musiałoby być niemal lustrzane dla takiego efektu. Rozważywszy wszystko uznałem, że to jakieś uszkodzenie filmu. Potem wróciłem do filmu. Gdyby nie wcześniejsza analiza w ogóle nie zwróciłbym na to uwagi. Efekt jest zmienny i w ruchu w ogóle nie przykuwa uwagi. Wygląda to na reakcję filmu na zmiany doświetlenia skrzydła wywołane ruchami mechanika. Nie dosłownie cień, bardziej niedoskonała odpowiedź filmu na zmiany w ilości światła. Do tego wystarczy różnica kilku klatek, by lampa sygnałowa nie była już ulotnym mikrorozjaśnieniem, łatwym do przeoczenia, a zaprezentowała się w pełnej krasie. Przy czym to przeoczenie staje się w zasadzie pewnikiem, jeśli nie wie się wcześniej , że ta lampa musi tam być i nie będzie się jej na siłę doszukiwać. Na filmie dostrzeżemy te zmiany. Gdy jednak dysponujemy tylko pojedynczym zdjęciem, takie zniekształcenia mogą nam sporo namieszać w głowach. Z tych właśnie powodów jestem mocno sceptyczny, gdy pojedyncze zdjęcia mają być podstawą do zaakceptowania jakichś zupełnie niestandardowych efektów. Te są dla nas, modelarzy, bardzo atrakcyjne, ale moim zdaniem warto wzmacniać czujność, gdy się pojawiają.
-
Ciekawostką związaną z tym filmem jest to, ze wypływa na powierzchnię co jakiś czas, pożyje w świetle dnia i znika do kolejnych odkryć. I właśnie one są ciekawostką, w sensie, że grupowe. W ciągu miesiąca-dwóch, to bodaj trzeci wątek tu na forum poświęcony temu filmowi. No i cool. więcej osób przyswoi :). Inną ciekawostką jest, że wydanie filmu zbiega się w czasie z próbą zaradzenia przez FC problemowi utrzymywania odpowiedniego stanu powierzchni poszycia samolotów myśliwskich. Dostrzeżono powszechną i rażącą niedbałość w tym temacie w jednostkach i wydano instrukcję nakazującą poprawę w całokształcie tematu blacharki wraz z typowymi problemami i sposobami ich zażegnywania.
-
Ósmek nie malowano fabrycznie w kamuflaż SEAC, Ta akurat opuściła wytwórnię w kamuflażu afrykańskim. Potencjalne kokardy na spodzie nie pokrywają się ze światłami sygnałowymi (rozpoznawczymi, nie pozycyjnymi). Zachodzi też pytanie, czy ten samolot miał już trzy takie światła. Gdybym musiał postawić pięć zyli, to powiedziałbym, że nie, ale tu nie można mieć pewności, więc spokojnie można założyć, że przegrałbym tego piątaka.
-
System jak system. Też uważam, że dobry, ale to ma znaczenie drugorzędne. Osobiście dziwię się trochę organizatorom, że gdy podejmują decyzje w tych kwestiach priorytetem nie jest po prostu sprawność organizacyjna. Rzeczywistym problemem festiwali jest rozmycie wyników i absurdalność ich tworzenia. W rezultacie rywalizacji powinno być jasne, który model na festiwalu był najlepszy. Który samolot zasłużył na wyróżnienie wśród najlepszych samolotów na sali, który na tytuł best aircraft (ze wszystkich konkursowych modeli), a który model na miano best of show. To, czy tych bestów przyznaje się jeden, czy jedenaście, to już są technikalia i pole do popisu dla organizatorów. Jeżeli zadba się o to, to potem nie ma zupełnie problemu z kombinowaniem z memoriałami, konkursami, nagrodami prezesa itd. U nas nie wiesz, które wyróżnienie jest istotniejsze. Czy lepszy model, to ten, który wygra konkurs punktowy, czy niezwykle ważny i promowany memoriał, czy puchar prezydenta, za coś tam. Po wielkości pucharu też nie poznasz :). Może się zdarzyć, że jakaś nagroda sama zrobi się na tyle prestiżowa, że będzie przyciągać najlepszych modelarzy z najlepszymi modelami, ale w praktyce nie ma na to gwarancji, ani za bardzo narzędzi, by to osiągnąć. Teoretycznie u nas aspirują do tego konkursy punktowe, ale nawet w tym lepszym przypadku, gdy się wypromują nie gwarantują klarowności wyników. Ktoś z zagranicy nie orientuje się w niuansach takiego konkursu i normalnie wstawia wybitny model w kategorii festiwalowej, o klasę lepszy od zwycięzcy konkursu punktowego. Albo przyjeżdża cały klub i wystawia tych mega modeli dwanaście. Albo ktoś nie chce do punktowej. Cokolwiek. Szczególnie, że konkursy punktowe są reklamowane nie jako rywalizacja najlepszych modelarzy, tylko promowane hasłem, dla tych którzy chcą spróbować sił w konkursie punktowym. W rezultacie w wielu przypadkach w tych konkursach wystarczy zgłosić model, by być wyróżnionym, a nierzadko po prostu wygrać. Co ciekawe punkciaki mają na ogół limity uczestnictwa, by chronić sędziów przed wysiłkiem ponad możliwości. Zakłada się, że przy natłoku chętnych rywalizacja odbędzie się na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy. Jeśli zgłosisz się do konkursu za późno, to choćby model był najlepszy jaki świat widział, to nie wygrasz prestiżowego konkursu punktowego. Tyle, że to zwykle wyimaginowane zagrożenie. Organizatorzy chodzą po sali i namawiają ludzi, by wstawiali modele do punktowego, a na ceremonii żebrzą, by uczestnicy w przyszłym roku to zrobili. Tymczasem na stole konkursowo – punktowym sześć modeli na krzyż. I jeszcze ci nieszczęśni sędziowie skrupulatnie liczą punkty, bo się zobowiązali wobec organizatora. Potem jest werdykt: pierwsze miejsce 93 pkt, drugie miejsce 47pkt, trzecie miejsce – nie ma. Po jaką cholerę, ci biedni ludzie męczą się nad punktacją, skoro konkurujące dwa modele dzieli różnica kilku klas. I jeszcze okazuje się, że w kilku klasach takiego konkursu wygrywa ten sam modelarz. Na zdrowie, wie którą stroną kaczka wodę pije, tym lepiej dla niego. Tylko jaki jest poziom takiego konkursu punktowego, skoro jeden modelarz jest w stanie fizycznie zrobić kilka wygrywających modeli? Niektóre kategorie festiwalowe nie łapią się do konkursów punktowych, więc modele w nich wykonane nie mogą byś tak wyróżnione, niezależnie od jakości. Niektóre kategorie w punktowcach nie są w ogóle obsadzane. Po kilku latach takiej sytuacji, wydawałoby się, że konkurs punktowy, to nie jest coś co napędza imprezę. Ale z jakichś powodów trzeba kontynuować coś, co zupełnie nie działa. To wszystko jest oczywiście istotne dla mnie i pewnie jeszcze dla kilku modelarzy, dla odmiany godnych miana znakomitych, ale zakorzenionych w dawnych czasach, gdy oczekiwało się, że dzięki staraniom organizatorów i pracy kompetentnych sędziów będzie można poznać najlepsze dzieła modelarskie spośród zebranych na imprezie. Przy tym wszelkie poruszane przy takich okazjach tematy, jak atmosfera, spotkanie z ludźmi, wymiana doświadczeń, miałkość wartości plastikowych pucharów itd. były/są dla nich zupełnie oczywiste. Wydawało się, że nadchodząca z czasem zmiana będzie poprawą, polegającą na zrozumieniu , że porównywanie wartości modeli fizyczną miarką jest dalece niedoskonałe i pójściu raczej w kierunku doceniania prac wyraźnie ponadprzeciętnych, bez dość absurdalnej próby wyliczenia która ponadprzeciętność jest o ułamek czegoś wyraźniejsza, a nie tworzenia labiryntu wyróżnień, w których gubi się jakość modeli.. Jest jak jest. Ogólnie, współczesne modelarstwo redukcyjne solidnie oderwało się od tego co jest esencją mojej wizji modelarstwa i zupełnie możliwe jest, że podobnie dzieje się z festiwalami. Może świat to rozumie, a ja nie nadążam.
-
Mają atmosferę z definicji nie do osiągnięcia dla molochów. Spokojniej, wolniej. Można przyjrzeć się modelom, łatwiej zaczepić ich autorów. Integracja ma potencjalnie o klasy lepszy charakter. Molochów w ogóle nie lubię. A organizator może kombinować z rożnymi rzeczami, żeby nadrabiać braki. Przykład, już wspomniany, to ocena modeli, gdzie spokojnie można ograniczać liczbę ocenianych prac . Niezależnie od sytemu oceny. Wskazanie kto zajął 86-e miejsce w zawodach, a kto 87-e, albo decydowanie, który paździerzowaty model jest mniej byle jaki ma tyle sensu, co konkurs na najmądrzejszego wiejskiego idiotę.
-
Kolacha w natarciu. Ciekawe, czy instrukcja będzie zawierać jakiś komentarz do tej interpretacji.
-
O, panie! Możesz se woleć. Na frustrata nie poradzisz.
-
OK. Tylko zwracam uwagę, że są modelarze, którzy przykładają wagę do tego, gdzie stoi ich model. Niektórzy do tego stopnia, że mogą mieć dziwne roszczenia. Zapis w regulaminie pomaga organizatorowi w takich sytuacjach, bo jest swego rodzaju lokalnym prawem, na które uczestnik się zgodził. I warto mieć zawczasu plan B na sytuację, gdy na stole zabraknie miejsca w danej kategorii. Niby organizatorzy przygotowują przestrzeń według zgłoszeń, ale i tak to się zdarza regularnie. Skoro interesują Cię uwagi, wspomnę o jeszcze jednej rzeczy. Oprawa graficzna festiwalu jest elementem kształtującym wizerunek. Wspomnieliśmy gdzieś indziej na temat postera przedstawiającego kategorię specjalną ze Spitfire'em. Ja wiem, że w internetowym świecie słowo prestiż w połączeniu z modelarstwem uważa się za krotochwilę w najlepszym razie, ale prestiż jest elementem wpływającym na wartość i odbiór festiwalu, a oprawa graficzna także go kształtuje. Moim zdaniem warto zadbać o to, by jakość jej elementów odpowiadała oczekiwaniom, jakie mamy wobec modeli, które mają na festiwal zawitać. Umieszczenie na plakacie modelu z rażąco skopaną geometrią nie jest w tym kontekście najlepszą decyzją, zwłaszcza, że zawsze znajdzie się jakiś typ na tyle wredny, że to wypomni. Temat jest oczywiście szerszy, to tylko przykład. *** Przestawianie modeli to codzienność. Można na to nie trafić ustawiając swój model na stole, ale gdy pojawi się tam ich już sporo zaczyna się akcja. A potem przychodzi gość z B-29 i problem miejsca staje się jakby zauważalny :). I podsumowując kwestie bezpieczeństwa. W zasadzie na każdym festiwalu, drugiego dnia, gdzieś na stole widzimy jakiegoś nieszczęśnika ze złamanym podwoziem, urąbanym śmigłem, czy zgniecionym górnym płatem. Na ogół są to proste, szybko zrobione modele, ale to tylko statystyka. Co jakiś czas pada na na pięknie wykonane dzieło.
-
Może. To są szczegóły techniczne, które, jestem przekonany, każdy organizator sam sobie spokojnie ogarnie. Byleby chciał. Jeżeli chcesz przejąć kontrolę nad ustawianiem modeli na stołach to raczej zapisz to w regulaminie i wyraźnie ogłoś wcześniej. Chyba, że chodzi faktycznie tylko o test, to wtedy pewnie bez znaczenia.
-
F-105F "Firebird 5", Son Tay Raid, 1/72 Trumpeter
greatgonzo odpowiedział jacmin → na temat → [L]Warsztat
Tak. Weź jednak, proszę, pod uwagę, że nie mam nic wartościowego do powiedzenia w temacie, więc muszę chwytać się offtopa, żeby zaistnieć. -
O, kochany, nie do wszystkiego na tym świecie są linki... ;). Nie mam. Info jest sprzed wielu lat, o konkursie z zagramanicy. Nawet nie pamiętam którym. Organizator uznał, że wywyższanie modeli jest próbą zwrócenia uwagi sędziów (skądinąd skuteczną co do zasady), nie fair wobec innych uczestników. Zależało mu na tym aspekcie, wprowadził rozwiązanie nie oglądając się na to, ze będzie go to kosztowało dodatkowy wysiłek. Zresztą wcale nie taki wielki, bo przy takich sprawach nic nie stoi na przeszkodzie, by rozwiązywać problemy stopniowo, w miarę możliwości. W ogóle nie należy kombinować na zasadzie: albo uzdrowię rzecz jednym cięciem, albo nie warto nic robić. Taki przykład myślenia poddaje nam Albatros (nie czepiam się, nie piętnuję, jesteś cool ). Zacznijmy jednak od kurtek. Jeżeli organizator napisze w regulaminie, że nie można wchodzić w kurtkach na salę wystawową i nawet doda stosowny plakacik przy drzwiach, to może być pewny, że gdy wejdzie na tę salę nic się nie zmieni. Ale nie musi zaraz zatrudniać nowej drużyny. Wystarczy, że dodatkowo powie wszystkim swoim przedstawicielom, żeby widząc gościa w kurtce na sali zwracali mu na to uwagę i prosili o odwieszenie płaszcza. O komunikacie przez radiowęzeł nie wspominając. Komuś nie będzie się chciało, ktoś nie będzie miał śmiałości, ale większość wypełni prikaz i grzecznie, oczywiście, będzie to robić. Już drugiego dnia festiwalu spadek liczby kurtek na sali będzie drastyczny. Z czasem takie przypadki staną się sporadyczne. I pewnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto się gapnie, albo oleje. Zwrócenie uwagi trzem typom na krzyż w trakcie trwania imprezy nie jest jakimś wysiłkiem ponad siły. Przykład kurtek podaje, bo odruchowo wydaje się być łatwy do rozwiązania. Ale co do zasady podobnie jest z dotykaniem modeli. Walka z tym to nie jest starcie ze zorganizowaną przestępczością, brutalną i krwawą. Masz do czynienia z normalnymi ludźmi w większości pozytywnie nastawionymi. Znów, już teraz są festiwale, gdy przez cały czas za stołem siedzi przedstawiciel organizatora. Czasem wiele godzin. Że co jakiś czas musi siku? To co, w tych paru minutach zbiegają się ukryte w kątach bojówki dotykaczy i macają wszystko jak popadnie? Przez jakiś czas typ zamiast gadać z kumplami będzie musiał zająć się wskazywaniem modelarzom miejsca, gdzie należy ustawić model. I wygłaszać formułkę, że raz ustawiony model nie będzie mógł być ruszony do momentu odbioru. Nawet, jak nie wszyscy dosłyszą, to pomoże mu pani fama. Może przez jakiś czas będzie potrzebował pomocy, ale tylko określony. Natłok wystawiających nie trwa non stop. Potem tylko od czasu do czasu może trzeba będzie komuś zwrócić uwagę. Ludzie generalnie rozumieją takie rzeczy. Mogą być jedynie zaskoczeni. Większość zareaguje zrozumieniem, niektórzy odruchowo buntem. Ale to oznacza jedynie, że za pierwszym razem będzie trzeba odbyć te kilkanaście, może niezbyt przyjemnych rozmów, ale przecież bez awantur i mordobicia. Z czasem ludzie się przyzwyczają i uznają to za normę. I myślę nawet, że zaczną tego oczekiwać. Teraz po prostu takiej normy nie ma, więc nie mają się czym przejmować. Za rok ilość ludzi zaangażowanych w ustawianie może się zmniejszyć, bo ludzie będą świadomi i poczekają na swoją kolej. Niech będzie, że nie za rok, ale jeśli więcej organizatorów postąpi podobnie, to zmiana będzie błyskawiczna. Wszystko pójdzie sprawniej, gdy będzie zadbane o informację przed imprezą i oczywiście organizator musi przyjąć dla standardy, które nakłada na uczestników. Świecić przykładem znaczy. Niewykonalne, czy tylko kłopotliwe? A jak ktoś jest w duszy bandytą, to będziesz miał z nim problem w każdym wypadku. Czego by organizator nie zrobił, i tak uczestnik musi sam podjąć decyzję o zabezpieczeniu swojego dzieła. Organizator może np. uznać wolne fotografowanie modeli za istotną część wartości festiwalu. I wtedy wystawiając model zgadzasz się bezpośrednio na ryzyko, że ktoś przywali Ci w ten model komórą, czy aparatem (bo pasek jednak był za długi). Tak samo, jak wystawiając model w gablocie zgadzasz się na ryzyko, że jakiś szaleniec wpadnie na salę i pizgnie tę Twoją gablotę o ziemię. Wobec organizatora się zgadzasz, nie wobec szaleńca. Z szaleńcem załatwiaj sprawę jak chcesz, ale do organizatora nic nie masz. To nie ma nic wspólnego z fair play. To jedynie kwestia kwalifikacji pracy do danej klasy. Inna kategoria. Ale ogólnie: Moim zdaniem chcesz zawracać kijem Wisłę. Problemów, których dotykasz nie rozwiążesz odgórnie działaniami organizatorów. Teoretycznie jest to możliwe, ale musieliby się oni zrzeszyć w jedną organizację, co w demokratycznym kraju jest możliwe, jak uśmiechnięty filozof. I, po prawdzie, wg mnie zupełnie niepotrzebne. Istotna zmiana mogłaby nastąpić, gdyby realnie tego oczekiwali uczestnicy imprez. A oni tego nie chcą. To znaczy chcą, dopóki oznacza to jedynie roszczenie. Ale realnie znaczy, że trzeba podjąć dodatkowe obciążenia, które wymuszą na organizatorach zmiany. Nie batem, tylko poprzez konieczność dostosowania się do otaczającej rzeczywistości. A to już niekoniecznie, te obciążenia. Chcesz uprawiać hobby na luzie - cool. Spodziewaj się, że sędziowanie na konkursie też nie będzie spięte, skoro nie dajesz narzędzi, by je spiąć. Jedynym dostępnym organizatorom mechanizmem na zmianę, jest pójście drogą wspomnianych wcześniej Olsztyna i Wrocławia. Jeżeli jest inny, to ja nie potrafię go wymyślić. Wciąż uważam, że modelarze nie są na to gotowi, ale pewnie nigdy nie będą, bo wymaga to zmiany intuicyjnego postrzegania wartości modelu. Jednak w ten sposób da radę odgórnie narzucić transformację sposobu myślenia, poprzez postawienie przed faktem dokonanym. Gdy to się stanie sędziom będzie łatwiej przy sędziowaniu i zrozumienie uczestników dla werdyktów wzrośnie. To nie znaczy, że nie da się spierniczyć sędziowania po całości, ale w takich warunkach nawet z samej statystyki będzie lepiej. A przy jakimś zaangażowaniu to w ogóle.
-
F-105F "Firebird 5", Son Tay Raid, 1/72 Trumpeter
greatgonzo odpowiedział jacmin → na temat → [L]Warsztat
Moim zdaniem Wild w Wild Weasel użyty jest w sensie potocznym i powinien być tak tłumaczony. To taka oczadziała łasica ;), choć ja wybrałbym raczej termin Szalona. Dzika Łasica nie ma za bardzo sensu językowego., ani kontekstualnego. Z drugiej strony kody rządzą się swoimi prawami, a i z ugruntowaną tradycją nie łatwo walczyć. Fajny temat! -
Interesujący punkt widzenia: wszystko kurwy i złodzieje, nic się nie da zrobić, nuke'em all! Nie byłem na wielu festiwalach, ale obraz mam zupełnie inny. Teza, że można dorobić się na organizacji festiwalu modelarskiego, albo kółku wzajemnej adoracji warta jest rozważenia. Problem z dotykaniem modeli albo jest, albo go nie ma. Na wszystkich imprezach, na jakich byłem jest i zaryzykuję twierdzenie, że na tych, na których nie byłem też. Czasami organizatorzy symulują, że go nie ma, ograniczając możliwość dotykania modeli uczestnikom, przynajmniej teoretycznie. Czasem mówią, że modeli dotykać nie wolno, ale jak przychodzi co do czego, to modele się przestawia, na zasadzie sytuacja wyjątkowa. Wtedy jest, że generalnie nie wolno, ale w tej sytuacji to wiadomo! Zwykle tłumaczą, że zaradzić problemowi się nie da, ale moim zdaniem to jak z dawnymi tłumaczeniami, że nie da się by sędziowie nie startowali w konkursie. Oczywiście wymaga to podjęcia jakichś kroków, które w jednostkowym przypadku mogą być nieosiągalne, ale ludzkość radziła sobie z trudniejszymi problemami. By to zadziałało organizator musi przejąć kontrolę nad ustawianiem modeli i pilnować stołów. Na wielu festiwalach to pilnowanie i tak się odbywa. Ale kwestia dotykania modeli nie jest dla pilnujących priorytetem. To jest kwestia wprowadzenia rygorów i ich przestrzegania. Ważne jest by nie tworzyć przy tym skrajnych scenariuszy, w których nie uda się osiągnąć celu w 100% i traktować ich jako powodu by nie robić nic. Jako uczestnik jakoś wolę, by organizator dołożył wszelkich starań, by modeli nie macać, ale coś mu w jakimś przypadku nie wyszło, niż by olał temat i nie robił nic. To jest też kwestia priorytetów organizatora. Miejsce, w którym model stoi na stole może mieć istotny wpływ na jego wynik w realizacji. Jeżeli organizator uzna, że danie zawodnikom możliwości grania tym tematem (z przestawianiem modeli konkurencji włącznie) jest ważniejsze niż bezpieczeństwo modeli, to OK, może tak zrobić. Ale ja chcę o tym wiedzieć przed wyborem imprezy. U nas powszechny jest obrazek, gdy uczestnik pojawia się z modelem przy stole i stwierdza, że na jego pracę nie bardzo jest miejsce. Po czym widzimy, jak on sam, albo z kolegą rozstawiają modele konkurencji by uwolnić przestrzeń. Albo zgłaszają problem organizatorowi, i wtedy robi to jego przedstawiciel. Rzadko widzimy, by robił to w rękawiczkach. I, jeśli można, jaka u diabła jest różnica dla bezpieczeństwa modelu, gdy bierze go w łapy gość z plakietką organizator, w stosunku do przypadku, gdy gość takiej plakietki nie ma? Plakietka daje jakieś super moce? Organizator może mieć różne narzędzia. Może pilnować ustawiania modeli na stołach wskazując miejsce na model uczestnika, może regulować wielkość podstawek (np. są festiwale, gdzie mój model zostałby z miejsca zdyskwalifikowany ze względu na zbyt dużą powierzchnię podstawy gabloty w stosunku do wielkości modelu), może dostawiać stoły z miejscem dla danej kategorii itd. Potrzeba tylko (aż?) decyzji i konsekwencji. Po prawdzie trzeba uznać, ze to jest ważne. Jeżeli organizator tego wszystkiego nie robi i zostawia otwartym problem dotykania modeli, to można się oczywiście zżymać do woli, ale wtedy rozwiązanie problemu zostaje w gestii uczestnika. Zadbanie o podstawkę i przytwierdzenie doń modelu w zasadzie załatwi kwestie przestawiania, ale nie uchroni miniatury przed dyndającymi pod szyją pochylających się nad stołami widzów, aparatami fotograficznymi, kluczami itd. Nie pomoże też gdy wodzące przy modelach paluchy przesuną się o te kilka milimetrów za daleko, albo komuś komórka wypadnie z ręki. Żaden nie szalony organizator nie przejmie odpowiedzialności prawnej za modele uczestników i na koniec to uczestnik musi podjąć decyzję, jakie ryzyko w tej kwestii gotów jest podjąć. I stosownie zadziałać. I jeszcze ciekawostka. Bywają takie imprezy, gdzie zasada fair play rozciąga się na ustawienie modeli na stołach. Np. niedopuszczalne jest , by uczestnik prezentował model na poziomie wyższym (w sensie fizycznym - o wyniesienie modelu ponad poziom stołu chodzi, nie jakość wykonania), niż konkurencja. Tam, gdy model zostanie umieszczony na podstawce o grubości, powiedzmy 15cm, zostanie regulaminowo zdyskwalifikowany. Próba przestawiania modeli konkurencji - dyskwalifikacja, oczywiście. Organizatorzy mają sporo narzędzi, by kształtować swoje imprezy na różnych polach.
-
Na żywo tez idzie schrzanić żart, tyle, że takie rzeczy prostuje się i łatwiej i szybciej. Nie uważam, że gablota zabija odbiór modelu. Andrzej Ziober powygrywał wszystko i wszędzie prezentując modele wyłącznie w nierozbieralnej gablocie. Z drugiej strony głosy, jak Twój, że gablota zabija odbiór istnieją, i jeśli nawet upierać się, że są na wyrost, to wpływają na podejście obserwatora, czy sędziego. Moje gabloty są bardzo łatwo demontowalne i teoretycznie mógłbym rozwiązać problem informując sędziów, że mogą zdjąć szkło z podstawy. Ale mam to zwyczajnie w dupie. Uważam, że sędziowie dadzą sobie radę bez tego, a przede wszystkim, że żadne wyróżnienie nie jest warte uszkodzenia modelu. Gablota zostaje.
-
A to już jak Pan szanowny uważa. Ale zwróć uwagę, że włożyłeś mi w usta idee, których nie przedstawiałem. Normalnie wkurza mnie takie coś bardzo, ale niekoniecznie zawsze. Ponieważ Ciebie zwyczajnie lubię, bo mówisz ciekawie i jeszcze robisz świetne modele, starałem się to zamienić w żart. Szczególnie w kontekście, że o tym bezpieczeństwie już kiedyś rozmawialiśmy i przedstawiałem swoje stanowisko. Możliwe, że stanowisko przedstawiałem nieudolnie, możliwe, że żart kompletnie nieudany, możliwe, że uczucia nie stykły. W Twoich rękach.
-
No co ty! Ja podałem kwestie, które mnie interesują, a Ty stwierdzasz teraz, że wiesz jakie są moje co do nich oczekiwania. I to lepiej ode mnie! Być może jestem średnio rozgarnięty, ale bez przesady. Nie jestem aż tak naiwny, by oczekiwać od organizatorów festiwali, że przejmą prawną odpowiedzialność za modele. Ja piszę o staraniach, jakie organizator podejmuje, by zapewnić bezpieczeństwo modeli. Jakieś starania organizator podejmuje w zasadzie zawsze, a mnie interesuje, czy są one na wystarczającym poziomie, by mnie nie odstraszyć. To zupełnie subiektywna kwestia i ponieważ zdarzyło mi się być na festiwalu z modelem, oznacza to, że są organizatorzy, którzy moje oczekiwania wypełniają. Dotykanie modeli oczywiście wiąże się z bezpieczeństwem, a wydzielam je głównie ze względu na pokutujące jeszcze praktyki związane z przestawianiem modeli przez organizatorów i przede wszystkim z sędziowaniem poprzez targanie modeli do stolika oceny i wywijanie nimi przy ocenie. Zawsze wzrusza mnie jak organizator mówi, że owszem, może przestawić modele, ale, żeby się nie martwić, bo robią to fachowcy. No, wtedy mam duszę na ramieniu. Mój model mogę uchwycić bezpiecznie tylko na dwa sposoby i jeden z nich wymaga dodatkowej czynności. Prostej, ale jednak. Wszystko inne to katastrofa. Poza tym byłem świadkiem takiego przenoszenia modeli przez fachowców. Bez ironii, doświadczonych modelarzy podchodzących do modeli z szacunkiem. Ale ludzie to tylko ludzie. Na ogół się udaje, ale shit happens. Skończyło się na pokątnym łataniu cyjanoakrylem. A model może być jeszcze bardziej delikatny. Przed tym zagrożeniem mogę się jakoś jeszcze zabezpieczyć, ale drugie jest nie do przyjęcia. Niby to już relikt przeszłości, ale jeszcze nie wymarły. Słynny festiwal w Moson to pod tym względem jesień średniowiecza. Wolę wiedzieć na pewno.
-
Moim zdaniem spór o nagradzanie po klasach, czy po jakości jest nieistotny. Oba podejścia mają swoje uzasadnienia i nie są z zasady szkodliwe, czy nieuczciwe. Organizatorzy muszą mieć jakąś swobodę indywidualizacji swoich imprez, tworzenia własnego charakteru, potencjalnej realizacji nowych pomysłów itd. Jeżeli chcemy mieć stabilną ocenę, to musimy mieć sporą reprezentację kompetentnych sędziów. A ta nie poradzi sobie, gdy okaże się, ze sposób oceny jest inny na każdym konkursie. I nie chodzi tu o regulamin oceny, choć ujednolicenie go na pewno by pomogło, a o wzorzec modelu idealnego, wartości istotne przy ocenie. Rzeczą nie do przeskoczenia jest ilość konkursów. W sytuacji, gdy co tydzień jest festiwal, a czasami kilka na raz, nie ma możliwości, by poziom sędziowania na wszystkich był taki sam. Trzeba liczyć się z tym, że w większości przypadków, jadąc na konkurs możemy spodziewać się ciekawych zdarzeń w tym zakresie. Inna rzeczą nie do przeskoczenia jest formuła festiwalowa oceny. Modelarze w masie robią błędne założenia co do roli sędziego. Uważają, że dobry sędzia pracujący np. w pancerce będzie potrafił merytorycznie ocenić model i jest to jedno z jego zadań. W żadnym razie! Może się tak wydawać, bo każdy, kto interesuje się czołgami wie coś o Tygrysie. A, że większość modeli na stole konkursowym to takie Tygrysy, to sędzia coś o nich wie i wydaje się, że na podstawie tej wiedzy ocenia. Ale tak nie jest, a przynajmniej nie powinno być. Sędzia może akurat nie wiedzieć jakim kolorem malowano włazy do tego Tygrysa na początku 1944, może nie wiedzieć, że to w ogóle jest fura z 1944. A przede wszystkim jakim cudem sędzia miałby ocenić merytorycznie jakiś boliwijski pseudo czołg zbudowany w jednym egzemplarzu w jakiejś manufakturce, o którym autor modelu dowiedział się tylko dlatego, że jego wujek z Boliwii znalazł go w jakiejś szopie na wakacjach w lesie i przesłał siostrzeńcowi zestaw fotek w 1973? Jedynym narzędziem pozwalającym sędziemu na merytoryczną ocenę modelu jest dokumentacja, a merytoryka oceny polega na porównaniu modelu z dokumentacją. Dokumentacja jest wyrocznią merytoryczną, nie sędzia. Są tu oczywiście niuanse, związane choćby z wspomnianymi wcześniej, przyjętymi wartościami w ocenie, ale rozprawiamy ogólnie, o zasadzie. Przedstawmy sobie sytuację, gdzie sędzia jest największym specjalistą ever w temacie tego nieszczęsnego Tygrysa, a na stole pojawia się model owego czołgu merytorycznie najlepszy, jaki może być. Beret zerwany tak, że przepadł na zawsze. Kategoria festiwalowa, tak jak mamy to w dzisiejszych konkursach. Jeżeli sędzia wyróżni model za tę wybitną merytorykę, to koniecznie pogwałci tym samym zasadę fair play. Ponieważ nie byłby w stanie zastosować tego samego kryterium dla innych ocenianych modeli. W idealnym świecie dla modelarza, który chciałby powalczyć o wyróżnienie w kategorii festiwalowej, będzie zupełnie oczywiste, że trzeba dołączyć do modelu dokumentację. Nie musi to być wymóg regulaminowy, ale bez żadnych wątpliwości, jej brak oznaczałby drastyczny spadek szans na nagrodzenie. Ale to w moim idealnym świecie. Modelarze wcale tego nie chcą. Problem polega na tym , że w obecnych realiach klasy festiwalowe, wszystkie jak leci, są de facto kategoriami Science Fiction. A przynajmniej byłyby, gdyby ocena był uczciwa i sprawiedliwa. Gdy nie są traktowane jak SF, nie ma mowy by sędziowie zachowali stabilny poziom oceny. Tu mamy klasyczny dylemat ciastka. Modelarze absolutnie nie godzą się by oderwać od ich modeli klasyczny wizerunek modelarstwa realistycznego, w którym odwzorowanie rzeczywistego obiektu w skali ma znaczenie. Ale nie chcą też podjąć wysiłku, by ten aspekt miał realne znaczenie w konkursowej ocenie. To jest zupełnie zgodne z postawami jakie dominują w internetowych prezentacjach. Robimy modele, super hobby z wartościami. Przynajmniej dopóki nie trzeba podjąć wysiłku by te wartości jakoś realizować. Wtedy to już nie jest fun, nie jest łatwo, nie jest przyjemnie - przecież wiadomo, ze nie na tym polega hobby. Moim zdaniem sędziowie są w tych okolicznościach pozbawieni szans. Dostają zadanie, nie dostają narzędzia, za to mierzą się z oczekiwaniami łamiącymi podstawowe zasady logiki. To nie jest rzecz, którą mogą rozwiązać sędziowie, czy nawet organizatorzy. W ogóle trudno mówić o rozwiązywaniu czegokolwiek. Jakimś remedium jest danie sędziom swobody w ocenie. Możliwości przyznawania równorzędnych wyróżnień w umownie dowolnych ilościach. W dzisiejszych realiach, to całkiem skuteczny mechanizm, choć oczywiście nie załatwia problemu klasy sędziego. Tylko wymaga też zmiany w nastawieniu środowiska, które jeszcze w znacznej części zakorzenione jest w sportowym rozumieniu rywalizacji. Opisywane podejście jest bardziej artystyczne i niekoniecznie jeszcze przyjmowane jest intuicyjnie. Dodam tylko, że na świecie pojawiło się dziesiątki lat temu. W Polsce realizują je festiwale w Olsztynie i Wrocławiu. Pewnie jakieś pominąłem :). Z tych wszystkich względów, mnie samego, przed wyjazdem na festiwal interesują tylko trzy tematy organizacyjne . Czy sędziowie mogą być zawodnikami, jak wygląda kwestia bezpieczeństwa modeli i czy ktokolwiek może dotknąć mojego modelu.
-
Niezmiennie dziwą mnie ludzie, którzy wpadają do rozmowy, żeby oświadczyć ludziom że ich rozmowa jest durna i oni też. Ale gdy sami włączają się do rozmowy, to zaczynam się zastanawiać... . Ale nie o tym, tylko: Mam nadzieję, że staniesz tam, gdzie Twoje oczekiwania wobec innych i wskażesz konkretnie tego gniota i autora.
-
Dokonywana przez kogo? Trzymajmy się ziemi.
-
Nadal patologia. Błędnym jest założenie, że szczegółowej ocenie sędziowskiej muszą podlegać wszystkie modele na festiwalu. Sędziowie patrząc na modele w klasie szybko dokonują podziału na modele, które maja szansę na wyróżnienie i resztę, która takiej szansy nie ma. Na tym się kończy ocena tej reszty, ale jednak ocena się dokonała - każdy model został uznany za zbyt słaby, by otrzymać wyróżnienie. Wybrane modele podlegają bardziej szczegółowej ocenie. Zmuszanie sędziów do wnikliwej oceny kilkuset słabych modeli jest absurdem nie tylko logistycznym, ale już samo to wystarczy. Gdyby stworzyć jakiś absurdalny regulamin wymuszający na sędzim wypełnianie jakichś tabelek dla każdego modelu, to i tak będzie on fikcją. Sędziowie dalej dokonają wstępnego podziału, tabelki dla odrzuconych modeli wypełnią po łebkach i zajmą się tymi wybranymi. Tyle, że ocena będzie mniej staranna, bo czasu mniej. To jest przewaga systemu podoba się/nie - nie tworzy fikcji i pozwala sędziom na lepsze dysponowanie czasem. Sędzia powinien tu wciąż ocenić rzetelnie wszystkie aspekty modelarskiego rzemiosła. Nie wybrać model, który bardziej lubi. Ponadto większa swoboda pozwala mu na docenienie wybitnego osiągnięcia. Np. w regulaminie punktowym masz maxa, powiedzmy, 10 pkt za ślady eksploatacji i koniec! Tu mając do czynienia ze zdumiewającym efektem na modelu możesz mu dodać do ogólnej wartości, albo porównując dwa modele stwierdzić, że na obu ślady eksploatacji są znakomite, ale na jednym jednak lepsze i przyznać temu modelowi pierwszeństwo, nie kombinując przy tym sztucznie z ustawieniami punktów w kategorii tak, by dopasować je do modeli. Możesz też stwierdzić, że dwa modele są znakomite w różnych kwestiach wykonania i ich sumaryczna wartość jest równoważna. I nagrodzić je jednakowo, nie martwiąc się tym, że jakiś regulamin punktowy w danej kwestii przyjmuje maxa 5 punktów, a w innej 6. Znów, sędzia może sobie poustawiać te punkty tak, by uzyskać pożądany rezultat, ale po co ma się z tym męczyć? I tracić czas i siły, które mógłby przeznaczyć na ocenę. Ta metoda ma pomóc sędziemu, ale takiemu, który umie w sędziowanie i w jej ramach rzetelnie oceni wartość modelu. U takiego sędziego wygra ten sam model, niezależnie od systemu . U niekompetentnego wyjdzie kaszana, której nie uratuje żaden system. A modelarz, którego model znajdzie się wśród odrzuconych, ale będzie zależało ma na ocenie jego pracy bez problemu sobie z tym poradzi. Albo znajdzie modelarza, którego prace są dla niego wzorem i poprosi o parę słów krytyki (bo pamiętajmy, że o tym rozmawiamy), albo z tym samym zwróci się do wybranego sędziego. Niemal nigdy nie spotka się z odmową, zawsze znajdzie się ktoś, kto się zgodzi. Taka ocena dokonywana na pierwszy rzut oka jest, wbrew pozorom zupełnie miarodajna. O ile mamy jasno określone wartości jakimi ma kierować się sędzia. Jeszcze niedawno idea była prosta - wygrać ma lepszy model, a lepszy model, to taki, który trudniej zrobić. Doświadczony i kompetentny sędzia będzie w takiej wstępnej selekcji w zasadzie bezbłędny. Ale dziś jest inaczej. Mówimy, że oceniamy działalność o charakterze artystycznym, gdzie oceny są subiektywne i nie ma co spodziewać się konsekwencji i przewidywalności. Tak wygląda niemal całe modelarstwo, gdzie na co dzień w ten sposób oceniamy modele. Coraz rzadziej nawet modele, a raczej ich zdjęcia. Coraz częściej korygowane w programach graficznych, lub wręcz przez systemy AI. Modele schodzą na drugi plan. Organizatorzy reagują na to rozmywając znaczenie kategorii, mnożąc niezwykle ważne wyróżnienia w ramach jednego festiwalu, tworząc dziwaczne regulaminy, które niby zwiększają ilość opcji dla uczestników, ale jednocześnie tworzą nierealne oczekiwania i złudne kryteria. Każdy może wygrać, każdy może być super. Tylko gdy każdy może być super, to nikt nie jest. Tyle, że dziś modelarze (zapewne nie tylko oni) wolą tę sytuację, gdy każdy jest świetny. LOKowskie regulaminy nie mają tu nic do rzeczy. Chodzi o to, że w tamtych czasach istniał system szkolenia sędziów. Ludzie uczyli się sędziowania teoretycznie i praktycznie jako aplikanci pracujący u boku doświadczonych arbitrów. Naturalnie w zgodzie z założeniami LOKowskiego regulaminu, ale to są technikalia.
-
Supermarine Spitfire Mk.IXc Airfix 1/24 A17001
greatgonzo odpowiedział kzugaj → na temat → [L]Galerie
A Tobie podoba się to jak ten model się prezentuje? -
Problem kolesiostwa nie polega na tym. To zasada my wam, wy nam. Skoro klub z Pichowa przyjechał do nas, to musi wyjechać z nagrodami, bo jeśli nie, to kiedy my pojedziemy do nich, to tez wrócimy z pustymi rękami. Jechać 300 km po nic? Bez sensu. W takich układach spora część wyróżnień była z góry zarezerwowana. Mogło się zdarzyć, że 100% nagród byłoby przyznanych w pełni sprawiedliwie i nadal byłoby to nie fair. Czy i jak powszechnie ten problem wciąż istnieje na polskich konkursach - nie wiem. W kuluarach słyszę, że tak, ale mam podejrzenia, że może to wymierać w naturalny sposób. Widzę, że standardy potrafią się zmienić się także na plus. Jeszcze parę lat temu sędziowie startujący w konkursie byli zupełnie normalnym zjawiskiem. Organizatorzy prześcigali się w tłumaczeniach, dlaczego nie ma innej możliwości i że taka sytuacje jest konieczna dla istnienia festiwalu. Wymyślali jakieś prosto z dupy regulaminy, które rzekomo miały pozwolić sędziom oceniać klasy ze swoimi modelami bez możliwości gwałcenia fair play. Mnożyli jakieś niestworzone teorie na temat tego dlaczego startujący w konkursie sędzia to nie jest żaden problem moralny i wizerunkowy. Po prawdzie wszystko to na poziomie może piątej klasy podstawówki było. Dzisiaj sędzia - zawodnik to już rzadkość, a tak powszechne dopiero co argumenty z dupy wróciły tam gdzie ich miejsce. Problem ze złą oceną nie polega na dylemacie czy wieszać psy na sędzim, czy zrobić lepszy model. Niekompetentny sędzia potrafi podjąć decyzję rażąco absurdalną. Jak mam zmotywować się do robienia lepszego modelu, jeśli na pierwszy rzut oka widać, że przegrałem z paździerzem o kilka klas gorszym? Sędziowanie to nie jest naturalna umiejętność dana nam przy urodzeniu. To nie jest tez rzecz intuicyjna. Sędziowania modeli trzeba się nauczyć i o ile marny modelarz raczej sobie z tym nie poradzi, to znakomity modelarz w żadnym razie nie staje się z automatu dobrym sędzią, Modele robię przyzwoite, ale organizator, który wyznaczyłby mnie na sędziego musiałby oszaleć. Po wysforowaniu się modelarskich konkursów na wolność ze struktur LOKowskich całkowicie zniknął proces szkolenia sędziów modelarskich. W rezultacie nie mamy istotnej liczebnie grupy kompetentnych sędziów, a tym samym stabilnego i czytelnego dla zawodników sposobu sędziowania. A czasami zdarza się, że sędzia walnie swoim werdyktem jak łysy warkoczem o ladę.
-
To bez znaczenia. Nic to już nie zmieni. I w ogóle rzecz wg mnie nie warta ciągu dalszego. Pole do popisu dla sędziów jest szerokie przy dowolnym systemie. Dawno już zrozumiałem, że system oceny modeli ma drugorzędne znaczenie. Liczy się założenie, co ma być nagradzane w modelarstwie, ostatecznie na pojedynczym konkursie i klasa sędziów. Dobry sędzia poradzi sobie z dowolnym systemem oceny. U nas problemem jest, że niemal każdy organizator konkursu uważa, że oto przyszedł czas na wynalezienie prochu i to on właśnie tego dokona. W związku z tym generują się zupełnie zbędne rozbieżności w regulaminach. Podoba się lub nie, to bardzo rozsądny sposób oceny. Aż trudno uwierzyć, jak bardzo wypaczyła go nazwa bezpośrednio tłumaczona z czeskiego libi/ne libi. Ale na koniec nie organizatorzy są źródłem problemów tylko modelarze. którzy nie chcą wcale stabilnych i racjonalnych warunków rywalizacji. Chcesz mieć takie właśnie oceny na konkursach - zacznij u podstaw. Zmień podejście modelarzy w masie do budowy modeli jako takich. To zmusi organizatorów do zmian. Ale, moim zdaniem, ten pociąg w modelarstwie już odjechał.
-
Wychodzę daleko poza swoją strefę komfortu. Wiem, że litery kodowe na australijskich Spitach malowano australijskim Sky Blue. Nie wiem czy zawsze, a jeśli nie, to jak powszechnie. Jednakże pojawienie się koloru FG na samolocie sugeruje, że jesteśmy w sytuacji, gdy australijskie farby są w użyciu. Nie mam pojęcia jak i czy australijski SB różnił się od brytyjskiego, ale ogólnie to to taki Sky type S bez zielonego.
-
O problemach związanych z sędziowaniem i rywalizacją na polskich konkursach piszę i mówię od prawie dwudziestu lat. Wchodziłem w spory z organizatorami, opisywałem zjawiska. Wprawdzie często pod nickiem, ale ten nick był wielokrotnie odtajniany w rozmowach i artykułach pisanych przez mnie na naszej stronie MR i w Aeroplanie (również na ten temat) i nie ma żadnego problemu utożsamić mnie z Radkiem Jurczykiem z Giżycka. Mimo to na festiwalach zdarzyło mi się wygrywać nagrody . Moim zdaniem jawność służy sprawie, a nawet jeśli miałaby zaskutkować szykanami ze strony organizatorów/sędziów, to warto! W myśl zasady, że lepszy świat jest więcej wart niż puchar dla mnie. Owszem, zdarzyło mi się przegrać rywalizację na konkursie w sposób kuriozalny i było to na skutek rażącej niekompetencji sędziego. I właśnie ta niekompetencja jest największym problemem naszych festiwali. Pomijając kwestię ewentualnego kolesiostwa, którą znam z opowieści i sam nie jestem w stanie na ten temat się wypowiadać. Tej niekompetencji (często przez uczestników definiowanej w zupełnie absurdalny sposób, co jeszcze pogłębia chaos) towarzyszy parcie organizatorów na rozmydlanie hierarchii nagród co ma swoje negatywne reperkusje, ale mieszczące się nieco obok tematu wątku. W zakresie wątku za to, jest powszechny brak wyraźnej deklaracji organizatora, co jest wartością przy ocenianiu modeli i egzekwowania tego od sędziów. To sprawia, że zadanie ich bywa klasyczną mission impossible i to w rozumieniu dosłownym, nie tym z serii filmowej. Także to, że np. sposób sędziowania dominującej większości ocenianych modeli na polskich festiwalach, zwany metodą podoba się/nie podoba się, rozumiany jest przez sędziów literalnie i choć wydaje się to kompletnie absurdalne (niestety potwierdzone w rozmowach z nimi) oni naprawdę kierują się tym co im się bardziej podoba! Z tym, że organizatorzy nie robią tego w próżni. To wszystko co opisałem jest typowe dla modelarskiej codzienności. Tak modelarze funkcjonują na co dzień, takiego oceniania oczekują na co dzień i na co dzień sami tak oceniają, przede wszystkim swoje własne prace. W takich realiach potrzeba by organizatora z duszą misyjną by działał inaczej.
