Banny
Użytkownicy-
Liczba zawartości
2 064 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Profile
Forum
Galeria
Pliki
Kalendarz
Blogi
Zawartość dodana przez Banny
-
Kolekcja maszyn PSP rośnie: 50) DH.98 Mosquito Mk.XIII NF 307.Dywizjon 1/72 Tamiya : http://www.modelwork.pl/viewtopic.php?f=64&t=41750
-
Model jest poprawny, a jak na początkującego, to więcej niż dobry! Tak trzymać! Dobierając zdjęcia zwróć uwagę na zaprezentowanie modelu całościowo. Tu niby zdjęć jest kilka, ale żadne nie pokazuje lewej strony kadłuba.
-
Dziękuję za wpisy. Cieszę się, że model może się podobać. Sporo modeli zrobiłem przez ostatnie 2-3 lata, także nabrałem wprawy, pewności w wykonaniu (i przez co efekt końcowy jest dość powtarzalny). Poza tym stosuje dość proste wykończenie modelu, a im mniej operacji "technologicznych" tym trudniej coś zepsuć.... Dzięki za zwrócenie uwagi na zbiorniki podwieszane. Choć nie wiem czy należy je wybłyszczać. Co prawda były w naturalnej barwie duralu, ale polerowane na pewno nie były. Natomiast oponki są dość matowe, trudno orzec dlaczego pobłyskują na niektórych zdjęciach. Kładzenie washa w takich modelach jak Tamiya to sama przyjemność. Na pewno "wyciągnięte" detale mogą poprawiać odbiór modelu i ożywiają go w tym dość monotonnym schemacie malowania, choć z drugiej strony na prawdziwym Mosquito wiele z tych linii było dość słabo widocznych... A Matchboxa też mam, złożonego w latach 80-ych! Troszkę go zdemolowałem, bo zastanawiałem się nad użyciem gondol silnikowych właśnie z tego antyka i zrobienia z tej Tamaji Mk XXX. Zresztą ten Beaufighter w tle, to też staroć. FROG zrobiony jakieś 30 lat, ale przy okazji składania Mossie i zainteresowaniu 307ym poddałem go drobnej renowacji. Co do nosa, to nierozstrzygalna kwestia. Zdjęć polskich XIII nie ma (te które pokutują w książkach Gretzyngera są błędnie podpisane, są to XII). Wiadomo na pewno że HK528 miał naparstkowy (zdjęcie archiwalne powyżej), ale nie musiało być to regułą w serii HK. Np. pudełkowy Mk XIII RA-I ma bardzo zbliżony serial HK500, a nos bull. Dokumentacja fabryczna niczego nie rozstrzyga, bo nie rozróżniano tam typu nosa (określając zarówno jeden jak i drugi jako "universal"). Gdzieś znalazłem informację, że ok 100 sztuk XIII-ek miało nos bull, czyli statystycznie mniej więcej co trzeci (ogólna produkcja to 270 maszyn tej wersji). Ale to tylko spekulacja, bo tak naprawdę nie ma pewnych informacji w tym zakresie i jedynym odnośnikiem mogą być tylko zdjęcia archiwalne. Ale to dywagacje historyczne. W praktyce wyboru nie ma, Tamiya daje tylko nos bull, a jego przeróbka do thimble jest dość kłopotliwa (chyba łatwiej by to było nawet zrobić w oparciu o FB VI). No spiton, potrafisz mnie zaskoczyć! Zawsze dostawało mi się od Ciebie za te czyściochy... A zdjęcia to głównie zasługa aparatu. Jak kupiłem sprzęt z porządnym obiektywem, to na modelu widać każdą drobinkę kurzu!
-
Jakoś te dwupłaty wychodzą Ci naprawdę superancko Wachmistrz!
-
Trochę historii 21 stycznia 1944 polski 307. dywizjon otrzymał partię 7u fabrycznie nowych Mosquito XIII. Samoloty miały następujące numery i oznaczenia: HK513 (EW-A), HK517 (EW-Z), HK522 (EW-T), HK524 (EW-O), HK528 (EW-G), HK530 (EW-Y) i HK531 (EW-W). Kilka dni później (26 stycznia) na lotnisko Drem dotarło kolejne uzupełnienie, tym razem w postaci Mosquito Mk XII. Obie wersje posiadały ten sam typ radaru (AI Mk VIII), różnica polegała przede wszystkim na możliwości użycia podwieszanych zbiorników paliwa w Mk XIII. Zewnętrznie Moskity tych wersji mogły się też różnić częścią nosową. Mark XII posiadał mniejszy nos nazywany "thimble" (naparstek), natomiast spora część produkcji Mk XIII miała już nos typu "bull" (byk), charakterystyczny dla wszystkich następnych wersji NF Mosquito. Nowy sprzęt wymagał przeszkolenia, tym bardziej że w okresie poprzedzającym 307y prowadził typowe dzienne zadania nad obszarem Atlantyku. W styczniu i lutym 1944 pogoda była jednak wyjątkowo niesprzyjająca, tak że loty treningowe i bojowe były sporadyczne. W marcu sytuacja się poprawiła, odbywano już regularne nocne loty patrolowe i starty alarmowe. XIIIki jednak nie zdążyły się wykazać sukcesami w walkach powietrznych, gdyż wkrótce podjęto decyzję o przezbrojeniu całości dywizjonu na wersję Mk XII. 20 kwietnia wszystkie Mk XIII odesłano do 29. dywizjonu RAF, a skład uzupełniono kolejnymi Mk XII. Generalnie cała to operacja wyglądała jakby pierwotnie 307y miał być wyposażony w XIIIki, ale poźniej z jakiegoś powodu zmieniono decyzję wybierając Mk XII dla polskiego dywizjonu. Nie jest znane żadne zdjęcie Mosquito XIII w barwach dywizjonu 307, zresztą z wiosny 1944 nie ma także zdjęć XIIek. Jest prawdopodobne że w tym czasie ten sprzęt był na tyle tajny, że nie pozwalano go fotografować. Można znaleźć zdjęcie jednego z polskich ex-Mosquito (HK528) ze sporo póżniejszego okresu służby w 264. dywizjonie RAF. Ten egzemplarz miał akurat nos typu wczesnego, ale trudno orzec czy było tak w przypadku wszystkich polskich XIIIek. Do wykonania modelu wybrałem HK530 EW-Y. Wygląd jest oczywiście domniemany, ale zapewne bliski oryginałowi. Warto nadmienić, że W tym okresie samoloty nie były przypisane na stałe poszczególnym załogom, ale wiadomo np że 15 marca 1944 lot bojowy na HK530 wykonali Ryszard Referowski (pilot) i Emil Chodacki (obs). Kariera HK530 zakończyła się w 29. dywizjonie RAF. Mosquito zaginał podczas nocnego polowania w rejonie Gutersloh 02.12.1944. Załoga F/Lt Kenneth Jack Pamment (pilot) i F/O John Derek Morgan (obs) zginęła. O modelu Zestaw przyjemny w montażu, ze sporą ilością detali i części alternatywnych, wypraski znakomitej jakości, czyli typowa Tamiya. Wykonanie jak mam w zwyczaju wprost "z pudła", czyli bez istotnych ingerencji w propozycję producenta. Malowanie natryskiem emaliami Humbrola i Model Mastera, do tego wash i akrylowy werniks. Kalki zestawowe za wyjątkiem kombinowanych polskich oznaczeń i seriala (stare arkusze Techmodu). Model zbudował mi się szybko i bez większych problemów. Z ciekawostek wykonawczych, to część ramek kabiny jest malowana od wewnątrz (wynika to z nietypowej konstrukcji osłony w Mosquito). Inny eksperyment to malowanie najpierw DG, a dopiero później MSG po całości. Zgodnie z zasadami powinno się malować ciemnym kolorem na jasnym, ale w tym przypadku wymagałoby to znacznie więcej maskowania. Patrząc na efekt końcowy zmieniłbym jednak anteny na końcówkach skrzydeł. Odpowiednio przycięty drut stalowy byłby cieńszy, a i budowa byłaby łatwiejsza bez konieczności zwracania stałej uwagi aby ich nie odłamać. Ciekawy jestem Waszej opinii na temat próby odtworzenia tego dość oryginalnego Mosquita (śmiem twierdzić, że jest to jedyny istniejący na świecie model EW-Y HK530 heh).
-
Po polsku to nic ciekawego w temacie chyba nie wydano... Kojarzę stare TBiU, ewentualnie album autorstwa Piekałkiewicza (trochę niezłych jakościowo zdjęć), w każdym razie nic wartościowego modelarsko. Mogę polecić niemieckojęzyczną monografię z serii "Vom Original zum Modell", sporo rysunków i zdjęć detali konstrukcyjnych. Do kupienia na portalu aukcyjnym albo do poszukania... w wersji elektronicznej.
-
A mnie się model bardzo podoba, łącznie z "wymęczeniem" lakieru! Może troszkę za mocne, ale skojarzenie z wpływem wody morskiej na farbę samo się pojawia... Gratuluję bardzo ciekawej i nietuzinkowej interpretacji Hellcata.
-
Grzebnąłem po goglach i tu można znaleźć "suwmiarkowe" porównanie dostępnych zestawów: http://www.britmodeller.com/forums/index.php?/topic/234911019-junkers-ju-523m-kit-comparison/
-
Zestaw Italeri jest moim zdaniem trochę lepszy od Hellera, ale nie wiem czy na tyle istotnie aby go kupować mając Hellera.... Skoro oszklenie kiepskie, to może warto by było poszukać/zrobić vacu do Hellera? Airfixem nie warto zawracać głowy. Gdybyś jednak nabył Italeri, to zapraszam do zrobienia inboxu porównawczego!
-
Jak masz tu NMF to sugeruję, abyś nie malował tego pędzlem. Jak nie masz aero, to możesz użyć srebrny spray. Najtaniej wyjdzie ten kupiony w sklepie motoryzacyjnym (np. Motip) i na pewno starczy ci na kilka następnych modeli. Co do merytoryki, to oczywiście zawsze ważna, ale sugerowałbym abyś na razie się skupił po prostu na poprawnym technicznie i w miarę estetycznym wykonaniu modelu...
-
No skoro Tamiya pięknie opracowała światła pozycyjne jako przezroczysty element to nonsensem byłoby gdyby sugerowała ich zamalowanie... Na przyszłość - nie naklejaj porwanej kalkomanii! Każdemu zdarza się czasem uszkodzić kalki, ale wtedy trzeba coś dobrać z zapasów ścinek albo po prostu dokupić nowy arkusz, np z samymi kokardami. Zresztą już lepiej by było, gdybyś wykorzystał rondle od wersji bombowej z żółtą obwódką. Nie byłoby to zgodne historyczne, ale przynajmniej wyglądałoby estetycznie. Osobiście nie podoba mi się też zgrubnie położony wash, tak że wygląda to bardziej na niechlujnie wykończony model, a nie jak podniszczony samolot. Jak dobrze kojarzę, to Twój wcześniej prezentowany Bf 110 bardziej mi się podobał. PS Dobrze jest także robiąc model, obejrzeć zdjęcia prawdziwych maszyn. Wtedy byś wiedział, że końcówkę gondoli silnikowych należy zaszpachlować (tu trzeba przyznać że Tamiya jakoś wyjątkowo niefortunnie rozwiązała miejsce połączenia gondol silnikowych ze skrzydłem):
-
Każda ocena jest subiektywna, a powinniśmy komentować tu model a nie... komentujących, iceman. A uwzględniając wyżej zacytowną wypowiedź autora, wcale się nie dziwię nader pozytywnym opiniom! Tak trzymać!
-
"New tool" Airfix 1/72 D.H. 82A Tiger Moth.
Banny odpowiedział Wojciech Butrycz → na temat → [L]Nowości i In-Boxy
Cóż to za konkurencja, skoro typ dość niszowy i rzadko się pojawia w galeriach. Nie wiem czy nawet tani Airfix potrafi to zmienić. -
Hawker Hurricane Mk I (wczesny), AIRFIX 1/72
Banny odpowiedział Wojciech Butrycz → na temat → [L]Nowości i In-Boxy
Przeszpachlowanie i przerycie "płótna" na "metal" to nie jest jakoś strasznie skomplikowana robota, także nie ma co drzeć szat. Nawet średnio doświadczony modelarz powinien sobie poradzić. Kiedyś takie rzeczy robiłem. Ale teraz to raczej wolę poczekać albo złożyć Hasegawę, która zalega mi w zapasach. -
Może gaza opatrunkowa? Tylko bawełniana, a nie syntetyczna, bo jest bardziej miękka. Choć nie wiem, czy są obecnie takie jeszcze dostępne...
-
Dzięki marek! Produkując spore ilości modeli na półeczkę, kiedy bardziej zajmują mnie aspekty historyczne niż modelarskie, czasem trudno mi się zmusić do większego wysiłku. Stąd bardzo doceniam takie komentarze mobilizujące lub wytykające braki, zaniechania. Czasem nadepną mi na ambit i wtedy robię następny lepszy model, także dzięki za wpis!
-
Nie moja era, merytorycznie nie potrafię ocenić, ale samo techniczne wykonanie modelu podoba mi się i IMHO zdecydowanie wyrasta ponad przeciętną modeli prezentowanych w galeriach. A sama tematyka też należy do tych oryginalnych, rzadziej spotykanych. Wraz z obszernym wstępem całość stanowi wyjątkowo ciekawą i zgrabną prezentację! Gratulacje!
-
Kreator, to malowanie nie wygląda dobrze. Po części to wina maskowania taśmą przy malowaniu pędzlem. Tworzą się podcieki i zgrubienia, o odrywaniu farby nie wspominając. Jak używałem pędzla to bardzo sporadycznie używałem taśmy maskującej polegając na pewnym ręku, a plamy kamuflażu po prostu wyrysowywałem ołówkiem i wzdłuż linii prowadziłem pędzel. Wyglądało to zdecydowanie lepiej.
-
Jak to mawiają koniec wieńczy dzieło, wyszło bardzo fajnie!
-
Kolejny dokończony projekt, zalegający od wiosny... Może mógłby być lepszy (jak każdy model), ale cieszy że w końcu udało mi się go skończyć! Czas wziąć się za nowe produkcje. 55) TBM-1C Avenger "Lt. Cosgrove" 1/72 Hasegawa: http://www.modelwork.pl/viewtopic.php?f=64&t=41415 Czas podsumować rok 2013. Nie był u mnie tak obfity modelarsko jak 2012, tym niemniej udało mi się wykonać 9 modeli (od nr 47. w portfolio do 55.). Tradycyjnie większość to samoloty II-wojenne. Jedynym rodzynkiem był F-15E Strike Eagle. Dominowała tematyka PSP (4 modele: Spitfire V, IX oraz Mustangi III, IV) i alianckie maszyny na Pacyfiku (P-39, P-40, Avenger). Tym razem Luftwaffe miała tylko jednego przedstawiciela (FW-190D). Ale do maszyn niemieckich powracam, bo mam na warsztacie FW-190A, Me-410 i Arado 240. Jednak najbliższy ukończenia projekt to Mosquito w barwach 307go.
-
No tak, rozmycie odpuściłem bo sporo więcej z tym zachodu, a ten efekt w skali 1/72 jest na granicy pomijalności... A numer ferry? Też mi się nie chciało. Choć masz oczywiście rację. Zamiast użycia uładnionej propozycji Techmodu najlepiej by było w ogóle wymalować ten nr odręcznie, pędzlem na przezroczystym kawałku kalkomanii. W ogóle robiąc modele w sposób uproszczony, czy też można nazwać nieco "ideowy" i umowny, trudno jest nieraz znaleźć właściwy balans, złoty środek na wykonanie. Tworząc taki "wyrachowany" model trzeba się też czasem umieć zatrzymać, powstrzymać przed nanoszeniem nadmiaru efektów, które nie tylko świadczą o kunszcie modelarza, ale bywają pracochłonne. W każdym razie dzięki za wpis!
-
Dziekuję za miłe wpisy! Co do oceny wielkości, to faktycznie Avenger nie jest maleństwem. Poza tym złudzenie innej skali może wynikać z tego, że robię zdjęcia w ten sposób, że model wygląda na większy niż jest. Wiele detali i błędów wyłapuję dopiero oglądając zdjęcia! Swoją drogą, w 1/48 to musi być dopiero spory kawałek plastiku... Zresztą właśnie m.in. dlatego preferuję 72ke - zawsze łatwiej znaleźć miejsce na półce!
-
Bardzo ładnie! Model podoba mi się. Merytorycznie nie pasuje mi tylko żarówiasty pomarańcz na pasie obrony Rzeszy, wydaje mi się że powinien to być raczej kolor ceglasty, bardziej zgaszony. No i na trymerach powinna być krwista czerwień. Ale to może zdjęcia nieco oszukują barwę?
-
(źródło: http://www.loyceedeen.org/ ) Na zdjęciu pierwszym, od lewej: Digby Denzek (20 lat, radiotelegrafista), Robert Cosgrove (24, pilot) i Loyce Deen (23, strzelec). Załoga była bardzo zgrana, latali razem w wielu misjach, np nad zatoką Lyte, Iwo Jimą, Formozą, wyspą Wake, Saipanem, Paleiu, Mindanao, Luzonem i Okinawą... Na kolejnych fotografiach uwieczniono powrót uszkodzonego TBM-1C BuNo 46353 nr "93" na pokładzie USS Essex. Trochę historii 5 listopada 1944, jak każdego innego dnia, o godzienie 5:30 w pomieszczeniach lotniskowca Essex rozbrzmiał sygnał pobudki zrywając żołnierzy z koi. Wśród nich było 16 załóg Avengerów z VT-15. Loyce Deen, strzelec z załogi Lt. Cosgrove'a i tak już nie spał. I to wcale nie dlatego, że dokuczała mu prawa stopa, raniona odłamkiem kilkanaście dni wcześniej (24 października). Powinien pozostać na okręcie szpitalnym zamiast omijając procedury dołączyć z powrotem do kolegów. A teraz jak każdy weteran wyczuwał napięcie przed bitwą... Śniadanie lotnicy zjedli o 6:30 bez zwykłych żartów i docinek. Wiedzieli, że ich samoloty były przez całą noc tankowane i czekały gotowe do akcji. Na końcu pokładu stały objuczone bombami i torpedami Avengery, przed nimi uszykowano Helldivery, a najwcześniej miały startować Hellcaty. Zaraz po śniadaniu odbyła się odprawa, gdzie przekazano rozkazy, zapoznano z warunkami atmosferycznymi i przydzielono samoloty. Lt. Cosgrove otrzymiał Avengera TBM-1C BuNo 46353 nr "93". Była to nowiutka maszynę, wyfasowana zaledwie kilka dni wcześniej podczas krótkiego postoju na atolu Ulithi. Na osłonie silnika nie zatarł się jeszcze namalowany kredą nr ferry "353". Celem ataku miały być japońskie krążowniki w Zatoce Manilskiej. Po odprawie Cosgrove wraz z załogą udaje się na pokład startowy. Wspinają się na Avengera nr "93" i zajmują stanowiska. Loyce po raz ostatni chowa się w zamkniętej szklanej bańce strzelca. Eskadra wkrótce startuje i po dwóch godzinach docierają nad cel. Avengery odważnie atakują nie zwracając uwagi na gęsty ogień przeciwlotniczy okrętów japońskich. W tym momencie 2 pociski trafiają Avengera "93"! Cosgrove słyszy w interkomie komunikat od radiotelegrafisty Denzeka, że Deen został ciężko ranny, ale sam ma poważne kłopoty. Eksplodujący pocisk uszkodził system sterowania i tylko cudem udaje mu się utrzymywać pokiereszowaną maszynę w powietrzu. Pilotowanie tak ciężko uszkodzonego samolotu wymagało nie tylko umiejętności, ale także siły fizycznej i to przez kolejne 2 godziny. Denzek przecisnął do kabiny za pilotem, pozostało mu tylko kibicowanie i... modlitwa. Być może dzięki temu lądowanie na macierzystm lotniskowcu przebiegło bez problemów. Avengera po zatrzymaniu szybko oblepiły służby lotniskowca. Deen już nie żył. Kiedy stwierdzono, że ciało strzelca nie jest łatwo wyjąć z pogruchotanego wnętrza, a samolot jest tak zniszczony, że nie nadaje się do naprawy, podjęto niespotykaną decyzję. Avanger nr "93" stał się grobowcem Deen'a. Podczas uroczystego pogrzebu, zgodnego z ceremoniałem wojskowym, zepchnięto maszynę wraz ze strzelcem do oceanu. To jedyny znany przypadek, kiedy lotnik US Navy został pochowany w samolocie. Cosgrove i Denzek przeżyli wojnę. Zainteresowanych innymi detalami tej historii odsyłam do linka w podpisie zdjęć, można tam też obejrzeć archiwalny film z lądowania Avengera "93" i niecodziennego pogrzebu. Pełniejsza sekwencja filmowa jest także dostępna tu: http://www.criticalpast.com/video/65675070253_TBF-Avenger-aircraft_USS-Essex_sea-burial_dead-gunner . O modelu. To zestaw Hasegawy, zbudowany wprost z pudła za wyjątkiem kalkomanii. Chciałem zrobić Avengera "93" i szczęsliwie się okazało, że to oznakowanie oferuje Techmod. Malowanie emaliami Model Mastera i Humbrola, werniks akrylowy, trochę washa (w większości niewidocznego na Dark Sea Blue i nadmiernie rzucającego się w oczy na białym spodzie). Sam model składa się dość przyjemnie, choć delikatne linie podziałowe miejscami miały tendencję do zanikania. Zapewne to efekt zmęczenia formy, zresztą być może z tego powodu Avenger Hasegawy bywa ostatnio dostępny tylko w edycjach specjalnych. A szkoda, bo model ogólnie można uznać za poprawny, a kilka drobnych mankamentów łatwo jest poprawić (ja tego nie robiłem). Cieszy możliwość zrobienia komory bombowej jako otwartej, z czego skorzystałem. Malowanie oszklenia pędzelkiem było troszkę męczące. Przy okazji życzę wszystkim szczęscia w Nowym Roku i wielu, wielu udanych modeli w 2014!
-
P-47D-28RE "Pengie IV" Gładycha, TAMIYA/AIRES 1/72
Banny odpowiedział Wojciech Butrycz → na temat → [L]Galerie
Karol, zestawianie 1/48 z 1/72 jest nie na miejscu. Zresztą mnie się akurat ten Wicked Rabbit nie podoba (z jednej strony sporo efektów mających go postarzyć, a z drugiej robi wrażenie bardzo wymuskanego i wyładnionego), ale to kwestia gustu. Ale wracając do P-47 z wątku, to ze spraw wykonawczych faktycznie kalkomanie nie są dobrze położone (np świecący film na gwieździe na górnej powierzchni skrzydeł), co u doświadczonego modelarza nie powinno mieć miejsca, ale np braku washa nie warto podonosić, bo i tak by nie było widać na czarnej farbie. Ja bym jednak nie wykończył modelu tak matowo, dobre jakościwo zdjęcie z pilotami pokazuje że widać pobłysk na powierzchni płatowca. Mimo mankamentów model uważam za ciekawie wykonany (choć na pewno jest tu także zasługa airesa). PS Co do zbiornika, zostawiam do oceny oglądających, nie warto nad tym deliberować, każdy może sam wyrobić zdanie w oparciu o zdjęcia.
