Jeśli idzie o urodę Angielek, to musimy mówić o rdzennych mieszkankach Albionu, nie o pięknych czekoladkach czy pastereczkach o jakie ocierałeś się będąc w Narożnej Walii (co to za Anglia zresztą). Mam na myśli kanon piękna, którego dobrym przykładem była premier Margaret. Wyraźne są tu wpływy, znanej powszechnie, miłości Anglików do koni. Natomiast w kwestii flejowatości to jasnem jest, że żaden wyjazd nie może być udany bez wytarzania się w terenie lub, przynajmniej, wysmarowania kieszeni plecaka błockiem. Potwierdza to uśmiech Karoliny, najszerszy, jaki do tej pory widziałem (przy okazji pozdrawiam). Jeśli zaś chodzi o Lancastera, to - mimo kompletnej ignorancji - też musiałem zatrzymać się nad tym zdaniem wiedząc, że coś w nim jest nie tak.