Nie chce mi się wierzyć, żeby nikogo nie zainteresowała przyczyna, dla której na początku 1944 roku Typhoony dostały czterołopatowe śmigło.
Polecam "Wielki cyrk" Clostermannna i "Tajfun" Scotta. To tak na marginesie lektur które pozwolą się wczuć w temat. Przy czym "Wielki Cyrk" to lektura absolutnie obowiązkowa. Napisana tak soczystym językiem, że aż miło. Scott z koleii pisz jak anglik. Z Flegmą. Ale do rzeczy. Typhoon to był samolot potwór. Groźny zarówno dla wrogów , jak i własnych pilotów. Potrafił tych drugich zabijać na chyba jeszcze więcej sposobów, niz tych pierwszych. Potężny moment obrotowy powodował, że utrzymanie Typhoona na pasie podczas startu, graniczyło z cudem, lądując z uszkodzonym podwoziem, samolot roztrzaskiwał potężna "podbródkową" chłodnicę zraszając wszystko łatwopalnym glikolem. Podczas nurkowania odrywał się ogon, a ogólnie samolot wpadał w bardzo nieprzyjemne dla pilotów wibracje kadłuba. Sprawę ogona rozwiązano donitowując charakterystyczne blaszki. Rozwiązanie to wymyślił polski inżynier , o czym pisze Jerzy Damsz w swoich kapitalnych wspomnieniach. Okazało się niestety, że blaszki nie pomagają. Ogony odrywały się również po zamontowaniu blaszek. Okazało się, że winę ponosi wadliwe wyważenie masowe statecznika poziomego. Zaczęto montować stateczniki zaprojektowane dla Tempesta i sprawa się rozwiązała. Z drganiami kadłuba sprawa była równie poważna. Może nie było wypadków śmiertelnych, ale komfort pilota też jest przecież istotny. Żeby rozwiązać problem zaprojektowano specjalnie "na miękko" zamontowany fotel. Pomogło ?? Skądże. Mozna było przewidzieć, ze to rozwiązanie należące do tych rozpaczliwych ,-)) I działać nie będzie. Poszukiwano na gwałt rozwiązania tej sytuacji .I właśnie wymiana śmigła na czteropłatowe rozwiązała ten problem ,-)))