To stachanowskie wyznanie Kolegi przez cały dzień kołatało mi w głowie. Trzy wieczory... Nic dziwnego, wiadomo przecież, że Wielkopolanie słyną z hanzeatyckiej pracowitości, o oszczędności nie wspominając. A my, w stolicy, potrafimy co najwyżej opchnąć turyście kolumnę Zygmunta lub ten sam towar kilkakrotnie różnym frajerom. Wiadoma rzecz...
Nie bacząc na to, dziś zebrałem się w sobie i usiadłem. W ruch poszły miarka, taśma DYMO (fikuśna nazwa), ołówek i nitowadło. Lekceważąc pogarszający się stan mojego zdrowia w postaci bólu szyi, rząd za rzędem nitowałem spód skrzydła. Pot lał się z czoła, głodne dzieci płakały, minął dzionek, słońce zaszło za jeziorem, kiedy dobrnąłem do końca. Przypominałem nieco Charlie Chaplina po zakończeniu pracy przy taśmie ale po kilku godzinach ręce same przestały prowadzić nitowadło.
I tu chciałbym podziękować Koledze Markowi za wzbudzenie ducha współzawodnictwa pracy. Dzięki temu wspomniany etap robót jest na ukończeniu i będzie można zająć kolejnym. Jedynie tych frywolnych śpiewów trochę mi żal...