Skocz do zawartości

Ranking

  1. abtb

    abtb

    Użytkownicy


    • Punkty

      16

    • Liczba zawartości

      5 715


  2. Mitrandir

    Mitrandir

    Użytkownicy


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      2 922


  3. MAREK74

    MAREK74

    Użytkownicy


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      292


  4. GreGG24

    GreGG24

    Użytkownicy


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      783


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 21.09.2020 uwzględniając wszystkie działy

  1. Przyszła jesień to i pora wkleić galerię "klonowego śledzia" Czyli kolejny śledzik dołącza do "Ławicy.......". Dziś jest to wersja CF czyli licencyjny wyrób kanadyjski. W sumie Kanadyjczycy wyprodukowali tego ok 200sztuk. W wypadkach/ katastrofach utracono 110 egzemplarzy oraz 37 pilotów. Można by więc rzec, ze na bogato im to wyszło Po drugiej wojnie światowej alianci zadomowili się trochę w obu Republikach i trzymali tam odrobinę sprzętu na wypadek jakiejś zadymy. Taka odrobinę sprzętu trzymał tam min RAF, który zgodnie z podziałem zadań w NATO miał się zająć misjami bombowymi przeciwko wojskom Układu Warszawskiego. A że Kanada to prawie dzielnica Londynu, to do tego typu misji załapali się lotnicy CAF (Kanadyjskie Siły Zbrojne). Do 1971 roku rolą kanadyjskich 104ek było konkretnie jedno zadanie - zrzut bomb atomowych.( B28, B43 i B57) I nic więcej. Wg niektórych źródeł nawet zabrano im Sidweindery i latały tylko z baniakami na naftę i bombowymi zasobnikami ćwiczebnymi. Po zmianie "doktryny uderzeniowej" samoloty zaczęły przenosić bomby konwencjonalne. Podsumowując wszystko do kupy: Lockheed CF 104, 1 Skrzydło Lotnictwa Taktycznego CAF, baza nr 110 Osnabruck , RFN, lata siedemdziesiąte XX w. Uzbrojenie ofensywne: bomby z napalmem - 2x BLU 27 i 1 x BLU 1
    6 punktów
  2. Model IŁ -10 przerobiony na prototyp myśliwca IŁ-1. Proces adaptacji do wersji myśliwskiej przedstawiłem w warsztacie. Chciałbym podziękować wszystkim którzy swoimi spostrzeżeniami i uwagami przyczynili się do powstania miniatury. Efekt końcowy.
    4 punkty
  3. 4 punkty
  4. Jeszcze zostały do zrobienia wszystkie anteny igłowice optoeektroniczne, wirniki, podwozie i drzwi przednie... całość od zera ?
    4 punkty
  5. Dzień dobry, Przedstawiam Wam mój pierwszy po ponad dwóch dekadach model - M-346 Master - wykonany przeze mnie jako Bielik w skali 1:48 z Kinetic Gold. Za czasów licealnych bawiłem się w budowanie modeli - wtedy zaczęły być dostępne na polskim rynku modele innych firm niż Plastyk czy Plasticart Modelle. Miałem 3 samoloty Monogramu: F-15 Eagle, AV-8B Harrier i F-117A Stealth - skala 1:48 przypadła mi do gustu. Malowałem wtedy farbami Humbrol początkowo pędzlami, a potem aerografem firmy Revell na gaz pędny z puszki. Model M-346 malowany aerografem w większości farbami Mr.Hobby zarówno serii C jak i H. Użyłem także XF-2 firmy Tamiya do elementów podwozia i wlotów do silników. Trudno mi się na tym etapie mojego doświadczenia wypowiedzieć, czy model trudny i czy spasowany dobrze. Tu i ówdzie trzeba było użyć szpachlówki i większej dawki cierpliwości (na przykład: przy wlotach do silników, czy przy łączeniu przedniej części kadłuba, w której znajduje się kokpit z resztą). Washa skomponowałem sam z farb olejnych i white spirita, poza tym ćwiczyłem z panel linerami i weathering setami z Tamiyi. Model z pudła bez dodatków, dorobione przeze mnie na podstawie dostępnych zdjęć Bielika "to cóś" pod ogonem plus pomalowany na czarno panel na grzbiecie po prawej stronie przed statecznikiem pionowym oraz kilka przewodów. Z błędów, o których wiem, że popełniłem to: zbyt wiele warstw lakieru bezbarwnego błyszczącego spowodowało zalanie linii podziału, przez to nie chciał się ich trzymać wash; czasem walka z kalkomanią - zbyt długie ustawianie jej w odpowiednim miejscu, przez co się deformowała; i pewnie niekiedy zbyt duży pośpiech. To ostatnie podyktowane w dużej mierze tym, że jak już mogę poświęcić czas na model, to chcę zrobić jak najwięcej. Jest to mój powrót do hobby i jestem całkiem zielony w kwestiach preshadingów, washy, weatheringów, chippingów i innych, nowych dla mnie technik, więc potraktowałem ten model jako swoisty poligon treningowy. Starałem się, jednak chyba nie będę należał do tych, którzy przysłowiowo liczą każdy nit. Mi efekt mojej pracy się podoba ale wiem też, że można lepiej. Mam nadzieję, że każdy następny będzie lepszy. Zapraszam do oglądania i oceniania. Pozdrawiam
    3 punkty
  6. Pomyślałem, że może kogoś zainteresuje opis modelu w postaci tak zwanej rysy histerycznej (tyle że nie zassanej z Wikipedii). Mam wrażenie, że większość modelarzy mocno kręci wielka lufa i te najmarniej ze dwie setki metrów po pokładzie (wbrew opinii, że wielkość nie ma znaczenia) a tu w galerii wylądowała taka mocno niepozorna kaczka, bardziej podobna do rybackiego kutra niż rasowego okrętu. Tymczasem dla mnie budowa korwety okazała się fascynującym odkrywaniem tajników jej konstrukcji, założeń taktycznych które ją kształtowały i ograniczeń z którymi przychodziło się mierzyć jej projektantom. Może ta historia zainteresuje również kogoś z Was? HMCS Collingwood - wczesny przedstawiciel korwet typu Flower. Taki bidak, że nawet broni p-lot chyba nie dostał, miotacze bomb głębinowych też zaledwie będą pewnie dwa. Tym niemniej, w czasie wojny jednostki tej klasy były często modyfikowane i modernizowane. Dobrze znana korwety Flower nie była projektowane z myślą o roli, jaka przypadła im w udziale. W założeniu przybrzeżne eskortowce musiały jednak na swoje barki (wręgi?) wziąć ciężar zmagań w bitwie o Atlantyk. Ich niedomagania szybko wyszły na jaw - wielu z nich nie dało się usunąć mimo wprowadzanych na bieżąco modyfikacji okrętów. Mówiąc wprost: na ocean były zbyt małe. Były bardzo ciasne i zatłoczone (zwłaszcza, że liczebność ich załóg wciąż rosła), miały także niewielki zasięg. Przede wszystkim jednak były bardzo chybotliwe z bardzo szybką „nerwową i głęboką” charakterystyką przechyłów. Powyżej 4 stopni w skali Beauforta załogi masowo cierpiały na chorobę morską, co zmniejszało ich efektywność, iluzoryczna była też skuteczność ASDICu oraz miotaczy bomb głębinowych. Mawiano, że korwety kołysałyby się stojąc na trawie i że zachowują się w wodzie jak korek. Pod koniec 1942 r. Admiralicja opracowała kolejną generację eskortowców – mających zastąpić „kwiatki” i większe fregaty typu River. W nowych konstrukcjach wdrażano wnioski z użytkowania ich poprzedników, ale i dostosowywano je do produkcji masowej (korzystanie z prefabrykowanych i zunifikowanych części i podzespołów, wytwarzanych często przez oddalone od siebie zakłady spoza przemysłu stoczniowego). Ponieważ wiele mniejszych stoczni nie było w stanie budować fregat, zdecydowano o kontynuacji produkcji korwet. Projekt zmodyfikowano znacznie głębiej, niż w przypadku fregat River i ich następców typu Loch. Chciałbym na przykładzie modelu zaprezentować Wam co ciekawsze smaczki konstrukcyjne. HMCS Copper Cliff Ogólny układ był zbliżony do starszych korwet. Zachowano napęd który sprawdził się w innych eskortowcach – tłokową maszynę parową. Od dawna nie stosowano jej na rasowych okrętach wojennych, ale była łatwa w produkcji oraz w obsłudze, zwłaszcza dla służących wcześniej na cywilnych statkach marynarzy i oficerów z ochotniczej rezerwy. Osiągana prędkość ok. 17 węzłów nie zachwycała, ale z reguły wystarczała w konwojowej rutynie. Niedomiar mocy natomiast dawał się odczuć w często w warunkach sztormowych. Nowy projekt był dłuższy o ok. 12 metrów dłuższy (77 m.) i o metr szerszy (11m.) od korwet Flower, rufa i dziób zostały bardziej wyniesione ku górze. Zmiany znacząco poprawiły zachowanie na fali oraz charakterystyki kołysania, choć niedoścignione w trudnych warunkach były wciąż fregaty. Dłuższy pokład dziobowy i wysoka wolna burta pozwalały na zabudowę większej ilości pomieszczeń i poprawiły komfort pracy załogi. Znacznie powiększył się zasięg: z 4600 mil morskich do 7500. Zaczynając od dziobu, warto zwrócić uwagę na uzbrojenie. Tu chyba nastąpiła największa zmiana. Zamiast dotychczas obecnego na korwetach „jeża” (miotacz pocisków kontaktowych typu Hedgehog), użyto jego konkurenta - Squida który wyrzucał na odległość 250 metrów przed dziobem trzy dwustukilogramowe pociski. Bomby głebinowe zanurzając się, tworzyły kształt trójkąta o boku 40 metrów który miał obramować zanurzony okręt. O nastawach głębokości detonacji i momencie ich odpalenia automatycznie decydował Asdic. Była to na tyle skuteczna broń (zastosowana także na fregatach typu Loch, które zabierały dwa egzemplarze „kałamarnic”), że znacznie zredukowano zapas klasycznych bomb głębinowych. Pozostawiono zaledwie jedną zrzutnię rufową i dwa miotacze burtowe, co zwiększyło ilość miejsca na pokładzie rufowym. Broń zamontowano na dziobowej nadbudówce, gdzie była mniej zalewana falami niż umieszczone niżej i bliżej dziobu działo. Decyzja ta spotkała się z oporem konserwatywnych sztabowców, przywiązanych do idei walki artyleryjskiej, ale okazała się słuszna. Działo miało ten sam kaliber (102 mm), co na wcześniejszych korwetach, było jednak konstrukcją nową (poprzednie, Mark VI opracowano w latach I wojny światowej). Typ XIX miał większy kąt podniesienia lufy (60 stopni), co zwiększało zdolności przeciwlotnicze (dość teoretycznie – brakowało systemu celowania) i pozwalało wystrzeliwać flary oświetlające („snowflakes”). Ustawiono je na podwyższonej platformie, która ograniczała ilość wdzierającej się na stanowisko wody, a także umożliwiała prowadzenie ognia na ujemnych kątach podniesienia lufy (ważne w przypadku niskich i wynurzających się blisko U-bootów). To nie wszystko – w czasie nawodnych walk z U-bootami stwierdzono, że kierowany do nich ogień artyleryjski był nieskuteczny. Pociski nie były w stanie przebić twardej stali ciśnieniowych kadłubów, łatwo rykoszetowały na obłych powierzchniach. Dlatego opracowano specjalny, ciężki pocisk, nazwany Rekinem (Shark). Wystrzelony, miał uderzać pancerz U-boota poniżej linii wodnej i tam go przebijać. Próby były obiecujące, każdej jednostce przydzielono zapas takich pocisków, ale nigdy nie było potrzeby wykorzystać ich w boju. Specyficzną, bardzo „brytyjską” cechą był układ mostku. Na początku wojny większość kontaktów z przeciwnikiem nawiązywano w czasie obserwacji wzrokowej. Podczas ataku lotniczego krytyczny był też czas reakcji i współpraca między członkami załogi. Stąd idea otwartej, obszernej i szerokiej platformy o jak największym polu obserwacji i polu ostrzału dla przeciwlotniczych Oerlikonów. Również stanowiska specjalistów od broni elektronicznych – asdicu, radionamiernika były usytuowane nieopodal (wnęki w przedniej części mostka i charakterystyczna „budka”). Oczywiście ceną były warunki pracy obsady stanowiska. Osłony w postaci niskich szyb i charakterystycznych rozpraszaczy bryzgów i wiatru (żeberka dookoła pomostu) były dość iluzorycznym zabezpieczeniem przed warunkami panującymi na oceanie i samopoczucie załóg schodzących po sztormowej wachcie musiało być często nie do pozazdroszczenia… Mam też wrażenie, że cała koncepcja była jeszcze jednym z wielu objawów przywiązania konserwatywnej Royal Navy do "starych, dobrych czasów" obserwacji wzrokowej z pokładu rufowego - do szczęścia brakowało tylko piramidy żagli i trzech rzędów dział pod stopami... Żarty na bok, również Amerykanie docenili podejście wyspiarzy, stosując podobny układ na niszczycielach eskortowych. Wraz z pojawieniem się coraz większej ilości elektroniki, pojawił się problem gdzie i jak to wszystko upchnąć? Odpowiedzią były kratownicowe maszty, odpowiednio stabilne aby mogły to wszystko udźwignąć. A im wyżej zlokalizowane były wszelkie anteny, tym miały z reguły większy zasięg. Od dołu: dwie anteny systemu identyfikacji swój–obcy, radar oraz radionamiernik zwany Huff -Duff (brakuje na końcówkach rei anten UKF komunikacji miedzyokrętowej). Co ciekawe, namiernik HF/DF uznano za jedną z najważniejszych broni dla zwycięstwa w Bitwie o Atlantyk, obok radaru i łamania szyfrów Enigmy. Kluczowe dla praktycznego wdrożenia nowoczesnej technologii było opracowanie innowacyjnego projektu anteny przez Wacława Struszyńskiego - polskiego inżyniera, absolwenta Politechniki Warszawskiej. https://en.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_Struszy%C5%84ski Ot, ciekawostka: w pewnym momencie mądrale z Admiralicji orzekły, że pionowy komin utrudnia określenie kierunku poruszania się jednostek. Więc wprowadzono pionowe kominy. Przy okazji: widać też przewód z kambuza prowadzący przez komin główny. A za nim - zbiornik na wodę chyba z odpowietrzeniem. Intrygujący był też maszt który jednocześnie pełnił funkcję dźwigu - żurawika (do amunicji p-lot?). I jak tu takiego nie odtworzyć?... Jeszcze kilka zbliżeń na rufę. Ustawienia magazynków do Oerlikonów to temat na oddzielne studium. Fascynujące, było kilka wariantów. Copper Clif na platformie z p-lotkami miał jeszcze dodatkowo wsadzony kompas czy też namiernik. Czort raczy wiedzieć po co... Przy sobocie po robocie.. Moje ulubione: schowki na pyrki i inne warzywa, a poza tym przynajmniej na jednym zdjęciu widać choć trochę dorobione świetliki nad maszynownią ;-)... *** To już koniec spaceru po korwecie. Jeśli macie jakieś pytanie, lub uwagi (np. użycia przeze mnie fachowych terminów), to zapraszam serdecznie do ich zgłaszania. Zastanawiam się tylko, czy na forum jest zapotrzebowanie na tego typu materiały? Ich przygotowanie jest mocno czasochłonne, a i na przeczytanie należy znaleźć czas odpowiadający raczej lekturze artykułu w czasopiśmie. Być może zwykła prezentacja kilku fotografii jest dla Was równie użyteczna a niniejszy wpis to po prostu TLTR…
    3 punkty
  7. Nie wiem, czy nie wyszedł za mały???
    3 punkty
  8. Krążki przeszlifowane. Odnośnie kleju test zrobiłem - pęka. Choć to moim zdaniem nie wina kleju a samego plastiku. Klej działa tutaj jak nóź osłabiając strukturę plastiku i wewnętrzne naprężenia robią swoje. W którymś warsztacie widziałem metodę gięcia hipsu w gorącej wodzie, może warto tego spróbować? Dzisiejszy dzień poświęciłem na dokończenie i pomalowanie wnętrza. Na zdjęciach wygląda to dość niechlujnie ale na żywo wyszło bardzo fajnie. Pomalowałem całość ciemnoszarą Tamiyą, dodałem rozjaśnienia suchym pędzlem i wymalowałem detale farbami Vallejo. Cała konstrukcja wewnętrzna została pomalowana bardzo jasnym szarym ponieważ chciałem żeby wyglądała jak oświetlona mocnym światłem słonecznym. Dzięki bardzo kontrastowej kolorystyce jest też bardzo dobrze widoczna w ciemnościach kadłuba. Wywaliłem też stoliczek z tylnej części kadłuba, bo gdzieś mi nie leżał. Wnętrze z lampką świecącą prosto do środka: I przy normalnym oświetleniu.
    3 punkty
  9. Witam, Jakiś czas temu znalazłem dosyć fajne malowanie do nowego eduardowego Fokkera. Model przedstawia maszynę W. Scheutzela na której wymalowano motyw ze staroniemieckiej baśni- O siedmiu Szwabach. Stąd taki trochę baśniowy Fokker.
    2 punkty
  10. Fajnie że spytałeś, bo to ciekawy temat. Zacznijmy nieco dygresyjnie i facecyjnie. Jak się to często w przypadku kamuflaży zdarza, w sprawie swój pędzel swoje palce maczał pewien malarz co się zwał Peter Scott a któren to jegomość służył w 1940 na niszczycielu HMS Broke. Jak na rasowego angielskiego artystę przystało była to nielada jaka osobowość: poza zainteresowaniem pędzlem frapowały go ptaki, albowiem jako ornitolog był ich miłośnikiem. To znaczy, będąc pacholęciem na nie polował, a jak już dojrzał i zmądrzał - to wręcz przeciwnie. Był też sportowcem (taki eufemizm określający myśliwego ale i zdarzyło mu się zdobyć brązowy medal na olimpiadzie w Berlinie w żeglarstwie i inne) oraz synem. Oczywiście rodziców miał nietuzinkowych: jego osobisty papa był samym nieszczęsnym Robertem Scottem któren to nieszczęśliwie ale heroicznie sczezł (cóż innego pozostaje pokonanemu - i to przez Norwega! - Brytyjczykowi?) pod biegunem południowym, zaś mama - to już pewnie sami zgadniecie - była wybitną rzeźbiarką. Nie może więc dziwić, że syn w wolnych chwilach mędrkował na temat malowań okrętów. Zwłaszcza, że panowało ogólne przekonanie, że dotychczasowe w ogóle nie działają. W tej sytuacji jego przełożeni mogli go albo dociążyć zadaniami (jak to na porządnych przełożonych przystało), albo zacząć słuchać. Wobec faktu że tak zacnego gentlemana zlać tak wprost nie wypada, wybrali to drugie, z całkiem korzystnym dla siebie i pomyślności Zjednoczonego Królestwa skutkiem. Tzw. podśmie...ujki na bok, podkreślam ten fakt, bo to częsty przypadek, że właśnie artyści ze swoim wyczuciem kolorów, umiejętnością odwzorowania natury na płaskim etc. miewali ciekawe (i skuteczne!) pomysły w kwestiach maskowania. Na początku ekscentryczne idee naszego ptakoluba (na starość to już tak całkiem na ostro i poważnie, na równi z Davidem Attenborough, za co się należy wielki szaconek jak i pomnik któren mu post mortem wystawiono) wdrożono na jednostce na której pływał. Ponieważ nikt nie wiedział, jak w praktyce zadziałają założenia omnitalentnego Mr. Scotta, obie burty niszczyciela zostały pomalowane w kompletnie odmienny sposób. Ale każda miała duże fragmenty białego, zwłaszcza w mocniej zacienionych miejscach (żeby cienie właśnie porozjaśniać). HMS Broke w 1942 r. Słuszność założeń potwierdziła się w dość niecodzienny sposób (choć czytelnik tej powiastki chyba już przestał się dziwić czemukolwiek) - a więc potwierdziła się (chciałoby się rzec: dobitnie!) w połowie 1941 kiedy to w słabych warunkach pogodowych HMS Broke został zdefasonowany przez niszczyciel HMS Verity ( i znów można by NIEzażartować: Broke's bow was almost broken ?). Nietrudno się domyślić, że w czasie sądowego postępowania taranujący kapitan tłumaczył, że nie był w stanie dostrzec bratniej jednostki... Po kilku miesiącach nawet członkowie parlamentu zainteresowali się szokującymi praktykami malarskimi na okrętach Jego Królewskiej Mości, dopytując czy Admiralicja jest ich świadoma i jak długo zamierza tolerować ten preceder?... W tym czasie artyści już się zwąchali z naukowcami i innymi tego typu indywiduami. Jak tego rodzaju gremia mają w zwyczaju, zamiast zabrać się do poważnej roboty, ci zaczęli się zabawiać (i to na pewno nie za swoje piniondze, i to jeszcze pewnie płatne - o zgrozo! - w twardych dewizach, w funtach!). Zabawiali się w dodatku w basenie modelami, oświetlając je teatralnymi lampami w różny sposób. Potem nastąpiły te smutne i trudne chwile w życiu każdego naukowca, że trzeba było przerwać zabawę w najlepszym momencie, przysiąść na czterech literach i spisać wnioski. A te były następujące (mniej więcej). Po pierwsze primo - na północnym Atlantyku występuje wyjątkowo dużo mgieł, zachmurzenia, a zimą opadów śniegu . Po drugie primo (co chyba mniej oczywiste dla czytelnika): nocą okręty zwykle są ciemniejsze od otoczenia. Ergo - najlepiej malować je na biało. Całe. Zwłaszcza płasczyzny, które mogłyby podkreślać cienie: wszystkie spody dział, żurawików, platform. No i jeszcze linię wodną też zamalowywać. No ewentualnie, żeby rozbić ich sylwetkę, stosować dodatkowo blade plamy niebieskie i zielone. Ale to tak opcjonalnie, to było takie typowe dla naukowców "można to rozumieć tak ale można też inaczej". Byli natomiast zgodni, że taki biały pływający bałwan może być szokiem dla własnych załóg, więc żeby im morale nie spadało, to niech już sobie pacykują dodatkowo jakieś zielenie i szarawae błękity. Próby na morzu dowiodły słuszności koncepcji. Podobno raportowano nawet trudności z wzajemnym dostrzeganiem się okrętów eskorty. A wszystko to było pomyślane nie tyle nawet jako kamuflaż obronny, ale ofensywny - taki, który nocą pozwalał dojść maksymalnie blisko U-boota który na powierzchni ładował akumulatory lub zbliżał się do ataku. Oczywiście w myśl starej zasady Royal Navy "Engage enemy more closely"! (mniej więcej za mi. : Alan Raven, https://www.shipcamouflage.com/3_3.htm i jednak wikipedia) Uzbrojeni w tego rodzaju wnioski kostyczni lordowie z Admiralicji prawdopodobnie tym razem bez skrupułów zlali swoich tapirowanych kolegów z Westminster Palace... Ogólnie takie mieszanki kolorów (biały + jasna zieleń + jasnoniebieski) były od połowy roku 1941 charakterystyczne dla eskortowców na północnym Atlantyku - niszczycieli i mniejszych jednostek. Nawet nazywały się one kamuflażami Western Approaches (obszar miej więcej od zachodnich wybrzeży W. Brytanii do Islandii). Dodatkowo , fikuśne plamy innych kolorów miały rozbijać sylwetkę okrętu. Wspólne było to, że dużo białego było na dziobie - po to by móc podejść U-boota jak najbliżej (engage enemy more closly!) Na marginesie: wówczas białe również stały się spody i boki przeciwpodwodnych samolotów Coastal Command. Slup klasy Black Swan: fregata typu River: korweta klasy Flower, HMCS Regina: Kanadyjski niszczyciel HMCS Restigtouche: I teraz mogę odnieść się bezpośrednio do pytania o kamuflaż z falą: Otóż wojenne latka leciały, a wraz z nimi zmieniała się sytuacja. Angole, Kanadyjczycy i Jankesi zapamiętale pacykowali swoje balie, ale zaczęli kręcić nosami. Jedni jednak nie mogli się oswoić z osobliwym "outfitem" okrętów (i to w sytuacji gdy na początku wojny sporo jednostek w Royal Navy pomalowali sobie na RÓŻOWO! - no może różowawo...), inni mówili, że cała ta maskarada ze stosowaniem skomplikowanych i znormalizowanych szablonów, kilku odcieni farb, jest nie warta zachodu. Dlaczego? No bo zagrożenie ze strony okrętów podwodnych spadło i częściej siedziały one pod powierzchnią niż próbowały ataków z wynurzenia (jak to było wcześniej) No bo coraz skuteczniejszy radar i inne bronie jakoby spowodowały, że kwestia dobrego ukrycia okrętów nie była już taka ważna. Poza tym: jaki pożytek z malowania okrętu na biało, chowania go, był, kiedy po kilku rejsach potrafił wyglądać tak: albo tak: Względnie tak: UWAGA nr 1: Kochani czołgiści, zostawcie te swoje karaczany i jeśli lubicie PRAWDZIWY weathering, zabierzcie się za okręty. Jak widzicie, czołgi wcale się nie brudzą ? Dygresja nr 1: Z problemem rdzewienia kadłubów borykali się zwłaszcza Kanadyjczycy na okrętach swojej produkcji. Wobec ogromnego zapotrzebowania na korwety nie stosowali wszystkich wymaganych procedur (pickling) które miały usunąć osad (mill scale/grime?) z walcowanych płyt stali. Więc nie to, że słaba dyscyplina, że nie pucowali, nie malowali (co zarzucali im oficerowie brytyjscy), ale po prostu wojenny pośpiech. Ale temat Kanadyjczyków - jakże wdzięczny - to już chyba przy innym modelu. A my się możemy cieszyć, że tak pieknie im się to wszystko syfiło i możemy to wszystko odtwarzać na modelach. KONTYNUUJEMY WĄTEK ZASADNICZY: Stosunkowo szybko zrezygnowano z zieleni (podobno występował deficyt zielonego pigmentu), zostając przy gustownych błękitkach. No i oczywiście bieli - niektóry kapitanowie, decydowali się na malowanie okrętów po prostu w całości na biało - zwłaszcza w sezonie zimowym: Przede wszystkim jednak wymyślne kamuflaże uległy uproszczeniu jeśli chodzi o układ plam. Admiralicja zastosowała zasadę złotego środka - został biały i niebieski, zostało kamuflowanie, ale wdrożono schematy uproszczone. Od 1944 dużo okrętów jest malowanych w kamuflaż "z falką" albo "z belką". Przy okazji, na koniec powtórzę (jeśli ktoś nie czytał całości) - warto zwrócić uwagę na to że często okręty mają maszty i instalacje umieszczone na nich malowane na ciemno. mimo jasnej reszty). Korweta typu Castle - HMCS Arnprior: I to tyle w dużym skrócie i uproszczeniu... I na dobranoc kilka klimatycznych fotek pokazujących oceaniczny warun. W roli głównej (tym razem) Pacyfik, w pozostałych: australijska fregata typu River HMAS Macquarie i jej załoga: A także: dlaczego lepiej mieć wysoką wolną burtę i niszczyciele nie były w tym najlepsze (na śródokręciu musiały mieć niższe burty ze względu na wyrzutnie torped) -
    2 punkty
  11. Fajny model się szykuje, sam chcę zrobić chemika z rurami do zadymiania tylko się jakoś zabrać nie mogę. Ale dalej z uporem maniaka będę pisał o przedłużeniu zbiornika paliwa, aby jak na załączonym zdjęciu sięgał aż do drzwi... (tu akurat wersja RL).
    2 punkty
  12. Kolega pogrzebie dokładnie w tym temacie (tak na sam koniec)
    2 punkty
  13. "Ławica śledzi" liczy w tej chwili dziewięć sztuk i jak osiągnie pełny stan etatowy zostanie zaprezentowana publicznie
    2 punkty
  14. Ostro Grzesiu pojechałeś. Po takiej deklaracji to chyba będziesz Zbyszkowi fundował głowice wirnika Mała przymiarka jak ma się wnętrze do okien: Mam nadzieję, że coś w tym tygodniu uda się wyskrobać i zamknąć kadłub. Ale to tak bliżej łykendu.
    2 punkty
  15. Pierwsze prace przy luku działka.
    2 punkty
  16. Cześć, na pejedynastce zaczyna zbierać się kurz więc można zacząć coś kolejnego. Znowu sięgnąłem po model z Army zadowolony jakością poprzedniego i tutaj niewielkie rozczarowanie. Nie wiem czy wszystkie egzemplarze tak mają, ale zauważyłem na wielu elementach przesunięcia formy, upierdliwe zwłaszcza na goleniach i łopatach śmigieł. Poza tym od razu po otwarciu oudełka rzuca się w oczy wielokrotnie wspominana pancerna osłona kabiny. Na szczęście Arma wypuściła odchudzoną wersję, którą zamówiłem. Zakupiłem wydanie expert więc tym razem mam do czynienia z większą ilość elementów fototrawionych. Cóż, challenge accepted :). Tym razem postanowiłem dodać coś od siebie, wnękę podwozia wzbogaciłem o dość charakterystyczną rurę, która przez Armę została pominięta. Następnie zabrałem się za kokpit: Na koniec pytanie do znawców tematu jeśli chodzi o malowanie. Z tego co wiem wcześne hurasie były w środku malowane przede wszystkim na srebrno. Na zielono panele nad kratownicą i płyta za fotelem, nie wiem tylko na jaki kolor pomalować panel przymocowany do kratownicy po lewej? Wydaje mi się że powinien mieć też kolor interior green. Jak widać większość elementów dostała już szary podkład. Na to pójdzie srebrny od hataki i na panele Interior green od pactry (taki mam, a nie chce kupować nowej farby na tak mały obszar). Niestety po malowaniu czeka mnie przymusowy przestój. Zamówiłem kilka rzeczy w sklepie Arma Hobby w tym drążek sterowy z żywicy i czekam na realizacje zamówienia już drugi tydzień... Także jeśli zależy wam na szybkiej realizacji zamówienia omijajcie ich sklep szerokim łukiem. Kontakt też jest tragiczny, na maila pisanego w zeszłym tygodniu dalej nie dostałem odpowiedzi. To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że kolejne zdjęcia wrzucę jeszcze w tym roku ?
    1 punkt
  17. Jako że warsztat Fiata zakończył się zrobieniem modelu trzeba odpalić następny.Model który bardzo rzadko gości na łamach forum.Już parę razy do niego podchodziłem i za każdym raze wracał do pudełka.Teraz mam nadzieję dotrwać do końca.Z dodatków to tylko tablica Yahu i zestaw pasów do PZL-i też Yahu.
    1 punkt
  18. Witam, pora na nowy projekt. Do modeli planuję dołączyć podstawkę. Do tematu podchodzę na luzie, główny cel to dalsza nauka robienia obić oraz zrobienie pierwszej dioramy. Na drugi model na razie czekam. Pozdrawiam.
    1 punkt
  19. Dawno mnie tu nie było Korzystając z rozpędu i przypływu weny, postanowiłem doprowadzić kolejnego wiatraka do szczęśliwego końca. Troszkę ponad rok temu, wziąłem na tapetę model pięknej maszyny. Dolphin to jeden z bardziej zgrabnych śmigłowców na świecie i równie powszechnie użytkowany. Piękny "czerwony" symbol U.S.C.G. Sam Coust Guard użytkuje te maszyny w kilku wariantach, mnie zainteresowała uzbrojona wersja MH-65C z bazy HITRON Maszyna ma kilka smaczków, które trzeba będzie stworzyć od podstaw. Do dyspozycji mamy tylko to co kiedyś wypuściła firma matchbox, i naiwnie przepakowała dodając "nowe" kalki firma Revell - niedużo Model może co najwyżej robić za bryłę kadłuba, nie ma nawet żadnych linii podziału, choć i to już dużo Tak wygląda zestaw, pewnie wszyscy widzieli już ten model, ale pokarzę bo mamy niewiele Ze swojej strony postarałem się o mały dodatek, co prawda nie ma do niego żadnych blaszek i trzeba będzie wszystko dziergać ręcznie, ale za to dostałem z za oceanu bodajże najlepsze kalki jakie są dostępne do tego modelu śmigłowca z firmy Fireball Modelworks dedykowane do wersji HH i MH Wyglądają tak Dorzucę jeszcze kilka fotek, by Ci co nie są w temacie śmigłowców, też mogli zobaczyć z czym będziemy się mierzyć w tym warsztacie Trzecie zdjęcie to wariant HH-65C ale chodziło o otwarty panel elektroniki I mały przegląd uzbrojenia MH-65C
    1 punkt
  20. Konkretnie przydomek "Latający czołg" nadali konstruktorzu Ił-owi-2, a piloci Luftwaffe "Betonowy samolot" lub "Cementowy bombowiec"
    1 punkt
  21. Nie zdziwiłbym się , może właśnie napisałeś najprawdziwszą prawdę. Abstra:bip:ąc od socjalizmu to wydaje się że ten IŁ miał solidne pierd...cie , znaczy potencjał.
    1 punkt
  22. Fajnie, ale niestety kolejny przykład niekonsekwencji: czemu nie ma śladów eksploatacyjnych na kalkach ?
    1 punkt
  23. bardzo fajnie wyszło to szarawe malowanie
    1 punkt
  24. Coś tam się dzieje. Czołg dostał oprysk podkładem tamkowym z puchy. Na wieży rozpocząłem tworzyć fakturę odlewu. Na chwilę obecną wygląda trochę słabo ale to dopiero początek.
    1 punkt
  25. Znowu baza... I znowu kolor. Skoro na Pattona trzeba coś zieleńszego to na naszego poszedł Olive Drab. Malunki na dziś zamknąłem lakierem błyszczącym. W rzeczywistości wydaje mi się że wpada w bardziej zielony odcień ale nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciach. Ogólnie wyszedł za ciemny. Będę musiał używać jasnych olei i w brudzeniu postawię na kurz.
    1 punkt
  26. Kolejne modele do gier. Tym razem Zvezdowe Jagdtigery. To moja pierwsza styczność ze Zvezdą, gdzies w tyle głowy było wrażenie, że to dziadostwo trochę, ale bardzo miło zostałem zaskoczony. Modeliki całkiem fajne, choć ten bezklejowy system montażu powoduje, że trudniej je przerobić, jako, że malowałem troche na akord, nic nie odcinałem i nie giąłem. Oczywiście wszystko podlane klejem po bożemu. Malowanie Migiem Ammo głównie, detale Vallejo, Kimera i Tamiya. PS - lufa się rusza w góre, w dół, na lewo i prawo, prawdziwe szaleństwo ;).
    1 punkt
  27. Zerkałem na warsztat. Bardzo ładnie wyszedł. Jedyna rzecz, na którą zwróciłem uwagę to wyprowadzenie połączenia kadłuba i wlotu powietrza na jego górnej części...
    1 punkt
  28. No wiesz, nie mogę tak prosto z mostu walnąć, że TAK, i owszem, jak najbardziej. Jeszcze spoczniesz na laurach i jakąś kichę odwalisz. Skończysz, dasz do galerii - to się wypowiem
    1 punkt
  29. Jak ty takimi łapskami sklejasz takie cuda Grzegorzu?
    1 punkt
  30. Kolejny "śledź" dołącza do Ławicy Śledzi" CF-104 Kanadyjskich Sił Zbrojnych galeria:
    1 punkt
  31. A w czym jest problem lepsza głowica wirnika niż przerabiany kadłub ? poza tym sam robisz hobby bossa
    1 punkt
  32. Tak, jak najbardziej. Węzeł podkadłubowy wchodzi pomiędzy komory podwozia głównego i z tego tez względu tył jest "opuszczony" i podwieszony zasobnik/bomba jest zadarta nosem do góry. Różne kąty doskonale widać na tych zdjęciach
    1 punkt
  33. Tradycyjnie już. Malowanie super, efekt końcowy na piątkę z plusem. P.S. Ten inny kąt zwisu zbiorników pod kadłubem i pod skrzydłami zamierzony?
    1 punkt
  34. Post pod postem, ale "worek" ma jakieś ograniczenia w ilości zdjęć więc jest jak jest Tradycja moich warsztatów jest to, ze zazwyczaj "puchną" w trakcie. Więc i tym razem nie może być inaczej. Epizod III "Sikająca żyrafa lub jak kto woli latający fiut" Jak wynika z tytułu będę dolepiał do końca Corsaira z HB A dlaczego wciskam go do warsztatu? Ano dla tego, ze będzie malowany tymi samymi kolorami/farbami co setka. Wg mnie powód ogromnej wagi i nie do podważenia Zdjęcie oryginału: czyli wszystko jasne. Kalki: Przepraszam za wyrażenie, ale oto przedmiotowy latający fiut: oraz sikająca zyrafa A model wygląda tak: I na dzisiaj to tyle
    1 punkt
  35. Bardzo fajnie wyszedł . Pachnie sowieckim prototypem . I bardzo ciekawa przeróbka .Inspirująca. mam ochote na coś takiego, a model w szafie leży ,-)
    1 punkt
  36. Prototyp Iljuszyn IŁ-1 w trakcie prób fabrycznych w maju 1944 r. Pilot testowy: Władimir Konstantinowicz Kokkinaki. Myśliwska wersja szturmowego IŁa-2 przeznaczona do zwalczania niemieckich bombowców czyli IŁ-2I (istriebitiel) nie była w stanie aktywnie walczyć z szybkimi bombowcami i myśliwcami wroga. W tym celu na przełomie 1942/43 roku zaprojektowano jednomiejscowy myśliwiec opancerzony IŁ-1 do operowania na niskich i średnich wysokościach o szacowanej maksymalnej prędkości lotu około 600 km/h i cechach manewrowych, które miały umożliwić walkę nawet z najnowszymi myśliwcami wroga Bf-109 G-2 i FW-190 A-4. Myśliwiec IŁ-1 został zaprojektowany w oparciu o nowy, chłodzony cieczą silnik AM-42 o mocy startowej 1471 kW (2000 KM), opracowany w Biurze Projektowym A.A. Mikulina. Silnik ten od maja 1943 r. testowano na eksperymentalnym samolocie bombowo-szturmowym IŁ-2 AM-42. Podobnie jak w IŁ-2I, pilot, silnik, układy chłodzenia i smarowania silnika oraz zbiorniki paliwa musiały być chronione pancerzem zabezpieczającym je przed zniszczeniem bronią obronną niemieckich bombowców. S.W. Iljuszyn nie był entuzjastą koncepcji myśliwca opancerzonego, dlatego projekt IŁ-1 został opracowany nie tylko dla zapewnienia określonych danych technicznych myśliwca, ale także możliwości jego wykorzystania w przyszłości jako szybkiego i zwrotnego samolotu szturmowego - późniejszego IŁ-10. Przy projektowaniu myśliwca IŁ-1 głównym zadaniem było zapewnienie jak najwyższej aerodynamicznej perfekcji samolotu. Osiągnięto to dzięki zastosowaniu na IŁ-1 nowego skrzydła ze zwiększonym obciążeniem powierzchni płata w porównaniu z IŁ-2I i odpowiednio mniejszą jego powierzchnią. Główną uwagę zwrócono na poprawę kształtu pancernego kadłuba bez nadmiernego komplikowania technologii jego wykonania. Osiągnięto to dzięki nowemu rozmieszczeniu chłodnic wody i oleju w układach chłodzenia i smarowania silnika, które zostały w całości umieszczone w pancernym kadłubie za przednim dźwigarem sekcji środkowej płata. Dla IŁ-1 opracowano oryginalny system chowania podwozia głównego samolotu - do tyłu z obracaniem kół podczas chowania o 86 stopni, co pozwoliło znacznie zmniejszyć opór środkowej części płata i opór owiewek podwozia w porównaniu do IŁ-2I. Tylne koło również było chowane. Dmuchanie modeli IŁ-1 w tunelach aerodynamicznych CAGI potwierdziło wysoką aerodynamiczną doskonałość nowego samolotu: jego opór przy maksymalnej prędkości był około 1,3 razy mniejszy niż w przypadku IŁ-2I. Myśliwiec IŁ-1 miał metalowe skrzydło i ogon oraz drewnianą część ogonową kadłuba. Jego uzbrojenie składało się z dwóch działek WJa kal. 23 mm, zamontowanych w skrzydłach poza strefą obrotu śmigła, na specjalnych stalowych mocowaniach. Każda broń posiadała 150 sztuk amunicji. Aby chronić ogon samolotu przed atakami myśliwców wroga, w tylnej części kadłuba zainstalowano kasetę, w której umieszczono 10 granatów lotniczych AG-2. Po zrzuceniu granaty te najpierw spadły na spadochronie, a następnie eksplodowały, uderzając w atakujący samolot wroga. Myśliwiec IŁ-1 nie posiadał uzbrojenia bombowego, ale w razie potrzeby mógł unieść 200 kg bomb na zewnętrznych zamkach. 19 maja 1944 roku pilot testowy W.K. Kokkinaki wykonał pierwszy lot myśliwcem IŁ-1. Podczas fabrycznych prób w locie na samolocie IŁ-1 o masie 5320 kg, osiągnięto maksymalną prędkość lotu poziomego 580 km/h na wysokości 3260 m. Pod względem charakterystyk prędkości w zakresie wysokości od ziemi do 4000 m opancerzony myśliwiec IŁ-1 znacznie przewyższał powszechnie używany w Luftwaffe myśliwiec FW-190 A-4 i praktycznie nie ustępował Bf-109 G-2. Według oceny W.K. Kokkinaki myśliwiec IŁ-1 wykonywał wszystkie akrobacje łagodnie i łatwo. Samolot wykonał pełny obrót w płaszczyźnie poziomej na wysokości 1000 m w 20 s, zaś myśliwiec Bf-109 G-2 w 22- 23 s. Niestety, w połowie 1944 r. lotnictwo radzieckie posiadało już taką przewagę powietrzną nad przeciwnikiem, że zniknęła potrzeba posiadania samolotu bojowego tego typu, wobec czego IŁ-1 nie został przekazany do testów państwowych i prawdopodobnie został wykorzystany przy próbach IŁa-10.
    1 punkt
  37. Witajcie, Widzę, że bezpośrednie osadzanie linków działa, więc zrobię to w ten sposób. Na początek zdjęcia z poprzedniego posta: Tak wyglądał kadłub i gąsienice po pierwszym etapie brudzenia. Potem doszło troszkę kolorków z zestawu Lifecolor: Trochę brudu zrobiłem malując zacieki, trochę napstrykałem z pędzla, trochę po prostu położyłem jako mgiełkę z aerografu. Tak sobie eksperymentowałem z suchym błotem i kurzem. Pozdrowienia!
    1 punkt
  38. F-14A Tomcat VF-21 Freelancers. Model Trumpeter w skali 1:32 oczywiście wykonany prosto z pudła jedyne dodatek to kalki. Zestaw dobrze znany wszystkim napisano wiele na temat jego wad i błędów merytorycznych. Pomijając te wady model dość łatwy w budowie. A sam model F-14 zawsze robi wrażenie w skali 1:32 więc ogólnie polecam ten zestaw.
    1 punkt
  39. Po okresie wakacyjnym czas wrócić do warsztatu, nie wiele się zmieniło od ostatniego posta, ale myślę, że na tym etapie, można już położyć podkład i zacząć nakładać właściwe kolory kamuflażu, który jednak będzie trójbarwny i użyję farb różnych producentów, które będą najbliżej kolorów z palety brytyjskiej floty tj. MS4A, MS2, i 507C. Z tego co widziałem na filmach z okrętu muzeum to cały pokład jest ciemno-szary lub czarno-szary i być może użyję tamkowego german grey. Resztę drobnych elementów dodam po pomalowaniu, gdyż mogły by odpaść w trakcie dalszych prac.
    1 punkt
  40. Witam Dziś, zgodnie z obietnicą coś na poprawę trawienia po śledziach czyli "setka" lub jak kto woli "The Hun" Model w 96% zrobiony prosto z pudła pozostałe 4% to: 1% - rurka pitota wytoczona przez Mastera 1% - bomby M117 od Edka 1% - sonda do tankowania - wyrób własny z drutu 1% - końcówka sondy do tankowania wytoczona przez Mastera Malowany Gunziakami C, H i Pactrą Sumując wszystko do kupy: North American F-100D Super Sabre. 481 Skrzydło Lotnictwa Taktycznego USAF, lotnisko Tan Son Nhut, Wietnam Południowy 1966/67r. Jak by fotki były słabe to alarmować i pisać, spróbuję zrobić powtórkę przy innym oświetleniu Aha, jeszcze preorder na 23.08
    1 punkt
  41. W sobotę na żywo obejrzałem sobie ostatnie 4 modele zamieszczone w galeriach: Phantom, F 100D, 2-ie F104. F100 robi największe wrażenie. Za zgodą autora zamieszczę parę zdjęć. Kto spostrzegawczy, to zobaczy jeszcze jakie modele być może wkrótce zagoszczą w galerii. Zdjęcia robione telefonem, więc mi tu nie marudzić, tylko cieszyć oczy i zazdrościć , że ja widziałem je na żywo.
    1 punkt
  42. Nadejszła wiekopomna chwila - skończyłem i poddaję pod osąd. O modelu już wystarczająco dużo napisano więc oszczędzę wam elaboratu :-) Ogólnie jak to w każdym modelu jest kilka rzeczy, które można było zrobić lepiej, ale na dzień dzisiejszy na tyle mnie stać. Może jeszcze coś poprawię przed Bytomiem ale na razie emocjoalnie jestem już zaangażowany w Tomcata więc jest jak jest. Czyli tak:
    1 punkt
  43. No to pięknie, że będzie...doczytałem ale specjalnie zapytałem ? mój wiatrak ma się dobrze ale dołączy do niego niebawem drugi z Fuerza Aerea Sandinista muszę tylko dorwać kogoś w pobliżu z drukarką bo moja nie robi "białego" na kalkach a muszę je druknąć bo się boję o te staruszki z esci, które dostałem od Pawła a i mam kilka innych do druknięcia. A teraz rozgrzebałem TB-3 i się męczę ze skrzydłami...ale spoko myślę , że oliwkowa łania będzie wznowiona i do końca maja to już będzie wystawowa choć ja nie pootwieram maksymalnie bo nie lubię takich rzeźnickich rozbebechów
    1 punkt
  44. Jezeli podczebujesz jakiegosz materialu (walkaround, Flight manual, ..), moge pszeslac.
    1 punkt
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.