Ranking
-
uwzględniając wszystkie działy
- We wszystkich działach
- Wpisy na blogu
- Komentarze w blogu
- Wydarzenia
- Komentarze do wydarzeń
- Opinie o wydarzeniu
- Pliki
- Komentarze do plików
- Opinie o pliku
- Grafiki
- Komentarze do grafik
- Opinie o grafice
- Albumy
- Komentarze w albumach
- Recenzje albumów
- Tematy
- Odpowiedzi
- Aktualizacje statusu
- Odpowiedzi na komentarze
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
10 Listopada 2018 - 30 Marca 2026
-
Rok
30 Marca 2025 - 30 Marca 2026
-
Miesiąc
2 Marca 2026 - 30 Marca 2026
-
Tydzień
23 Marca 2026 - 30 Marca 2026
-
Dzisiaj
30 Marca 2026
-
Wprowadź datę
22.09.2020 - 22.09.2020
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 22.09.2020 uwzględniając wszystkie działy
-
Wstępna bryła wnęki działka jest już zrobiona, co pokazałem powyżej, więc ostatnie dwa wieczory poświęciłem na zrobienie lokatora tego luku. Tak powstała moja miniatura Vulcana. Jak na tą skalę to wyszedł mi całkiem nieźle. Tego samego nie mogę powiedzieć o prowadnicy doprowadzającej amunicję. Moja wersja odbiega raczej mocno, lub jak kto woli jest mocno uproszczona w stosunku do oryginału. W Tomcatcie prowadnica ta ma przestrzenny i skomplikowany kształt i w mojej ocenie jest prawie niemożliwe wykonanie jej w skali 1/72. Na koniec przymiarka do luku.6 punktów
-
Jest sobie takie coś jak bra bitewna X-Wing. I ja sobie czasami maluje te stateczki w różne kombinacje kamuflaży. Kiedyś też popełniłem różową wersję X-Winga Hello Kitty A wszystkie moje prace są tutaj: https://www.facebook.com/RepaintRoom/6 punktów
-
Dołączam do widowni. Po prostu złożyłeś ofiarę Podłogowemu Potworowi. A jak mówi stare porzekadło: "Nigdy nie stawaj między Podłogowym Potworem, a jego ofiarą".4 punkty
-
3 punkty
-
Przyszła jesień to i pora wkleić galerię "klonowego śledzia" Czyli kolejny śledzik dołącza do "Ławicy.......". Dziś jest to wersja CF czyli licencyjny wyrób kanadyjski. W sumie Kanadyjczycy wyprodukowali tego ok 200sztuk. W wypadkach/ katastrofach utracono 110 egzemplarzy oraz 37 pilotów. Można by więc rzec, ze na bogato im to wyszło Po drugiej wojnie światowej alianci zadomowili się trochę w obu Republikach i trzymali tam odrobinę sprzętu na wypadek jakiejś zadymy. Taka odrobinę sprzętu trzymał tam min RAF, który zgodnie z podziałem zadań w NATO miał się zająć misjami bombowymi przeciwko wojskom Układu Warszawskiego. A że Kanada to prawie dzielnica Londynu, to do tego typu misji załapali się lotnicy CAF (Kanadyjskie Siły Zbrojne). Do 1971 roku rolą kanadyjskich 104ek było konkretnie jedno zadanie - zrzut bomb atomowych.( B28, B43 i B57) I nic więcej. Wg niektórych źródeł nawet zabrano im Sidweindery i latały tylko z baniakami na naftę i bombowymi zasobnikami ćwiczebnymi. Po zmianie "doktryny uderzeniowej" samoloty zaczęły przenosić bomby konwencjonalne. Podsumowując wszystko do kupy: Lockheed CF 104, 1 Skrzydło Lotnictwa Taktycznego CAF, baza nr 110 Osnabruck , RFN, lata siedemdziesiąte XX w. Uzbrojenie ofensywne: bomby z napalmem - 2x BLU 27 i 1 x BLU 13 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
2 punkty
-
Rajstopa na rurę od odkurzacza i jeżeli część jest na podłodze, odkurzacz powinien ją wyssać z jej zakamarków. Ile części tak znalazłem, nie zliczę.2 punkty
-
Krążki przeszlifowane. Odnośnie kleju test zrobiłem - pęka. Choć to moim zdaniem nie wina kleju a samego plastiku. Klej działa tutaj jak nóź osłabiając strukturę plastiku i wewnętrzne naprężenia robią swoje. W którymś warsztacie widziałem metodę gięcia hipsu w gorącej wodzie, może warto tego spróbować? Dzisiejszy dzień poświęciłem na dokończenie i pomalowanie wnętrza. Na zdjęciach wygląda to dość niechlujnie ale na żywo wyszło bardzo fajnie. Pomalowałem całość ciemnoszarą Tamiyą, dodałem rozjaśnienia suchym pędzlem i wymalowałem detale farbami Vallejo. Cała konstrukcja wewnętrzna została pomalowana bardzo jasnym szarym ponieważ chciałem żeby wyglądała jak oświetlona mocnym światłem słonecznym. Dzięki bardzo kontrastowej kolorystyce jest też bardzo dobrze widoczna w ciemnościach kadłuba. Wywaliłem też stoliczek z tylnej części kadłuba, bo gdzieś mi nie leżał. Wnętrze z lampką świecącą prosto do środka: I przy normalnym oświetleniu.2 punkty
-
2 punkty
-
Dzień dobry, Przedstawiam Wam mój pierwszy po ponad dwóch dekadach model - M-346 Master - wykonany przeze mnie jako Bielik w skali 1:48 z Kinetic Gold. Za czasów licealnych bawiłem się w budowanie modeli - wtedy zaczęły być dostępne na polskim rynku modele innych firm niż Plastyk czy Plasticart Modelle. Miałem 3 samoloty Monogramu: F-15 Eagle, AV-8B Harrier i F-117A Stealth - skala 1:48 przypadła mi do gustu. Malowałem wtedy farbami Humbrol początkowo pędzlami, a potem aerografem firmy Revell na gaz pędny z puszki. Model M-346 malowany aerografem w większości farbami Mr.Hobby zarówno serii C jak i H. Użyłem także XF-2 firmy Tamiya do elementów podwozia i wlotów do silników. Trudno mi się na tym etapie mojego doświadczenia wypowiedzieć, czy model trudny i czy spasowany dobrze. Tu i ówdzie trzeba było użyć szpachlówki i większej dawki cierpliwości (na przykład: przy wlotach do silników, czy przy łączeniu przedniej części kadłuba, w której znajduje się kokpit z resztą). Washa skomponowałem sam z farb olejnych i white spirita, poza tym ćwiczyłem z panel linerami i weathering setami z Tamiyi. Model z pudła bez dodatków, dorobione przeze mnie na podstawie dostępnych zdjęć Bielika "to cóś" pod ogonem plus pomalowany na czarno panel na grzbiecie po prawej stronie przed statecznikiem pionowym oraz kilka przewodów. Z błędów, o których wiem, że popełniłem to: zbyt wiele warstw lakieru bezbarwnego błyszczącego spowodowało zalanie linii podziału, przez to nie chciał się ich trzymać wash; czasem walka z kalkomanią - zbyt długie ustawianie jej w odpowiednim miejscu, przez co się deformowała; i pewnie niekiedy zbyt duży pośpiech. To ostatnie podyktowane w dużej mierze tym, że jak już mogę poświęcić czas na model, to chcę zrobić jak najwięcej. Jest to mój powrót do hobby i jestem całkiem zielony w kwestiach preshadingów, washy, weatheringów, chippingów i innych, nowych dla mnie technik, więc potraktowałem ten model jako swoisty poligon treningowy. Starałem się, jednak chyba nie będę należał do tych, którzy przysłowiowo liczą każdy nit. Mi efekt mojej pracy się podoba ale wiem też, że można lepiej. Mam nadzieję, że każdy następny będzie lepszy. Zapraszam do oglądania i oceniania. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
Jednoślady rozgrzebane a tu widzę jakaś Tankietka? się zaczyna sklejać.1 punkt
-
1 punkt
-
Modelarstwo, jedyna rzecz która potrafi faceta powalić w jednej chwili na kolana1 punkt
-
No to trzeba garnitur z szafy wyciągać1 punkt
-
Czy zostanie powołana stosowna komisja śledcza w celu zbadania tego "poważnego uchybienia" ?1 punkt
-
Miałem, polecam. Świetnie zrobione rzeczy - przynajmniej te które kupiłem. Na fakturze dodanej do modelu otrzymujesz bonus - wydrukowany karton z racją żywnościową Co do przesyłki - znajdź kogoś do wspólnych zakupów.1 punkt
-
Nie wiem gdzie ta cholera poleciała.Trzy metry kwadratowe wygłaskałem rękami i nic.Jak "wystrzeliło" z pincety to uderzyło o moją rękę i poleciało w ............... .1 punkt
-
Dzięki, cieszę się, że tym razem malowanie siadło Chińczyk już z kuricą, dostał też czarny wash punktowy i pomalowałem osłonę jarzma. Prysnąłem go jeszcze mgiełką flat earth żeby trochę go rozjaśnić i zrobić grunt pod brudzenie. Na koniec znów błyszczący bezbarwny. Teraz czas na oleje.1 punkt
-
Znam to z autopsji. Trzeci element, który wyciąłem w moim Hurasiu przy próbie wklejenia poszybował w przestworza i na nic zdała się ekspedycja poszukiwawcza oraz godzinne przeczesywanie podłogi. Element zniknął na powierzchni 8m kw....?1 punkt
-
Przyjechały kalkomanie od Hannants. W tydzień od zamówienia, jak za starych dobrych czasów. I maski na brzuszek nawet są w zestawie :).1 punkt
-
Wrócę do domu to się za te nity dopiero wezmę i dokładnie je przeliczę1 punkt
-
Warsztat ---> Galeria --> DSC_0662 by Tomasz, on Flickr DSC_0645 by Tomasz, on Flickr DSC_0644 by Tomasz, on Flickr IMAG3428 by Tomasz, on Flickr IMAG3391 by Tomasz, on Flickr DSC_0666-crop by Tomasz, on Flickr DSC_0690 by Tomasz, on Flickr IMAG3390 by Tomasz, on Flickr IMAG3406 by Tomasz, on Flickr IMAG3412 by Tomasz, on Flickr IMAG3418 by Tomasz, on Flickr IMAG3432 by Tomasz, on Flickr1 punkt
-
No właśnie , mam nadzieje ze tego fallusa to ocenzurujesz na modelu grubą krechą, jak mozna takie zgorszenia w internetach prezentowac, bombelki to oglądajo!1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Fajnie że spytałeś, bo to ciekawy temat. Zacznijmy nieco dygresyjnie i facecyjnie. Jak się to często w przypadku kamuflaży zdarza, w sprawie swój pędzel swoje palce maczał pewien malarz co się zwał Peter Scott a któren to jegomość służył w 1940 na niszczycielu HMS Broke. Jak na rasowego angielskiego artystę przystało była to nielada jaka osobowość: poza zainteresowaniem pędzlem frapowały go ptaki, albowiem jako ornitolog był ich miłośnikiem. To znaczy, będąc pacholęciem na nie polował, a jak już dojrzał i zmądrzał - to wręcz przeciwnie. Był też sportowcem (taki eufemizm określający myśliwego ale i zdarzyło mu się zdobyć brązowy medal na olimpiadzie w Berlinie w żeglarstwie i inne) oraz synem. Oczywiście rodziców miał nietuzinkowych: jego osobisty papa był samym nieszczęsnym Robertem Scottem któren to nieszczęśliwie ale heroicznie sczezł (cóż innego pozostaje pokonanemu - i to przez Norwega! - Brytyjczykowi?) pod biegunem południowym, zaś mama - to już pewnie sami zgadniecie - była wybitną rzeźbiarką. Nie może więc dziwić, że syn w wolnych chwilach mędrkował na temat malowań okrętów. Zwłaszcza, że panowało ogólne przekonanie, że dotychczasowe w ogóle nie działają. W tej sytuacji jego przełożeni mogli go albo dociążyć zadaniami (jak to na porządnych przełożonych przystało), albo zacząć słuchać. Wobec faktu że tak zacnego gentlemana zlać tak wprost nie wypada, wybrali to drugie, z całkiem korzystnym dla siebie i pomyślności Zjednoczonego Królestwa skutkiem. Tzw. podśmie...ujki na bok, podkreślam ten fakt, bo to częsty przypadek, że właśnie artyści ze swoim wyczuciem kolorów, umiejętnością odwzorowania natury na płaskim etc. miewali ciekawe (i skuteczne!) pomysły w kwestiach maskowania. Na początku ekscentryczne idee naszego ptakoluba (na starość to już tak całkiem na ostro i poważnie, na równi z Davidem Attenborough, za co się należy wielki szaconek jak i pomnik któren mu post mortem wystawiono) wdrożono na jednostce na której pływał. Ponieważ nikt nie wiedział, jak w praktyce zadziałają założenia omnitalentnego Mr. Scotta, obie burty niszczyciela zostały pomalowane w kompletnie odmienny sposób. Ale każda miała duże fragmenty białego, zwłaszcza w mocniej zacienionych miejscach (żeby cienie właśnie porozjaśniać). HMS Broke w 1942 r. Słuszność założeń potwierdziła się w dość niecodzienny sposób (choć czytelnik tej powiastki chyba już przestał się dziwić czemukolwiek) - a więc potwierdziła się (chciałoby się rzec: dobitnie!) w połowie 1941 kiedy to w słabych warunkach pogodowych HMS Broke został zdefasonowany przez niszczyciel HMS Verity ( i znów można by NIEzażartować: Broke's bow was almost broken ?). Nietrudno się domyślić, że w czasie sądowego postępowania taranujący kapitan tłumaczył, że nie był w stanie dostrzec bratniej jednostki... Po kilku miesiącach nawet członkowie parlamentu zainteresowali się szokującymi praktykami malarskimi na okrętach Jego Królewskiej Mości, dopytując czy Admiralicja jest ich świadoma i jak długo zamierza tolerować ten preceder?... W tym czasie artyści już się zwąchali z naukowcami i innymi tego typu indywiduami. Jak tego rodzaju gremia mają w zwyczaju, zamiast zabrać się do poważnej roboty, ci zaczęli się zabawiać (i to na pewno nie za swoje piniondze, i to jeszcze pewnie płatne - o zgrozo! - w twardych dewizach, w funtach!). Zabawiali się w dodatku w basenie modelami, oświetlając je teatralnymi lampami w różny sposób. Potem nastąpiły te smutne i trudne chwile w życiu każdego naukowca, że trzeba było przerwać zabawę w najlepszym momencie, przysiąść na czterech literach i spisać wnioski. A te były następujące (mniej więcej). Po pierwsze primo - na północnym Atlantyku występuje wyjątkowo dużo mgieł, zachmurzenia, a zimą opadów śniegu . Po drugie primo (co chyba mniej oczywiste dla czytelnika): nocą okręty zwykle są ciemniejsze od otoczenia. Ergo - najlepiej malować je na biało. Całe. Zwłaszcza płasczyzny, które mogłyby podkreślać cienie: wszystkie spody dział, żurawików, platform. No i jeszcze linię wodną też zamalowywać. No ewentualnie, żeby rozbić ich sylwetkę, stosować dodatkowo blade plamy niebieskie i zielone. Ale to tak opcjonalnie, to było takie typowe dla naukowców "można to rozumieć tak ale można też inaczej". Byli natomiast zgodni, że taki biały pływający bałwan może być szokiem dla własnych załóg, więc żeby im morale nie spadało, to niech już sobie pacykują dodatkowo jakieś zielenie i szarawae błękity. Próby na morzu dowiodły słuszności koncepcji. Podobno raportowano nawet trudności z wzajemnym dostrzeganiem się okrętów eskorty. A wszystko to było pomyślane nie tyle nawet jako kamuflaż obronny, ale ofensywny - taki, który nocą pozwalał dojść maksymalnie blisko U-boota który na powierzchni ładował akumulatory lub zbliżał się do ataku. Oczywiście w myśl starej zasady Royal Navy "Engage enemy more closely"! (mniej więcej za mi. : Alan Raven, https://www.shipcamouflage.com/3_3.htm i jednak wikipedia) Uzbrojeni w tego rodzaju wnioski kostyczni lordowie z Admiralicji prawdopodobnie tym razem bez skrupułów zlali swoich tapirowanych kolegów z Westminster Palace... Ogólnie takie mieszanki kolorów (biały + jasna zieleń + jasnoniebieski) były od połowy roku 1941 charakterystyczne dla eskortowców na północnym Atlantyku - niszczycieli i mniejszych jednostek. Nawet nazywały się one kamuflażami Western Approaches (obszar miej więcej od zachodnich wybrzeży W. Brytanii do Islandii). Dodatkowo , fikuśne plamy innych kolorów miały rozbijać sylwetkę okrętu. Wspólne było to, że dużo białego było na dziobie - po to by móc podejść U-boota jak najbliżej (engage enemy more closly!) Na marginesie: wówczas białe również stały się spody i boki przeciwpodwodnych samolotów Coastal Command. Slup klasy Black Swan: fregata typu River: korweta klasy Flower, HMCS Regina: Kanadyjski niszczyciel HMCS Restigtouche: I teraz mogę odnieść się bezpośrednio do pytania o kamuflaż z falą: Otóż wojenne latka leciały, a wraz z nimi zmieniała się sytuacja. Angole, Kanadyjczycy i Jankesi zapamiętale pacykowali swoje balie, ale zaczęli kręcić nosami. Jedni jednak nie mogli się oswoić z osobliwym "outfitem" okrętów (i to w sytuacji gdy na początku wojny sporo jednostek w Royal Navy pomalowali sobie na RÓŻOWO! - no może różowawo...), inni mówili, że cała ta maskarada ze stosowaniem skomplikowanych i znormalizowanych szablonów, kilku odcieni farb, jest nie warta zachodu. Dlaczego? No bo zagrożenie ze strony okrętów podwodnych spadło i częściej siedziały one pod powierzchnią niż próbowały ataków z wynurzenia (jak to było wcześniej) No bo coraz skuteczniejszy radar i inne bronie jakoby spowodowały, że kwestia dobrego ukrycia okrętów nie była już taka ważna. Poza tym: jaki pożytek z malowania okrętu na biało, chowania go, był, kiedy po kilku rejsach potrafił wyglądać tak: albo tak: Względnie tak: UWAGA nr 1: Kochani czołgiści, zostawcie te swoje karaczany i jeśli lubicie PRAWDZIWY weathering, zabierzcie się za okręty. Jak widzicie, czołgi wcale się nie brudzą ? Dygresja nr 1: Z problemem rdzewienia kadłubów borykali się zwłaszcza Kanadyjczycy na okrętach swojej produkcji. Wobec ogromnego zapotrzebowania na korwety nie stosowali wszystkich wymaganych procedur (pickling) które miały usunąć osad (mill scale/grime?) z walcowanych płyt stali. Więc nie to, że słaba dyscyplina, że nie pucowali, nie malowali (co zarzucali im oficerowie brytyjscy), ale po prostu wojenny pośpiech. Ale temat Kanadyjczyków - jakże wdzięczny - to już chyba przy innym modelu. A my się możemy cieszyć, że tak pieknie im się to wszystko syfiło i możemy to wszystko odtwarzać na modelach. KONTYNUUJEMY WĄTEK ZASADNICZY: Stosunkowo szybko zrezygnowano z zieleni (podobno występował deficyt zielonego pigmentu), zostając przy gustownych błękitkach. No i oczywiście bieli - niektóry kapitanowie, decydowali się na malowanie okrętów po prostu w całości na biało - zwłaszcza w sezonie zimowym: Przede wszystkim jednak wymyślne kamuflaże uległy uproszczeniu jeśli chodzi o układ plam. Admiralicja zastosowała zasadę złotego środka - został biały i niebieski, zostało kamuflowanie, ale wdrożono schematy uproszczone. Od 1944 dużo okrętów jest malowanych w kamuflaż "z falką" albo "z belką". Przy okazji, na koniec powtórzę (jeśli ktoś nie czytał całości) - warto zwrócić uwagę na to że często okręty mają maszty i instalacje umieszczone na nich malowane na ciemno. mimo jasnej reszty). Korweta typu Castle - HMCS Arnprior: I to tyle w dużym skrócie i uproszczeniu... I na dobranoc kilka klimatycznych fotek pokazujących oceaniczny warun. W roli głównej (tym razem) Pacyfik, w pozostałych: australijska fregata typu River HMAS Macquarie i jej załoga: A także: dlaczego lepiej mieć wysoką wolną burtę i niszczyciele nie były w tym najlepsze (na śródokręciu musiały mieć niższe burty ze względu na wyrzutnie torped) -1 punkt
-
1 punkt
-
z przecieków wiem, że na 9-tym się nie skończy. Więc pytanie, gdzie się zmieści .....-ty.?1 punkt
-
Jest jeszcze w MojeHobby. Jeśli nie to jest na allegro na licytacji. https://allegrolokalnie.pl/oferta/au-23a-peacemaker-roden-1-481 punkt
-
No to wychodzi na to że robię obecnie eskortę do niego co by go 'sokoły stalina" nie zestrzeliły.Za jakieś dwa tygodnie się okaże czy jest co pokazać.1 punkt
-
1 punkt
-
No i kolejny ładny samolocik, ale jak ktoś upierdliwy, to fun z oglądania średni, bo nie ma się do czego doczepić ?1 punkt
-
Pomyślałem, że może kogoś zainteresuje opis modelu w postaci tak zwanej rysy histerycznej (tyle że nie zassanej z Wikipedii). Mam wrażenie, że większość modelarzy mocno kręci wielka lufa i te najmarniej ze dwie setki metrów po pokładzie (wbrew opinii, że wielkość nie ma znaczenia) a tu w galerii wylądowała taka mocno niepozorna kaczka, bardziej podobna do rybackiego kutra niż rasowego okrętu. Tymczasem dla mnie budowa korwety okazała się fascynującym odkrywaniem tajników jej konstrukcji, założeń taktycznych które ją kształtowały i ograniczeń z którymi przychodziło się mierzyć jej projektantom. Może ta historia zainteresuje również kogoś z Was? HMCS Collingwood - wczesny przedstawiciel korwet typu Flower. Taki bidak, że nawet broni p-lot chyba nie dostał, miotacze bomb głębinowych też zaledwie będą pewnie dwa. Tym niemniej, w czasie wojny jednostki tej klasy były często modyfikowane i modernizowane. Dobrze znana korwety Flower nie była projektowane z myślą o roli, jaka przypadła im w udziale. W założeniu przybrzeżne eskortowce musiały jednak na swoje barki (wręgi?) wziąć ciężar zmagań w bitwie o Atlantyk. Ich niedomagania szybko wyszły na jaw - wielu z nich nie dało się usunąć mimo wprowadzanych na bieżąco modyfikacji okrętów. Mówiąc wprost: na ocean były zbyt małe. Były bardzo ciasne i zatłoczone (zwłaszcza, że liczebność ich załóg wciąż rosła), miały także niewielki zasięg. Przede wszystkim jednak były bardzo chybotliwe z bardzo szybką „nerwową i głęboką” charakterystyką przechyłów. Powyżej 4 stopni w skali Beauforta załogi masowo cierpiały na chorobę morską, co zmniejszało ich efektywność, iluzoryczna była też skuteczność ASDICu oraz miotaczy bomb głębinowych. Mawiano, że korwety kołysałyby się stojąc na trawie i że zachowują się w wodzie jak korek. Pod koniec 1942 r. Admiralicja opracowała kolejną generację eskortowców – mających zastąpić „kwiatki” i większe fregaty typu River. W nowych konstrukcjach wdrażano wnioski z użytkowania ich poprzedników, ale i dostosowywano je do produkcji masowej (korzystanie z prefabrykowanych i zunifikowanych części i podzespołów, wytwarzanych często przez oddalone od siebie zakłady spoza przemysłu stoczniowego). Ponieważ wiele mniejszych stoczni nie było w stanie budować fregat, zdecydowano o kontynuacji produkcji korwet. Projekt zmodyfikowano znacznie głębiej, niż w przypadku fregat River i ich następców typu Loch. Chciałbym na przykładzie modelu zaprezentować Wam co ciekawsze smaczki konstrukcyjne. HMCS Copper Cliff Ogólny układ był zbliżony do starszych korwet. Zachowano napęd który sprawdził się w innych eskortowcach – tłokową maszynę parową. Od dawna nie stosowano jej na rasowych okrętach wojennych, ale była łatwa w produkcji oraz w obsłudze, zwłaszcza dla służących wcześniej na cywilnych statkach marynarzy i oficerów z ochotniczej rezerwy. Osiągana prędkość ok. 17 węzłów nie zachwycała, ale z reguły wystarczała w konwojowej rutynie. Niedomiar mocy natomiast dawał się odczuć w często w warunkach sztormowych. Nowy projekt był dłuższy o ok. 12 metrów dłuższy (77 m.) i o metr szerszy (11m.) od korwet Flower, rufa i dziób zostały bardziej wyniesione ku górze. Zmiany znacząco poprawiły zachowanie na fali oraz charakterystyki kołysania, choć niedoścignione w trudnych warunkach były wciąż fregaty. Dłuższy pokład dziobowy i wysoka wolna burta pozwalały na zabudowę większej ilości pomieszczeń i poprawiły komfort pracy załogi. Znacznie powiększył się zasięg: z 4600 mil morskich do 7500. Zaczynając od dziobu, warto zwrócić uwagę na uzbrojenie. Tu chyba nastąpiła największa zmiana. Zamiast dotychczas obecnego na korwetach „jeża” (miotacz pocisków kontaktowych typu Hedgehog), użyto jego konkurenta - Squida który wyrzucał na odległość 250 metrów przed dziobem trzy dwustukilogramowe pociski. Bomby głebinowe zanurzając się, tworzyły kształt trójkąta o boku 40 metrów który miał obramować zanurzony okręt. O nastawach głębokości detonacji i momencie ich odpalenia automatycznie decydował Asdic. Była to na tyle skuteczna broń (zastosowana także na fregatach typu Loch, które zabierały dwa egzemplarze „kałamarnic”), że znacznie zredukowano zapas klasycznych bomb głębinowych. Pozostawiono zaledwie jedną zrzutnię rufową i dwa miotacze burtowe, co zwiększyło ilość miejsca na pokładzie rufowym. Broń zamontowano na dziobowej nadbudówce, gdzie była mniej zalewana falami niż umieszczone niżej i bliżej dziobu działo. Decyzja ta spotkała się z oporem konserwatywnych sztabowców, przywiązanych do idei walki artyleryjskiej, ale okazała się słuszna. Działo miało ten sam kaliber (102 mm), co na wcześniejszych korwetach, było jednak konstrukcją nową (poprzednie, Mark VI opracowano w latach I wojny światowej). Typ XIX miał większy kąt podniesienia lufy (60 stopni), co zwiększało zdolności przeciwlotnicze (dość teoretycznie – brakowało systemu celowania) i pozwalało wystrzeliwać flary oświetlające („snowflakes”). Ustawiono je na podwyższonej platformie, która ograniczała ilość wdzierającej się na stanowisko wody, a także umożliwiała prowadzenie ognia na ujemnych kątach podniesienia lufy (ważne w przypadku niskich i wynurzających się blisko U-bootów). To nie wszystko – w czasie nawodnych walk z U-bootami stwierdzono, że kierowany do nich ogień artyleryjski był nieskuteczny. Pociski nie były w stanie przebić twardej stali ciśnieniowych kadłubów, łatwo rykoszetowały na obłych powierzchniach. Dlatego opracowano specjalny, ciężki pocisk, nazwany Rekinem (Shark). Wystrzelony, miał uderzać pancerz U-boota poniżej linii wodnej i tam go przebijać. Próby były obiecujące, każdej jednostce przydzielono zapas takich pocisków, ale nigdy nie było potrzeby wykorzystać ich w boju. Specyficzną, bardzo „brytyjską” cechą był układ mostku. Na początku wojny większość kontaktów z przeciwnikiem nawiązywano w czasie obserwacji wzrokowej. Podczas ataku lotniczego krytyczny był też czas reakcji i współpraca między członkami załogi. Stąd idea otwartej, obszernej i szerokiej platformy o jak największym polu obserwacji i polu ostrzału dla przeciwlotniczych Oerlikonów. Również stanowiska specjalistów od broni elektronicznych – asdicu, radionamiernika były usytuowane nieopodal (wnęki w przedniej części mostka i charakterystyczna „budka”). Oczywiście ceną były warunki pracy obsady stanowiska. Osłony w postaci niskich szyb i charakterystycznych rozpraszaczy bryzgów i wiatru (żeberka dookoła pomostu) były dość iluzorycznym zabezpieczeniem przed warunkami panującymi na oceanie i samopoczucie załóg schodzących po sztormowej wachcie musiało być często nie do pozazdroszczenia… Mam też wrażenie, że cała koncepcja była jeszcze jednym z wielu objawów przywiązania konserwatywnej Royal Navy do "starych, dobrych czasów" obserwacji wzrokowej z pokładu rufowego - do szczęścia brakowało tylko piramidy żagli i trzech rzędów dział pod stopami... Żarty na bok, również Amerykanie docenili podejście wyspiarzy, stosując podobny układ na niszczycielach eskortowych. Wraz z pojawieniem się coraz większej ilości elektroniki, pojawił się problem gdzie i jak to wszystko upchnąć? Odpowiedzią były kratownicowe maszty, odpowiednio stabilne aby mogły to wszystko udźwignąć. A im wyżej zlokalizowane były wszelkie anteny, tym miały z reguły większy zasięg. Od dołu: dwie anteny systemu identyfikacji swój–obcy, radar oraz radionamiernik zwany Huff -Duff (brakuje na końcówkach rei anten UKF komunikacji miedzyokrętowej). Co ciekawe, namiernik HF/DF uznano za jedną z najważniejszych broni dla zwycięstwa w Bitwie o Atlantyk, obok radaru i łamania szyfrów Enigmy. Kluczowe dla praktycznego wdrożenia nowoczesnej technologii było opracowanie innowacyjnego projektu anteny przez Wacława Struszyńskiego - polskiego inżyniera, absolwenta Politechniki Warszawskiej. https://en.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_Struszy%C5%84ski Ot, ciekawostka: w pewnym momencie mądrale z Admiralicji orzekły, że pionowy komin utrudnia określenie kierunku poruszania się jednostek. Więc wprowadzono pionowe kominy. Przy okazji: widać też przewód z kambuza prowadzący przez komin główny. A za nim - zbiornik na wodę chyba z odpowietrzeniem. Intrygujący był też maszt który jednocześnie pełnił funkcję dźwigu - żurawika (do amunicji p-lot?). I jak tu takiego nie odtworzyć?... Jeszcze kilka zbliżeń na rufę. Ustawienia magazynków do Oerlikonów to temat na oddzielne studium. Fascynujące, było kilka wariantów. Copper Clif na platformie z p-lotkami miał jeszcze dodatkowo wsadzony kompas czy też namiernik. Czort raczy wiedzieć po co... Przy sobocie po robocie.. Moje ulubione: schowki na pyrki i inne warzywa, a poza tym przynajmniej na jednym zdjęciu widać choć trochę dorobione świetliki nad maszynownią ;-)... *** To już koniec spaceru po korwecie. Jeśli macie jakieś pytanie, lub uwagi (np. użycia przeze mnie fachowych terminów), to zapraszam serdecznie do ich zgłaszania. Zastanawiam się tylko, czy na forum jest zapotrzebowanie na tego typu materiały? Ich przygotowanie jest mocno czasochłonne, a i na przeczytanie należy znaleźć czas odpowiadający raczej lekturze artykułu w czasopiśmie. Być może zwykła prezentacja kilku fotografii jest dla Was równie użyteczna a niniejszy wpis to po prostu TLTR…1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Witam, Prezentuję model strażackiego Mercedesa-Benza 1222 GBA 2,5/16 w zabudowie Zieglera. Pojazd z numerami operacyjnymi 499[R]51 należy do Ochotniczej Straży Pożarnej w Żołyni. Model to zestaw Revella 1/24. Ostatnio został wypuszczony na nowo, ale ten jest pierwotnym z lat 80'. Został sklejony 5 lat temu, dość niedbale i z kalkami z drukarki domowej. Ostatnio postanowiłem go poprawić i całą kabinę zrobiłem od nowa. Zabudowa została taka jak była, więc ma trochę niedoskonałości. Kalkomanie są wydrukowane przez MF-Zone. I jako ciekawostka stare zdjęcie sprzed poprawek:1 punkt
-
Nie bardzo wiem, co mógłbym przy nich zrobić. Masz jakieś zdjęcie czy pomysł, jak wyglądają w oryginale. Masz rację. Cały czas myślę jak pomalować kabinę. Najlepiej byłoby przed sklejeniem, bo potem trudno będzie zrobić maskowanie. Z drugiej strony nie wiem czy dam radę ją potem skleić tak by łączenia nie rzucały się w oczy. Drobne postępy w budowie. Wykonałem szafki do zabudowy. Nie są przyklejone. Montaż będzie dopiero po ich pomalowaniu i wypełnieniu sprzętem Zamocowałem pierwsze drzwiczki (z tych trudniejszych). Jestem z siebie dumny, że zawiasy działają. Zawiasy zrobiłem z blaszki aluminiowej 0,1 mm i drutu 0,3 mm. Jeszcze "tylko" 9 zawiasików i będzie gotowe.1 punkt
-
Super pomysł Ostatnio chodzi mi po głowie zrobić jakiś samolot w malowaniu niehistorycznym, coś w stylu Iron Maiden Spitfire albo Bf-109 Rammstein1 punkt
-
Oczywiście . Trzeba tylko zawiadomić odpowiednie służby.Jak można tak niepoważnie podejść do takiego poważnego hobby.0 punktów
-
Czy mi się wydaje czy jedna rakieta jest bardziej wysunięta do przodu?0 punktów
